wtorek, 20 lipca 2010

Iris Murdoch -- Studnia Ponownych Narodzin



Czy narodzi się kiedyś człowiek, który znałby wszystkie odpowiedzi? Czy jest gdzieś źródło wiedzy i mądrości, które mogłoby nam wyjawić, jeśli nie prawdę, to przynajmniej wskazać te miejsca, które odpowiadają za to, że błądzimy?  
Ktoś mi zadał pytanie, skąd mogę wiedzieć, jaka miałam być? No cóż... Jeśli przez całe życie słyszy się to i widzi z ust najbliższych a także w oczach napotkanych ludzi, nie zawsze przychylnych naszemu ja wówczas można zacząć postrzegać swoje istnienie w rozciągnięty sposób. Jakby żyło się w dwóch światach jednocześnie, jakby się było dwoma osobami, jednocześnie. Ja również kiedy patrzę w lustro widzę twarz kogoś o kim wolałabym zapomnieć, ale nie mogę -- chyba że poddam się operacji plastycznej. Jest też inna przyczyna tego rozdwojenia.

Rozmawiałam kiedyś z pewną osobą, miałyśmy zupełnie inne spojrzenie na naturę dobra i zła, zamilkła, więc pewnie nie będę miała okazji jej powiedzieć, że się myliłam. Myślałam, że stoję pośrodku, podczas gdy naturę mam spolaryzowaną. Tyle samo we mnie dobra, co zła. Wiem to, bo jestem skórą zdjętą z kobiety, która wolała wybrać ucieczkę i samozniszczenie, aniżeli stanąć po jednej stronie. Przychodzi jednak taki czas w naszym życiu, kiedy musimy wybrać którąś ze stron, czyż nie? To temat przewodni dla wielu minionych i przyszłych pokoleń, o ile nie nastąpi jakiś znaczący przełom, o ile nie zajdzie w tym punkcie czasoprzestrzeni do jakiegoś parabolicznego, oświeconego zderzenia (przez oświecone rozumiem samorozwój ludzkiej istoty, być może jakieś wspięcie się o jeden szczebel wyżej, ewolucję?), w którym bez znaczenia stanie się to, po której jesteśmy stronie, bo obie staną się jednym.


Od przeszło dwóch dni mnie nie ma. Jestem rozdarta. Żyję z dala od cywilizacji w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wygnałam samą siebie z dala od domu, z dala od ludzkiego spojrzenia, z dala od utartych ścieżek. Stara szopa na narzędzia stała się moim domem, azylem. Ale każdego ranka, tuż przed brzaskiem, po bezsennych nocach nogi niosą mnie na skraj lasu, tam gdzie płynie mój ulubiony strumyk, miejsce do którego nie docierają nawet jeże, by w ciszy kontemplować kolejne narodziny słońca. Nienawidzę go czasami. Śmieje mi się w twarz, tak jakby nic się nie stało. Jakby chciało mi powiedzieć, że za sobą mam przepaść, czarną dziurę, a przed sobą tylko ogień. "Nie masz dokąd uciec, kochanie. Poddaj się wreszcie. Przestań szukać odpowiedzi. Ona jest w tobie, wiesz o tym". Nigdy! Nie zrobiłam nic złego, aby tu się znaleźć, nie prosiłam o to. Zadałam tylko jedno pytanie: Dlaczego? I myślę o morzu.... To moja obsesja.

