Powroty, nawroty..... Nie sądziłam, że domek w mazurskich chaszczach o tej porze roku może być tak rozkosznie przytulny. Złamałam swoją żelazną zasadę, ażeby zimować na południu, wiecie przecież jak ciepłolubne ze mnie zwierzę, jednak z co najmniej dwóch powodów, uznałam że w tym roku musi być inaczej. Po pierwsze moja psiapsióła Donia czekała na dobre wieści, a że bidula nienawidzi internetu (komórkę posiada, ale.... trzyma w niej drewno na opał), tak więc dopiero mój powrót przyniósł jej pociechę. Pomimo iż zajechałam do domu z lekkim przeziębieniem, gorączka i te sprawy, to jednak łyk gorącej herbaty z imbirem plus palce lizać ciasteczka marcepanowe, domowej roboty, raz dwa postawiły mnie na nogi. Dla takiego powitania warto telepać się naście godzin :( przez słowiańskie zadupie. Po drugie -- nie powiem, że mniej ważne -- bliżej mi będzie stąd na Heathrow, gdyż właśnie stamtąd czeka mnie pod koniec roku wylot do USA. Nie wiem tylko czy uda mi się zabookować bezpośredni do Dallas, skąd byłoby najbliżej do Kolorado, ale to jeszcze przede mną...... Tak, moi kochani. Tym razem to już na bank. Czuję rozpacz, że moja wielka wyprawa sprzed miesięcy nie doszła do skutku. Postanowiłam uczcić swoje wyzdrowienie w spektakularny sposób: Kolorado przyzywa. :D
Są jednak chwile w życiu, kiedy młodość i starość przeplatają się ze sobą, tworząc kompozycję z surreala, żywą groteskę albo i arabeskę, niczym wykwintne danie, czujemy na języku zarazem gorycz, jak i pikanterię. Młodość wzburzona przelewa się przez twarde brzegi doświadczenia życiowego i chociaż kotłują się w nas emocje, raz dobre, raz złe, jedno nie ulega wątpliwości: jedna i druga strona czerpie z tego jakąś korzyść. Nam -- młodym, może się zdawać, że osoby starsze mówią innym językiem, że nic nie pojmują, ale to właśnie My jesteśmy w początkowej fazie pojmowania, zgłębiania. Za jakieś piętnaście-dwadzieścia lat, wibrujące we mnie hormony przysiądą na egzystencjalnej dupie a wtedy z większym dystansem zacznę przyglądać się tak sobie jak i innym, raczej w sobie doszukując się wad, aniżeli słabostek drugiej strony. Być może wtedy pogodzę się ze stratą jednej trzeciej życia, może wybaczę to, co zasługuje na wybaczenie... a może i nie, ale nie będzie mi wtedy już tak zależeć (kolejne słowo, którego nie lubię: "zależeć" nieodmiennie kojarzy mi się z "zależnością" od czegoś. Czy gdy "zależy" nam na czymś, jesteśmy jeszcze wolni czy może nieświadomie sami zniewalamy siebie marząc o czymś, co tak naprawdę nie jest nam w ogóle potrzebne?).
Tymczasem -- niejako z pierwszej ręki -- wiem na czym polega opieka nad starszą osobą. To praca całodobowa, bez wytchnienia, bez słowa żalu, wypominania, bez doszukiwania się przyczyn, gdyż gdybym tak czyniła, to znaczy szukała uzasadnienia we wszystkim, dojść bym musiała do straszliwego wniosku, że nie warto było; że gdybym skręciła w inną życiową uliczkę, dzisiaj byłabym wolna.
