Strony (Pages):

Translate:

Archiwum bloga (Archives):

niedziela, 13 marca 2011

"Cuba libre. Notatki z Hawany" -- Yoani San­chez



Kiedy słyszę -- Kuba -- budzą się we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony widzę oczami wyobraźni błękitne wody morza, nagrzane od słońca plaże, wszędobylskie palmy i wiele innych, równie egzotycznych roślin, czuję ten specyficzny zapach tropikalnego, nasiąkłego wilgocią powietrza, w którym -- jestem tego pewna -- miałabym spokój z atakami astmy, wreszcie mogłabym sobie pożyć (w przeciwieństwie do innyc astmatyków, doskonale czuję się właśnie w takim klimacie...). Dochodzą też do mnie dźwięki kubańskiej muzyki alla Buena Vista Social Club, widzę różnobarwne suknie i spódnice zawodowych tancerek, które w istocie, pomimo iż cieszą nasze oczy, to jednak bliższe są niewolnicom. Niczym zaprogramowane laleczki, dzień w dzień muszą pokazywać turystom, oszołomom, jak to pięknie, cudnie, jak w raju, jest w ich kraju. Przyznaję, że i mnie pociągają te stare auta, lubię zapach cygar, mimo iż nie palę, ostatnio odkryłam również, jak bogate jest wnętrze ulicznych malarzy. Imć Cejrowski padłby z wrażenia, gdyby mógł dorwać się do kolorów, jakie śmigają na każdym kroku z obskurnych, lecz klimatycznych sklepików. Wszystkie te skojarzenia są piękne, ilu z was kiedyś za nimi podążało? Ilu z was wciąż żyje wspomnieniem z wakacji spędzonych na Kubie? Pewnie wielu. Zważywszy iż właśnie tam dokonał swego żywota jeden z moich ulubionych pisarzy, Ernest Hemingway, także i ja chciałabym kiedyś doświadczyć uroków tego miejsca. Ale... 

Ponad całą tą otoczką, istnieją takie same problemy (jeśli nie gorsze) jak w Polsce czasów PRL. W jednym z wpisów (o, Tutaj), napomknęłam co nieco o realiach tego zakątka. Więc nie czarujcie samych siebie, że Kuba jest wspaniałym miejscem, że noszenie pieprzonego Che na koszulce jest trendy, że głoszenie haseł rewolucyjnych, takich jak: wolność, równość i braterstwo!, to jedyny słuszny kierunek naszej społecznej ewolucji, bo gdy tak czynicie, niczym nie różnicie się od tych, którzy porywają do więzień swoich rodaków, skazują ich na tortury, wyrywając na żywca paznokcie, wlewając do gardła litry wody, czy skazując na śmierć przez rozstrzelanie.

Kuba -- taką, jaką znamy z TV, to miejsce równie posępne, zacofane, pełne przemocy -- zwłaszcza tej psychicznej, bo odgrywanej od kilkudziesięciu lat na umysłach maluczkich -- wyzysku, kłamstwa, manipulacji i ostrej cenzury, wobec której my, Polacy, zdajemy się wciąż niewinni jak dzieci. Jeśli wyobrazicie sobie co czują ludzie zamknięci w szczelnym kokonie, gdzie nawet posiadanie komputera może grozić wyrokiem śmierci, jeśli na chwilę rozchylicie szczelne klapki modernistycznego światopoglądu, w którym pewni ludzie trzymają was jak psa na łańcuchu, może zrozumiecie, że nie ma nic szlachetnego w marzeniu pt. Kuba, bo Kuba, jako wolny kraj, ba, jako kraj w ogóle -- nie istnieje. Tylko czym jest "wolność"? Wciąż na nowo ją interpretuję i wiecie do jakich wniosków dochodzę... Jeśli wolnością jest dzielenie się na grupy, narody, języki i wyznania, a przecież świat takowy przesiąknięty jest wojnami, bólem i strachem, to czy warto taką "wolność" podtrzymywać?? Może to, co rozumiemy przez "wolność", nie jest ani jednym, ani drugim. Może jeszcze się nie objawiła? Nam, maluczkim? Hm....