Od przeszło trzech dni przelewam przez palce wodę, prawie nic nie jem, tylko piję z pełnej garści, do domu zbliżam się tylko odrobinę. Tak to jest kiedy za dużo jest siebie w sobie. Kiedy dwie sprzeczne natury, zarówno psychiki, jak i fizjonomii walczą o prym w naszych trzewiach; kiedy rodzi się bunt, tylko że ja nie czuję gniewu. Coś innego mną targa, coś znajomego, lecz przybywającego do mnie z tak daleka, że nie miałam pojęcia o jego istnieniu. Spoza czasu, jakieś odległe wspomnienie, nie moje, a może? Cudzymi oczami, patrzę na siebie a to, co widzę, wcale mi się nie podoba. Czy naprawdę tak mnie widzą inni ludzie?! Jeśli tak, wybaczcie mi -- słowa te kieruję do tych wszystkich, których śmiałam kiedykolwiek pouczać -- co ja mówię, przecież Oni nie wiedzą o tej stronie. Są równie dalecy, jak pierścienie Saturna. Na innym szlaku. To tylko ja brnę w kolizję, jakbym chciała własnego unicestwienia. Wybaczcie mi zatem Wy, którzy czytacie tego bloga, wybaczcie najbliższe kilka postów, muszę uporządkować sferę swoich uczuć. Żyję z nimi od kilku dni, ten list, ta wyrocznia, te plugawe zaprzeszłe-rodzinne sprawy, to zło, które pape odziedziczył z kaźmirkowym fatum, to zło, które sama sprowadzam na siebie i innych, ten jad, który płynie wokół mojego serca, teraz już wiem, że "jego" w ogóle tam nie ma.


Tak jak przyobiecałam samej sobie, wzięłam znowu do ręki książkę Iris Murdoch -- "Morze, Morze" i czytając ją rozczłonkowuje swoją duszę, tak jakby była kolorową układanką, puzzlami, mapą pragnącą pocięcia i sklejenia na nowo. Zadając samej sobie rany -- poprzez oskarżenia, wyrzuty, gorzkie żale, że mogłam kiedyś tam, postąpić tak a nie inaczej -- próbuję odkupić to, że śmiałam się sprzeciwić. Nie do końca wiem, kto i dlaczego zsyła na mnie takie męczarnie, ale rozumiem, godzę się nawet na to, że tak jest lepiej, bo tylko ono trzyma mnie w ryzach. Woda potrafi być niszczycielska przecież. Mogłabym bowiem stać się czymś o wiele gorszym, zaprzeczeniem samej siebie, i idąc tą samą ścieżką co zacząć pożerać wszystko i wszystkich, których napotkam na swej drodze. To wszystko sprawiło, że poczułam się wrzucona na samo dno wielkiego oceanu. Opadałam nań bardzo długo, nie przeczę, ale leżąc tam, w zupełnej ciemności i ciszy, przemknęło mi przed oczami całe moje życie: to obecne, to za mną w wielu innych postaciach i to, które czeka mnie kiedyś.

Książka Iris, ta konkretna pozycja, z gruntu nawiązuje do moich rozważań, gdyż zawiera w sobie rozpaczliwy krzyk człowieka, który poznał wreszcie czym jest smak obsesji, czym jest podążanie na ciemną stronę Księżyca, czym jest pragnienie destrukcji, i że zadając cierpienie innym, sami niekiedy czujemy mniejszy ból w sobie. Pape nigdy nie ukrywał, co myślał "o niej". Wolny wybór, phi, drwił sobie z tych słów, jako że w naszej rodzinie nigdy nie było czegoś takiego. Jeśli ograniczyć go wyłącznie do sfery decyzji, zrobię to, siamto, nie tknę tego, zabiorę tamto, powiem to i owo, to rzeczywiście można odnieść złudne wrażenie, że mamy cokolwiek do powiedzenia na tej wielkiej grze planszowej. Ale to nie my rozstawiamy pionki, tylko swobodny bieg dziejów, ewolucja wokół i w każdym z nas. Nie czujecie tych sznureczków wokół waszych kończyn? Myślicie że sen sprowadza wam ukojenie? A może to tylko furtka dla tego, co pragnie wydrzeć się na wolność z waszej podświadomości, wyłącznie po to, aby mieć na was haka?