Jest taka reklama batonu Mars (może widzieliście), na której dwoje rdzennych mieszkańców Ameryki wędruje pod górkę; z przodu idzie starzec, za nim jego potomek. Nagle starzec zwraca się do syna: "To dobry dzień żeby umrzeć...", czy jakoś tak. Ponoć znowu puścili ją w TV. (Tak na marginesie, na końcu widać, mały znaczek w rogu, który sugeruje, że reklamę tę nakręcono w tym roku. Que? Przecież puszczano ją w TV ponad dziesięć lat temu, w pierwszej połowie lat 90', ale cóż.... kto by tam pamiętał te zamierzchłe czasy?). Tak mi się przypomniała, jako iż widać na niej, zwłaszcza pod koniec, kiedy dziadek decyduje się żyć dalej, wznoszącą się majestatycznie rzeźbę skalną, tzw. Wrota Kolorado. XD Jestem w nich zadurzona od pierwszej chwili, gdy je ujrzałam. Ale mniejsza o to.......Książkę, którą wam dzisiaj polecam, dostałam parę miesięcy temu od Doni z dedykacją: Od Starowinki. Dając mi ją powiedziała, że jest to wspaniała powieść, pełna ciepła, choć zawiera także szczyptę goryczy. Na pewno wzmocni mnie podczas trudnych chwil, jest to bowiem punkt przecięcia między tym, co dojrzałe i tym, co dopiero wkracza w życie. Nie wiem czy miała na myśli siebie i mnie, czy może wręcz przeciwnie. Kiedy się rozstawałyśmy, to ona tryskała życiową energią, podczas gdy ja, z podkrążonymi oczami, wychudzona i przestraszona, raczej stałam na przeciwnym biegunie. Ale nie myliła się.
Gdy ma się przykładowo dwadzieścia osiem lat, myśli o starości rzadko nachodzą człowieka. Co najwyżej, przechodząc chodnikiem opodal żebrzącej staruszki, czy też widząc kogoś na wózku inwalidzkim, budzi się w nas na chwilę przestrach, co ja bym zrobił(a), gdybym nagle musiał(a) zamienić się z nią/nim miejscem? Wielu ludzi, jestem tego pewna, w takich chwilach, a więc dostrzegając w tłumie wolno idącą starszą osobę czuje pewien rodzaj satysfakcji. Myślą zapewne, że sami dożyją setki, jeszcze długa przed nimi droga po rynnie czasu. Każdy z nas zakłada, wciąż mnie to zdumiewa, że przed nami jeszcze wiele, długich lat.
Kurczątko, czyżbyśmy wszyscy potrafili przewidzieć przyszłość? A może jakiś dajmonion informuje nas radiowęzłem z drugiego końca wszechświata, którędy winniśmy iść, aby nie wpaść w kolizję z innym bytem?
Kiedy parę dni temu obiegła Polskę informacja o śmierci czworga ludzi w awionetce lecącej z Włoch do Katowic, pierwsza moja myśl była następująca: Oni też myśleli, że mają przed sobą jeszcze wiele, długich lat. Hm.... Dlatego każdy powinien sobie wziąć do serca słowa, że długość życia w zasadzie nie ma znaczenia, tak naprawdę liczy się jego jakość. Niektórzy z nas o tym wiedzą, inni przespali swoją szansę, jeszcze innych presja otoczenia zmusiła do pewnych poświęceń, które, kiedy spogląda się na nie z perspektywy czasu, wydają się absurdalnie śmieszne i niedorzeczne. Przy siedmiomiliardowej populacji, czy naprawdę najważniejsze jest to, aby spłodzić kolejną, wygłodniałą paszczencję, dorobić się plazmy na ścianie własnego m-4?