Kuba to idea, tak jak niegdyś była nią Polska; Kuba to desperacki krzyk ludzi, którzy nie mają prawa spojrzeć w słońce, choć jest tuż nad ich głowami, nie mają prawa rozprostować nóg, tak ciasny jest zakres ich możliwości. Kuba to pożałowania godny dowód na to, jak obojętni są ludzie na całym świecie, godząc się na istnienie jakichkolwiek enklaw komunizmu. Kto wyznaje hasła rewolucji, kto wierzy w utopię komunizmu/socjalizmu, staje się podobny do wampira. Niby istnieje, ale jest martwy. Nosząc Che na koszulkach, czy arafatkę na szyi, czy jakże modne dzisiaj szalo-czapki, nosimy w istocie przesiąknięte ludzką krwią szmaty, sami nimi jesteśmy.

Krew stała się obiektem kultu, człowiek -- bezrozumną bestią, dla której liczy się tylko pieniądz, moda, zabawa. Obok nas umierają ludzie (czy na tym, czy na innym kontynencie), lecz my, stoimy bez ruchu, z japońskim stoickim spokojem, patrząc bez empatii na porywającą prawdziwą wolność -- wolność sumienia -- falę tsunami. Kuba znajduje się daleko od Japonii, ale czy kataklizm naturalny w Sendai, nie można w pewien sposób przyrównać do klęski, jaką ponosi ludzkość od dawien dawna, hołubiąc "przemoc i podziały"? Nie wiem jak wy, ale ja wierzę, że rodzimy się wolni i równi bez jednoczesnej konieczności udowadniania tego faktu. Nie trzeba ubierać się w oliwkowy uniform i strzelać do wszystkiego, co się rusza, paląc przy tym jak Clint Eastwood kubańskie cygara, popijając czkawkę sumienia tanią Whiskey, ażeby być wolnym.

Przeczytałam ostatnio, że prawdziwie wolny jest ten, który nie pragnie stać się czymś więcej ponad innych, kto wierzy, że jako najmniejszy i z pozoru najmniej wartościowy trybik, jest zarazem istotnym elementem wielkiej machiny, jaką jest życie. Czyż nie wspaniałym uczuciem jest czuć się "jednym" ze wszystkim? Kiedy godzimy się, aby jakiś tryb przejął kontrolę nad resztą, wmawiając nam, że maluczcy się nie liczą, liczy się tylko On, ergo napuszony dowódca o manii wielkości -- wówczas życie, traci sens. A przecież żyć trzeba. To wszystko, co mamy. Nie złoto, nie diamenty, nie władzę -- bo jaką człowiek ma władzę widać to dzisiaj w Japonii -- nie kontrolę nad czymś czego nie można dotknąć, poczuć, czyli nasze ja, psychikę, jak zwał tak zwał, lecz życie.

Książkę Yoani Sanchez, namierzyłam na stronie wydawnictwa W.A.B. i niemal z biegu zabrałam się za jej czytanie. W tym samym czasie odkryłam stronę internetową, na której Yoani publikuje swoje teksty na temat Kuby, panującego tam systemu, ale pisze również o codziennych sprawach, innym niż znacie z mediów głosem, stylem, przez co, jak szumnie podkreślają opisy jej książki, znajduje się ona na czarnej liście samego Castro. Mnie jednak zafascynowała ta postać głównie za sprawą żywej pasji, jakiej się oddaje, niesienia iskierki światła wszystkim Nam, którzy nie tylko w kraju jej pochodzenia, żyjemy pod takim lub innym jarzmem. Dla jednych może to być komunizm, dla innych zakłamanie społeczeństwa, manipulacja wartościami, wyzysk czy nawet życie w poczuciu, że nic się nie znaczy. Jako żona i przede wszystkim matka, Yoani stara się, choć zdaje sobie sprawę, że niewiele ponad to może, poprzez słowo, tchnąć w ludzi ducha, aby zaczęli zmieniać swoje otoczenie, właśnie poprzez nie godzenie się na przyjęte odgórnie doktryny, aby przestali przyzwalać jak te posłuszne cielęta, na zniewalanie umysłów, aby robili wszystko na przekór.