Kiedy byłam mała, to coś próbowało mnie zniszczyć na wiele sposobów. Raz wpadłam do zbiornika z wodą, głębokiego na kilka metrów, stojącego w niezabezpieczonym miejscu za naszym domem. Nikt tego nie widział, nikt nie słyszał. Pewnie bym się utopiła, ale tracąc przytomność, zapadłam również na pewnego rodzaju bezdech... i nie napiłam się ani jednego łyku wody. Obudziłam się w domu, nie pamiętając co się stało. Miałam może z dwa-trzy latka (??). Drugi raz miał miejsce nad morzem. Pierwszy i ostatni raz zbliżyłam się do niego. Jak zamroczona, chociaż nie potrafiłam pływać, ruszyłam prosto przed siebie, nic sobie nie robiąc z fal, które sięgały moich ramion. Aż w końcu jedna z nich ścięła mnie z nóg. Do dzisiaj nie wiem kto mnie uratował. Ubzdurałam sobie, że zrobiła to jakaś mała dziewczynka, którą poznałam na plaży. Tak, tak właśnie to zapamiętałam... Najprostsze wytłumaczenie. Ale dzisiaj nie widzę jej tam, widzę za to ramię, które wsuwa się do wody i podnosi mnie na nogi z dna. Wiecie, jak w wielu filmowych scenach. A może tym właśnie jest wspinanie się na wyższy poziom? Może ja mam utonąć, ażeby stać się czymś lepszym? Oczywiście w sensie metaforycznym, lecz jak inaczej wyobrazić sobie kolejny etap na drabinie ludzkiej ewolucji?

Nim rok minął po raz kolejny zostałam zaatakowana, że tak powiem..... Ponoć spadłam z roweru, wprost na kamienny murek okalający starą, parkową fontannę: "Trzy Siostry", tak je nazywaliśmy. Pape straszył mnie w dzieciństwie Babą Jagą, która ponoć zamieniła te małe dzieci w kamienne posągi. Czy naprawdę tam upadłam, rozbijając głowę? Nie wiem. Ten dzień, jak też wiele innych z mej pamięci, został zresetowany. Wstrząśnienie mózgu wymazało również z mojej pamięci wszystkie zimy. Do dzisiaj nie pamiętam ani jednej spędzonej w moim pierwszym domu. Widzę tylko lato, tęczę i siebie skaczącą po kałużach. Od tamtego czasu niemal każdego roku spotykało mnie coś, co mogło zagrozić mojemu życiu. Raz spadłam z paru metrów na plecy, na betonową posadzkę. Straciłam oddech, ale po chwili mi przeszło i wróciłam do zabawy. Innym razem coś kazało mi wjechać rowerem na jednokierunkową drogę i dopiero pisk opon samochodu jakiejś pary staruszków, sprawił że się ocknęłam. A gdyby się nie zatrzymali? Leżąc przed ich maską przeleciało mi przed oczami całe życie -- potwierdzam, tak naprawdę się dzieje. Nie jest to wymysł speców od reklamy. Były jeszcze spacery w półśnie, lunatykowanie prawie. Były okresy w których brak snu zagrażał mojemu zdrowiu. Były fizyczne ataki ze strony szkolnych oprawców, grożenie nożem, oblewanie dziwnymi cieczami, były malowane na drzwiach napisy i ucieczka przed wściekłymi psami. Rodwajlery i inne tego typu kruszynki nie za bardzo za mną przepadają. Dlaczego o tym piszę? Po co wylewam te pomyje? Bo cholera jasna mam już serdecznie dosyć uciekania. Gdy idę w prawo, kąsa mnie to, co jest po lewej stronie; gdy idę na lewo, ta prawa strona robi co w jej mocy, aby mnie zgnębić. Ja naprawdę chciałabym mieć jakiś wybór. Tak jak wy, wybrać tę lub drugą stronę. Podążyć taką czy inną drogą życiową. Ale za każdym razem kiedy chcę wybrać, obydwie strony rzucają się na mnie i rozrywają mnie na strzępy. 