Są jednak chwile w życiu, kiedy młodość i starość przeplatają się ze sobą, tworząc kompozycję z surreala, żywą groteskę albo i arabeskę, niczym wykwintne danie, czujemy na języku zarazem gorycz, jak i pikanterię. Młodość wzburzona przelewa się przez twarde brzegi doświadczenia życiowego i chociaż kotłują się w nas emocje, raz dobre, raz złe, jedno nie ulega wątpliwości: jedna i druga strona czerpie z tego jakąś korzyść. Nam -- młodym, może się zdawać, że osoby starsze mówią innym językiem, że nic nie pojmują, ale to właśnie My jesteśmy w początkowej fazie pojmowania, zgłębiania. Za jakieś piętnaście-dwadzieścia lat, wibrujące we mnie hormony przysiądą na egzystencjalnej dupie a wtedy z większym dystansem zacznę przyglądać się tak sobie jak i innym, raczej w sobie doszukując się wad, aniżeli słabostek drugiej strony. Być może wtedy pogodzę się ze stratą jednej trzeciej życia, może wybaczę to, co zasługuje na wybaczenie... a może i nie, ale nie będzie mi wtedy już tak zależeć (kolejne słowo, którego nie lubię: "zależeć" nieodmiennie kojarzy mi się z "zależnością" od czegoś. Czy gdy "zależy" nam na czymś, jesteśmy jeszcze wolni czy może nieświadomie sami zniewalamy siebie marząc o czymś, co tak naprawdę nie jest nam w ogóle potrzebne?).
Tymczasem -- niejako z pierwszej ręki -- wiem na czym polega opieka nad starszą osobą. To praca całodobowa, bez wytchnienia, bez słowa żalu, wypominania, bez doszukiwania się przyczyn, gdyż gdybym tak czyniła, to znaczy szukała uzasadnienia we wszystkim, dojść bym musiała do straszliwego wniosku, że nie warto było; że gdybym skręciła w inną życiową uliczkę, dzisiaj byłabym wolna.
Czy wolność oznacza zapominanie o tych, którzy są nam bliscy? Czy wolność to zachowywanie się jak zbuntowany jastrząbek, któremu za ciasno w rodzicielskim gnieździe? Nie raz już słyszałam, że powinnam zacząć żyć własnym życiem, ale powiedzieć takie słowa może tylko ten, kto nie ma pod swą opieką człowieka schorowanego, ba, kto nie jest jedynym żyjącym jego krewniakiem. Może gdyby był mi zupełnie obcy...... Ale nie jest. Kto ma serce ten wie, że nawet psa z kulawą nogą nie porzuca się w trudnej chwili a co dopiero ojca, matkę, czy innego krewnego, który nagle zachorował, cierpi. No cóż.... Wprawdzie mój pape choruje od 1986 r. z niewielkimi przerwami, ale w sumie stale coś mu dolega. Nie wyobrażam sobie odesłać go do jakiegoś przytułku, domu spokojnej starości, etc. Tak niedawno, kiedy to ja byłam w potrzebie, był przy mnie 24/h, nie zapominając o większej części mojego życia zresztą, i nawet jeśli nie zawsze było między nami różowo, nie mogłabym tak po prostu go porzucić i.... zacząć żyć własnym życiem. Kiedy wreszcie ludzie pojmą, że nasi krewni, zwłaszcza ci starsi wiekiem, mają o wiele więcej nam do zaoferowania niż stare, zabytkowe krzesło czy kredens, a przecież nawet tego nie wyrzucilibyśmy na śmietnik od tak?Tylko co to właściwie znaczy?
![]() |
| Frédérique Deghelt |
I dlatego właśnie od razu zaprzyjaźniłam się z Frederique, jej nietuzinkowe, pełne wyczucia, delikatności, ekspresji a przy tym w nienachalny sposób proste, kiedy trzeba dosadne, podejście do tematu starości, przemijania, urzekło mnie dokładnie tak samo, jak kilka lat temu zaczarowała mnie Joanne Harris swoją "Czekoladą" (ach, szkoda, że tak się popsuła ta pisarka...). Nie mogłam się oprzeć tej historii, jest w niej coś magicznego, nie od razu dostrzegalnego, gdyż trzeba czytać ją uważnie, ażeby nie przeoczyć, czy też nie przekręcić w swym mniemaniu jakiegokolwiek słowa. Jak na moje oko, jedno więcej czy mniej, mogłoby zaburzyć tę idealną harmonię.