Sama wyznaję dokładnie taką samą zasadę. Podobnie ma też wielu Polaków. Gdy odbierają nam prawa do godnego życia, leczenia, komunikacji, gdy zabiera się refundacje leków, gdy zamyka się oddziały dla dzieci, ja obserwuję coraz większą liczbę rodzących się dzieci. Nie raz nie mam jak przejść chodnikiem, tyle mija mnie w ciągu stu metrów, wózków z niemowlętami. Kiedy wmawiają nam, że spada, ba, praktycznie zdycha nasze czytelnictwo, coraz więcej widzę ludzi w księgarniach, bibliotekach, na blogach. Polacy może i nie mają już ducha, aby zmieniać coś czynnie, ale na pewno wiedzą, choćby podskórnie, że gdy władza ich gnębi, trzeba robić dokładnie na odwrót. I tak się dzieje, o tym też pisze Joani. Nie wolno się godzić na celową, fałszywą, indoktrynację. Nie jest tak źle, jak malują to bydełku media ;] Ale trzeba samemu szukać odpowiedzi, dokształcać się, myśleć....


Wzruszające w książce Yoani Sanchez jest to, że każde jej słowo w namacalny sposób przenosi nas na Kubę. Razem z nią doświadczamy uroków życia: zarówno tych złych, gorzkich, jak i wesołych czy pełnych kpiny. Yoani, należąca do pokolenia Hawańczyków urodzonych na wyspie w latach siedemdziesiątych, czyli w czasie totalnej inwigilacji, kiedy nawet pierdnąć trzeba było na rozkaz i w równym szeregu, jest zwyczajną kobietą, ale od samego początku mamy wrażenie, że jest "inna": nie lepsza, nie gorsza, po prostu... Inna. Myśli samodzielnie, samodzielnie dobiera słowa i przyjaciół, nie dzieląc ludzi na wrogów, lecz na tych, którzy są prawi i na tych, którzy "pobłądzili". Nie używa też skomplikowanych słów, nie maskuje, nie pudruje, jak ma miejsce to u nas czy w UE a nawet w USA ("poprawność polityczna"), nazywa po imieniu każdy nonsens, absurd i niepotrzebne okrucieństwo systemu, w którym człowiek przypomina wiecznie głodnego szczura. Kryjąc się między stolikami bogatych turystów, niemal każdy Kubańczyk przełyka cicho ślinkę, marząc o tej jednej, jedynej możliwości, która dla nas jest czymś tak normalnym... Do bycia "wolnym". Ale Yoani właśnie o tym pisze. "Wolności" nikt nam nie może zabrać ani nadać. Rodzimy się z nią, w umyśle i sercu, jesteśmy sobie równi, to systemy nas dzielą. Systemy i złe nawyki (żądza władzy, pieniądza, posłuchu). Więc nie udawajcie, kiedy jedziecie na Kubę, że to wspaniałe miejsce, że świetnie się bawicie, że moglibyście tam zamieszkać. Przestańcie pudrować prawdę, bo milczenie, brak czynnej reakcji, skazuje setki tysięcy a nawet miliony na życie pod kopułą koszmaru. Gdzie normalność jest nienormalna, a nienormalne zachowania, nakazy i zakazy, czynią z ludzi pozbawionych sumienia wampirów. Szukajcie człowieka, a znajdziecie prawdę!
"Noc, kiedy mój syn położy się już spać, a sąsiedzi ucichną, jest naj­lep­szym czasem na pisanie. Reinaldo robi her­batę, a ja wybieram z obrazów dnia te wycinki, które zostaną opublikowane jutro. Nie mam ani obiek­tyw­no­ści analityka, ani narzędzi pracy dzien­nikarza, ani tym bar­dziej delikat­nej powściągliwo­ści naukowca. Moje tek­sty są impul­sywne i subiek­tywne: jestem taka nie­godziwa, jak o mnie mówią, i używam pierw­szej osoby liczby pojedyn­czej oraz piszę jedynie o rzeczach, których sama doświadczyłam" - Yoani Sanchez: Cuba Libre.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...