Główny bohater książki Iris Murdoch, Charles Arrowby, jest starzejącym się mężczyzną, który podobnie jak ja pragnie podsumować to, co minione, aby móc zrobić krok naprzód. Tacy już jesteśmy, wszystko pragniemy układać, porządkować, oddzielać ziarno od plew, rozdzielać sferę rozumu od uczuć, bo wydaje się nam, że nie pasują do siebie. A gdzie jest tak napisane? W biblii? W torze? koranie? No, gdzie? To człowiek sprawia, że to, co logiczne staje się nielogiczne, wyśnione, zdaje się bajdurzeniem mędrca na haju, podczas gdy nielogiczność obleczona w kształt misterium, zwiewne szaty rzekomo czyste jak łza, rzuca się ochłapem wygłodniałemu tłumowi na świętym placu i kiedy zgina ów boży lud swe miękkie kolana pod naporem cudzych słabości i grzechów, krzywy uśmiech chodzącej dobroci macha z maleńkiego okienka, tej wąskiej szczeliny -- bo przecież maluczkim nie wolno zobaczyć więcej -- chwaląc sobie, że jest kimś lepszym, stojącym na piedestale. A co z tymi, którzy gdzieś daleko umierają? Dlaczego nikt ich nie broni? Może wiedzieli więcej, może nie godzili się w ciemno, może ich życie miało jakiś głębszy sens a nie ten sprzedawany przez media, dyplomowane głowy i uczone języki.

Charles Arrowby już dawno pojął, że życie jest niczym więcej jak szekspirowską tragedią, oskarżycielskim pytaniem rzuconym w bezmiar czasu, a ci, którzy w końcu otrzymują jakąś odpowiedź, nie mają zwykle fizycznej możliwości, aby przekazać ją dalej. Są uznawani za wariatów, są pustelnikami lub ściganymi przez ogary prawdy istotami w wiecznej drodze donikąd.

Biedny Charles, chciał uciec, ale wpadł jak śliwka w kompot. Po raz kolejny morze okazało się pułapką. Jeśli istnieje jakieś miejsce, w które ulatniamy się gdy nastaje kres, to jest nim morze. Czy nie zastanawia was dlaczego ilekroć w nie spoglądamy czujemy kres? Coś nas zasysa, jednych przyzywa, innych odpycha, ale każdorazowo sprawia, że czujemy się nieswojo, jakbyśmy stali w przedsionku innego świata. Morze jest studnią bez dna, ostatnim i na zawsze niezgłębionym miejscem, w którym utonęło tysiące istnień, żali, zranionych serc. To najdoskonalsze z wszystkich więzienie... Tkwię w nim od tak dawna, a kiedy staję przed tym faktem, czuję że nie ma takiego miejsca na Ziemi, gdzie mogłabym się schować przed jego wołaniem.

7 komentarze:

Futbolowa pisze...

Myślę, że nie ma tu czego wybaczać. Szukasz, drążysz, badasz - to dobrze, tak trzeba. Człowiek czasem potrzebuje zastanowić się nad sobą, a potem coś tą nowo nabytą wiedzą zrobić. Cieszę się, że Ty tą wiedzą dzielisz się z nami. Często jestem zagubiona, czytając Twoje osobiste wynurzenia. Wiesz, mam takie wrażenie, że są to Twe tak osobiste sprawy, że tak naprawdę chciałabyś je zachować dla siebie, ale jakaś wyższa siłą powoduje, że znajdują się one tutaj, na blogu. Pięknie piszesz, pięknie ubierasz w słowa to, co niekiedy człowiekowi zamiera w gardle. Pisanie pomaga, więc pisz wciąż.

Mam nadzieję, że szybko stoczysz i wygrasz tę walkę, która odbiera Ci radość i siły. Trzymam za Ciebie kciuki.

elfka pisze...

Trzeba sie rozliczyc, trzeba wygnać z siebie demony, nazwać je. Ty rozumiesz magie słów, wiesz że nazwanie strachów,opisanie ich, zmieniejsza ich zło. Trzeba pozbyc sie demonów, bo inaczej człowiek kończy na proszkach.

Aria pisze...

Teraz tak sobie pomyślałam, że dobrze, że masz tego bloga. Bo dzięki niemu, dzięki temu, że piszesz tu to, co czujesz, wszystko w Tobie po woli się układa, znajdujesz krok po kroku odpowiedzi. A to, co złe, pozostaje tu, w notkach.
Tak mi się wydaje... Choć może się mylę.