Główna bohaterka, prawie tak jak ja, stoi u wrót życia (tym bowiem jest dla mnie liczba 30'), ponadto trudni się pisaniem, jest dziennikarką. Podobnie też jak ja, nie potrafi do końca sprecyzować swojej roli życiowej, miota się pomiędzy pracą a kolejnymi sympatiami, głęboko pod tym skrywając największe marzenie o zostaniu pisarką. Muszę przyznać, że podczas lektury w miejsce Jade stale wklejałam zarówno siebie, jak i samą Fredzię. Jej zaraźliwy uśmiech dodawał mnie samej otuchy, gdyż chyba nic tak bardziej nie dzieli mnie na pół, jak owe "pisarstwo". Z jednej strony chcę i wiem, że powinnam, przynajmniej spróbować, ale przerażenie mnie ogarnia na samą myśl, że musiałabym pod tym kątem podporządkować całe życie, kiedy niepokorny duch we mnie stale się wyrywa: dalej, prędzej, nie teraz, potem..... Jade ma już w zasadzie poukładane życie jeśli chodzi o zawód, który wykonuje. Na tym polu o wiele łatwiej rozpocząć karierę pisarską, niż z pozycji chodnika. Poza tym mieszka w kraju, gdzie ceni się takie metamorfozy, emancypacja jest daleko posunięta*. W życiu takiego wolnego strzelca, jakim jest Jade nie może dziać się lepiej a zarazem gorzej. Rzadko widuję takie kobiety w Polsce. Nasza słowiańska kultura jest wciąż do tyłu jeśli chodzi o wyzwolenie ze sztywnych ram, porządku.
Dlatego, gdy Jade postanawia nagle "zaadoptować" swoją babcię, prostą kobiecinę ze wsi, tak skrajnie z pozoru niedopasowaną do jej nowoczesnego życia w wielkim mieście, może wydawać się to dla niejednego totalnym szaleństwem. Tylko kto powiedział, że postępowanie w zgodzie z duchem czasów zawsze wychodzi na dobre? Czy XXI wiek jest grubą, czerwoną krechą, która ma oddzielać od siebie pokolenia tak jak czynił to drut kolczasty w obozie zagłady? Jade nie mogła pogodzić się z przedmiotowym podejściem do człowieka na prowincji, który skazywał babunię na przytułek tylko dlatego, że raz się poślizgnęła i upadła. Ileż to razy my, młodzi i doskonali potykamy się i padamy na swój zadufany w sobie zad? A jednak nikt nie śmie odebrać nam za to swobód obywatelskich.
Nie jest to jednak wyłącznie opowieść o spotkaniu ze sobą dwóch pokoleń, co raczej prezentacja podobieństw, które w uniwersalny sposób łączą ze sobą wszystkich, bez względu na wiek, płeć, język. Książki -- jeden z tematów przewodnich, staje się dla dwóch pań pomostem do zrozumienia siebie, do większej otwartości, bliskości. W miarę czytania, tak było ze mną, zaczynamy się rozluźniać i w pewien sposób zazdrościć bohaterce tego szczególnego związku, tej szansy, jaką zaznała poprzez zwykły odruch serca, ażeby zabrać babcię do siebie. Więź która powoli się między nimi rodzi, niczym balsam dla duszy, zbudził we mnie żal do mojej własnej babci, która de facto babcią nigdy nie była. Przez kilka lat odwiedzałam ją często, ale stale miałam poczucie, że nie jestem u siebie, że nie jestem chciana. Nawet te nieliczne okazje, kiedy zjeżdżała się cała rodzina, gdy razem zwiedzałyśmy Niemcy, Czechy albo rodzinne strony Omy (babci), bledną z porównaniu z sytuacjami, kiedy słyszałam takie słowa: Na co mi to kupiłaś? Teraz ja będę musiała coś ci kupić na urodziny. Hmmm.... Nie ma to jak "babcia", prawda?
Jade ma okazję poznać samą siebie, wielkie pokłady czułości, o którą siebie nie posądzała a w miarę jak starowinka się na nią otwiera, młoda kobieta, dowiaduje się również, jak niesłusznym jest osądzanie kogoś na podstawie miejsca i czasu urodzenia, jak niegodnym współczesnego człowieka jest założenie, że "prostota" oznacza nudę, pustkę. O życiu tytułowej babuni można powiedzieć to wszystko, jeśli nie zna się niezgłębionej toni kobiecego serca, która potrafi ukryć -- nie tylko przed całym światem, ale i przed -- bliskimi, prawdziwą wartość siebie jako jednostki. Na tej samej zasadzie, ocenianie wszystkich muzułmańskich kobiet przez pryzmat ich burki, zdaje się być niesprawiedliwe. Życie stale nas zaskakuje, a co dopiero -- człowiek. Tak właśnie jest z babcią Jade. Na zasadzie targu wymiennego, każda ze stron zaczyna zwierzać się drugiej stronie a wnioski z tego, płynące głównie dla nas, jako niemych odbiorców, są bezcenne. Jade prosi babunię o obiektywną ocenę jej pierwszej książki. Z kolei babunia, zdradza wnuczce długie dzieje swego życia, w którym "czytanie" nie było mile widziane. Ciężka praca w domu i wokół niego, była dla krewniaków o wiele cenniejsza niż sztuka. Przykre, ale nawet dzisiaj stykam się z dokładnie takim samym podejściem do książek, muzyki czy innych form sztuki, z tymże dzisiaj na buractwo nikt już nie zwraca uwagi, prawda? Na koniec dodam, ażeby nie odbierać wam przyjemności z czytania tej książki, a na pewno będziecie ją czuli, bo jest przepiękna, wartościowa, iż każdy etap tej powieści jest ważny, wart smakowania, cytowania i doń powracania, nie zapominając o samym finale, który może zaskoczyć ;) Także gorąco polecam :))
"Większość czytelników stanowią kobiety. Sądzę, że kobiety tak dużo czytają, ponieważ potrafią usłyszeć to, co niewypowiedziane, i nie obawiają się, że uczucia pozostawią w nich ślady, ponieważ one już są w ich sercach” -- Frederique Deghelt.






11 komentarze:
Ja wiem że się powtarzam....kocham Twój styl pisania...napisz książkę....proszę...
@ Piotrze ;)
Nie słodź, nie słodź.... (bo się rumienię a nie do twarzy mi w różu :D). Ech... Naprawdę wierzysz w to, że wygram konkurencję z Grocholą, Kalicińską versus Miszczuk?? Hm... pytanie warte setki X,D
Pozdrawiam serdecznie :)
Recenzja strasznie mi się spodobała, ale mam mieszane uczucia co sięgnięcia po tą książkę.
Zazdrość to zła cecha, którą chce w sobie wyzbyć dlatego nie zazdroszczę, a życzę udanej podróży do Kolorado. Mam nadzieję, że napiszesz jak tam było :)
Tak, tak, powinnaś pisać, bo masz talent i robisz to w sposób intrygujący, a poza tym ciągle odkrywasz świat na nowo obserwując uważnie wszystko dookoła. Poza tym nie dajesz się zwodzić i swoje wiesz.
Twój wpis jak zwykle podoba mi się bardzo i mógłby być zaczątkiem powieści...
Jeżeli chodzi o relacje między pokoleniowe, to rozumie się je wtedy kiedy osiągnie się tych kilkadziesiąt lat.
Od najmłodszych lat mówiono mi, że powinnam szanować starszych i im pomagać. I tak też w miarę możliwości czyniłam i czynię, a właściwie mam jednakowy stosunek do każdego wieku jeżeli o tę pomoc chodzi.