Po prostu wiem z własnego doświadczenia, że zło we mnie przelane na papier, nie boli już tak bardzo.

Trzymaj się, Anhelli ;*

Magda pisze...

Skomplikowany stan ducha, do pojęcia tylko dla ciebie, choć czy na pewno. Ale się miotaszaz, czuję w nozdrzach tumany wzbijajacego sie kurzu.
Musze kiedys zdobyc sie na słowa o bogu. Ćzemu ostatnio coraz częściej, w róznych miejscach czytam o wyrzutach mu czynionych. Dla mnie wyzsza inteligencja jest ponad nasze oskarżenia, wątpliwości, zło, pytania....duzo by pisać

Joven pisze...

Ja marzę, żeby się ukryć w takiej właśnie szopie, uciec gdzieś daleko w las i nie mieć kontaktu z cywilizacją. Czuję moją marionetkowość, czuję się związany i sterowany, a w wolną wolę coraz mniej wierzę. A co najgorsze- nikt nie potrafi zrozumieć moich zachowań, depresji, chęci ucieczki od świata. Nienawidzę słowa "zdziczałeś kompletnie" wypowiadanego z ust osoby, która sama się izoluje. Rodzina mnie atakuje, bo nie mam na nic chęci. Wcale też nie muszę. Wszystko kojarzą z lenistwem. Ja pragnę tylko ucieczki. Innego życia. Możliwości wyboru, który wprawdzie istnieje, ale pociąga za sobą konsekwencje. Boję się siebie. Swojego pesymizmu, katastroficznych myśli, egoizmu- który rzekomo we mnie siedzi. Boję się samotności, swojej winy. Chcę uciec i za nic nie odpowiadać. Umyć ręce i tylko obserwować. Nie chcę być uczestnikiem tej dziwnej gry. Na każdym kroku spotykam wrogów, nie wiem nawet kiedy i w jaki sposób zdążyłem ich aż tylu nazbierać. Potrzebne mi nowe, czyste powietrze, w którym nie wisi fałsz, zakłamanie i nienawiść. Tracę siły taszcząc wszędzie za sobą ciężar moich uczuć i myśli. To miasto mnie wsysa, kąsa, pożera. Stare sprawy plus zupełnie nowa sytuacja rodzinna nie wpływają na mnie dobrze. Ile dałbym za ucieczkę... Co do Twojego komentarza u mnie na blogu - będę czytał Twoje wpisy, szczególnie teraz, kiedy sam jestem w nie najlepszym stanie. Wierz mi lub nie, ale znajduję w nich samego siebie. Ja nie potrafię wytłumaczyć swoich pewnych myśli czy zachowań. Cieszy mnie, że czytasz moje posty, rozumiem też że nie zawsze odczuwasz potrzebę komentowania- czasami po prostu nie ma co komentować. Pozdrawiam, trzymaj się :)

Tucha pisze...

Droga Anhelli, gdybym mogła to bym Cię przytuliła, dlatego ściskam chociaż wirtualnie. Ty wiesz przecież, że czytam wszystko co napiszesz z zapartym tchem i chłonę.
Dobrze, że piszesz, bardzo dobrze! Nie dość, że Tobie w pewien sposób ulży, to i każdy wyniesie z Twych postów coś innego. :)

Trzymaj się, walcz, szukaj, pisz, krzycz.

Patrycja Antonina pisze...

Cokolwiek bym ci tutaj nie napisała to i tak ci nie pomoże bardziej, niż pozwolenie nam czytać o twoich rozterkach. Nie wiem co ci powiedzieć co by ci pomogło. Jestem chyba na to jeszcze za młoda. Ale sądzę, że każdy ma chwilę rozterek, sama walczę z zimową bezsennością. Dla mnie każda zima to walka ze samą sobą w ciemnościach, dlatego chyba wiem co czujesz. Pewna moja koleżanka mówi, że to jest choroba, która się nazywa myśleniem. Za dużo się myśli i analizuje i nie można przestać probować ułożyć puzzli. Dlatego głupim osobom łatwiej ;)