Czytając Twoją wypowiedź przypomniało mi się pewne wstydliwe wspomnienie z mojego życia. Będąc jeszcze nastolatką wracałam ze szkoły, zatłoczoną ulicą miasta, na której to spotkałam staruszkę, najprawdopodobniej ze wsi, bo na taką wyglądała, ubrana skromnie i nieco przygarbiona szła w kierunku dworca autobusowego ze zniszczoną kartonową walizką. Widać było, że kobieta potrzebuje pomocy. Podbiegłam do niej, wzięłam bagaż i zaniosłam na dworzec PKS-u. Staruszka uśmiechała się do mnie serdecznie i dziękowała, a ja chciałam tylko jak najszybciej odejść od niej, żeby nikt mnie widział z tą wiejską kobietą. Zaróżowiły mi się nawet policzki jak przypuszczam, bo piekły mnie aż po uszy. Wstydziłam się tej kobiety, a z drugiej strony wyobrażałam sobie moją babcię w podobnej sytuacji, jak biedna w lejącym się z nieba żarze idzie do autobusu i ciężko dyszy...
Dzisiaj jest inaczej. Mogę nawet podejść do najgorzej wyglądającego kloszarda i rumieniec wstydu nie pokaże się na moim policzku. Zdarza się, że z wielkim strachem podchodzę do leżącej na ulicy osoby i sprawdzam co się z nią dzieje. Kiedyś podniosłam mocno niekojarzącego fakty człowieka, a on resztkami sił, chwiejąc się niebezpiecznie, kłaniał mi się i dziękował. Podałam mu jego rower i tak podpierając się jedną ręką o kierownicę, drugą o siodełko poszedł w kierunku swojego domu. Mąż zawsze mi wypomina, że jestem za mało ostrożna, ale ja miałabym wyrzuty sumienia, gdybym nie sprawdziła co się naprawdę wydarzyło. Innym razem kiedy nie mogłam sobie poradzić w podobnej sytuacji, wezwałam po prosu policję, bo obawiałam się, że człowiek umrze na zimnie.
A tak swoją drogą uwielbiam opowieści mojego teścia, ojciec natomiast jest w takim wieku kiedy zaczyna mocno się powtarzać, ale za to ma swoje 91 lat i super kondycję :)
Baśka, czy Ty będziesz do nas pisać jak już znajdziesz się w krainie szczęśliwej, wymarzonej ?
Buziaki :)))
@ Sara :)
Pewno, że napiszę-, opiszę... i etc. Nie dałabym rady połknąć tyle wrażeń i po przetrawieniu zachować w sobie, niestety czy też stety-, ja po prostu działam na zasadzie odkurzacza, takiego, który posiada funkcję "do" i "na zewnątrz" :D Także spokojna głowa X,D
Pozdrawiam serdecznie i cieszę się, że tekst się spodobał. Książka także jest warta przeczytania :)
@ Ewo :)
I znowu "słodzenie".... Aż mi wstydnio, ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że pracuję nad tym ;] Tak się składa, że jestem długodystansowcem. Większość zamierzonych celów jak dotąd osiągnęłam, tylko.... powolutku, na własnych warunkach, gdy mi się chciało, że tak powiem. Także ucha do góry. ;)
Nie powinnaś czuć wstyd za to, że w młodości zachowałaś się tak a nie inaczej. Wiem z doświadczenia, że to droga donikąd. Nie warto Ewuniu rozpamiętywać przeszłości, chyba że zamierzać pisać książki na ten temat. W mojej okolicy mieszka pewna staruszka, choruje, ma coś z biodrem, typowa przypadłość w jej wieku. Przez jakiś czas było dobrze, bo przeszła operację i nie potrzebowała nawet kul. Ale niestety wszystko się cofnęło i teraz znowu biedaczka bardzo cierpi przy każdym ruchu. Kiedy się da, pape podwozi ją do centrum, żeby zaoszczędzić jej podróży autobusem, ale nie zawsze sam może. Jedno co wtedy mnie uderza, to taka myśl: Czy ona nikogo nie ma? I wtedy myślę sobie: Kurcze blade, ja przecież też kiedyś będę w jej sytuacji, bo nie planuję rodziny, bo mogę nie mieć przyjaciół, etc. Nie za wesoła wizja. W takich chwilach dałabym wszystko za rodzeństwo, jakichś krewnych, ale cóż. Jest jak jest i trzeba sobie radzić. Dobrze, że pape ma przynajmniej mnie.
Ps: A pewno, że będę pisać nawet, ba, zwłaszcza wtedy -- bo znowuż będę miała o czym. ;]
Pozdrawiam ciepło :) :*
Przeczytam na pewno.Napisalaś świetną recenzję za która powinno Ci zapłacić wydawnictwo.! Przeczytam, bo....uwielbiam starych ludzi i .uwielbiam historie ich życia......to fantastyczne lekcje.......Alberto.własnie on jest starszym człowiekiem którego adoptowaliśmy oboje z Kamilem.......a który daje nam sile do walki ze światem który aż prosi się o przemianę bo w tej postaci trudno w nim żyć............buziaki Basiu, buziaki!
Basiu,
I znowu dzięki Tobie sięgnę po, zapewne, cudowną książkę o życiu, o relacji dwóch kobiet, które dzielą lata całe:) Z przyjemnością ja przeczytam, gdyż nie wątpię iż jest tego warta.
To, co jednak najbardziej wzruszyło mnie i ucieszyło w tym tekście, to informacja, że jesteś na siłach podjąć swoją wymarzoną podróż. Pamiętam, jak wcale nie tak dawno pisałaś o swojej chorobie, o tym, jak Cie wykańcza i jak nie możesz wyjechać. A teraz znowu przemawia pełna siły kobieta, która chce spełniać swoje marzenia i może to zrobić właśnie teraz. Nie chodzi mi tutaj o siłę psychiczną, bo tę miałaś zawsze, ale w Twoich słowach daje się odczuć to, że czujesz się dobrze, że jesteś zdrowa, albo przynajmniej naprawdę zdrowiejesz:) Wiesz, nawet nie wiedziałam, jak bardzo mnie to martwiło, dopóki nie przeczytałam tego posta. Jakby Twoja decyzja o wyjeździe w szeroki świat była namacalnym dowodem na to, że naprawdę czujesz się dobrze. Po przeczytaniu tych słów poczułam autentyczną ulgę, która zadziwiła mnie samą. Tak bardzo, bardzo się cieszę, że udało Ci się pokonać chorobę:) Mam nadzieję, że podróż dostarczy Ci wielu przecudownych wrażeń, o których będziesz pisać, pisać i pisać; że wrócisz jako nowy, bogatszy o niezwykłe doświadczenia człowiek, ze poznasz interesujących ludzi i odkryjesz w sobie coś, o czym do tej pory nie wiedziałaś:-) Tego Ci życzę z całego serca i z ogromną niecierpliwością będę wyczekiwać nowych wpisów!
Uściski!
@ Didi :(
Oj trudno w nim żyć, tak bardzo czasami, że aż się odechciewa żyć, ale cóż, skoro ma się tylko to jedno życie. Łatwo skóry bebokom nie oddam ;]- Cieszę się, że udało mi się zachęcić do tej książki, naprawdę jest świetna.
Pozdrawiam i całuję, :**
@ Iwonko :*
Powiem krótko: Dziękuję :* Chyba nie ma nic przyjemniejszego na świecie niż usłyszeć, że ktoś się przejmuje naszym losem. Dziękuję z całego serca :D A prowadzić bloga(i) będę jak długo się da, czyli albo do jakiegoś globalnego kataklizmu albo- mnie zamkną ;D Od wczorajszego ranka nie miałam netu i strasznie to odchorowałam X,D Jestem poważnie od niego uzależniona, masakra.
Jeszcze raz dziękuję ci, moja droga i zapewniam, że wycieczki, choćby dalekie, nigdy nie spowodują zamknięcia blogów, gdyż po pierwsze i najważniejsze: Kompik biorę zawsze ze sobą, gdziekolwiek bym nie jechała :D Bezprzewodowy to umożliwia ;D
Pozdrawiam i całuję :) :**
Basiu, gratuluję Ci tylu wspaniałych czytelników. Nie tylko czytam Twoje posty, ale i komentarze do nich. Cudni są ludzie na świecie :)
Buziaki jak zwykle :)))
Prześlij komentarz