Moje sny stają się coraz intensywniejsze. Każdej nocy, bardziej realne niż rzeczywistość, a kiedy budzę się skulona w kącie, z dala od łóżka, czuję się co najmniej tak, jakbym obudziła się w obcym ciele, czasie i przestrzeni. Znowu też śni mi się nocne niebo. Gwiazdy -- spadają; planety, o kolorach, które najlepsza plazma nie byłaby w stanie ukazać, ustawiają się powoli w równym szeregu. Po raz który widzę ten sam obraz? Trzeci? Nie pamiętam... Nie mam snów takich jak inni. Zwykło się uważać, że śnimy o tym wszystkim, co przeżywamy na co dzień, ja jednak stale widzę: symbole. Geometryczne kształty, kolory, których nie potrafię nazwać, bo nie występują w przyrodzie (a może widzę je w snach takimi, jakimi są naprawdę?), czuję każdy kamień, o który się potykam, uciekając przed czymś, co mnie goni.
To najczęstszy motyw moich snów: Uciekam. Z tymże o ile kiedyś gonili mnie jacyś ludzie, raz zamaskowani, to znowuż kryjący się w mroku, wynaturzeni, o dziwnych rysach i grymasach na twarzy, o tyle teraz ścigają mnie: żywioły.
Niebo nade mną zamienia się w smołę, dosłownie. Chmury niczym zaciśnięta pięść albo jakieś szpony, sięga w dół nie zważając na krzyk i przerażenie ludzi, którzy nie są w stanie w porę uciec. Słyszę jak krzyczą, płaczą, umierając. Biegnę jednak coraz szybciej, najpierw uliczkami, zaułkami, a pod moimi stopami drży ziemia, jestem pewna, że lada moment się rozstąpi; potem klatkami schodowymi, piwnicami, mrocznymi tunelami, raz po raz oglądając się przez ramię. Czerń, jak pustka z Niekończącej się opowieści, zmiata po kolei kolejne budynki, zrywa asfalt, obala wieżowce, słupy, ciska samochodami na prawo i lewo, jak wściekły kierowca szukający pod stertą rupieci zgubionych kluczyków, śpieszący do pracy. Tak ten kolos obala na swej drodze mur i beton, wyrywa drzewa z korzeniami, wygładza wzniesienia, a wszystko po to tylko... aby mnie znaleźć, dogonić... zniszczyć? Nie wiem, bo nie zamierzam czekać, aż mnie znajdzie. Wiem tylko, że muszę uciekać, muszę. Nie wolno mi się zatrzymać. I gdzie nie spojrzę widzę liczbę: 22. Na zegarze miejskim, na drogowskazie, na murze budynku (psychodeliczne graffiti).
Ciężko jest uciekać, gdy się nie wie, dokąd niosą nas nogi, ani przed czym się chowamy. Tyle razy odtwarzałam w snach tę samą scenę, wryła mi się w pamięć. Jest jak fatum, którego nie potrafię rozgryźć, nie mam pojęcia do czego mnie wiedzie. Ale nie jestem sama. W tym jednym śnie, nie byłam sama. Miałam przewodnika, kogoś kto ponaglając mnie niemiłosiernie, narzucał mi tempo, który wskazywał nieuczęszczane ścieżki, to dzięki niemu wydostałam się z miasta, słysząc w oddali zgrzyt wyginanego i obalanego żelastwa. Biegnąc za nim, przekraczałam strumienie i rzeki, aż w końcu dotarliśmy do rozstajnych dróg. Cztery strony świata, setki aut wokoło, korek, zastój. A ja w samym środku tego krzyżyka na mapie, patrzę w niebo. Dzień zmienia się w noc, miliony spadających gwiazd* kreśli na krystalicznie czystym niebie (ha, od razu widać, że to sen... w realu niebo przypomina rozlane mleko, tyle w nim chemii) głębokie bruzdy, przez które wdziera się do tego świata tajemnicze światło. Ach, gdybyście mogli ujrzeć te kolory i twarze bogów planetarnych kroczących na swoje miejsca: Mars trzymający za rękę Wenus, Jowisz podtrzymujący Gaję, Merkury a obok Selene, etc... Nic dziwnego, że po przebudzeniu znalazłam się w kącie, pod samym oknem. Przez chwilę bowiem kroczyłam razem z nimi.
I gdy tak patrzyłam w to niebo, usłyszałam czyjś głos. Ja to mam szalone sny, myślę tak sobie teraz. Głos ten powiedział: Jest dokładnie 88 gwiazdozbiorów, po 22 na każdą stronę świata. Hm... Cóż to miało znaczyć? Rano myślałam nad tym i myślałam, ale rzeczywiście, sprawdzając w leksykonie znalazłam tabelę w której widnieje jak byk: 88 konstelacji. Ja zaś, w tym śnie, stałam dokładnie w środku, wokół mnie przepływały ławice samochodów, śmierdzące skorupiaki, które najchętniej zgniotłabym stopą; cztery drogi -- cztery strony świata... Każdy kierunek to: 22 gwiazdozbiory. Ja naprawdę mam popaprane sny. Za dużo czytam, za dużo chłonę a potem... tyle że sny takie jak te nawiedzają mnie od szkoły podstawowej, a wtedy jeszcze nie miałam pojęcia o niczym z tego, co prześladuje mnie dzisiaj. Zresztą, następnego dnia (nocy) przyśnił mi się mój stary dom, ten wokół którego rósł gęsty las, stał tam samiutki, opuszczony, jak kiedyś, lata temu zanim go wyburzono. Nie wiem dlaczego ciągle doń wracam. Raz jako człowiek, raz jak coś innego, przefruwam nad nim, widzę cienie dawno nieżyjących ludzi błądzących po pustych korytarzach. Ale jak skończył się ten mój sen? Ten o gwiazdach? Nie wiem... Urwał się nagle, wiecie, w tym najlepszym momencie, kiedy być może usłyszałam odpowiedź. Dygocząc z zimna patrzyłam nieprzytomnym wzrokiem na łóżko, za mną opętańczo tańcował wiatr w gałęziach drzew, ależ wtedy była zawierucha na dworze. Jeszcze nigdy tak się nie bałam, patrząc jak nad moim domem, przepływają skłębione bałwany, szaro-czarne. Płynęły jednak na zachód, nie widziały mnie, jestem za mała.
Książkę Nory K. Jemisin, "Sto Tysięcy Królestw" (cykl: "Trylogia Dziedzictwo") przeczytałam niedawno, leżała jako nowość w bibliotece. Zaintrygowała mnie, gdyż w zasadzie niewiele jest czarnoskórych pisarek na świecie. Jako że tak lubianego obecnie G.R.R. Martina nie mam ochoty nawet brać do ręki (nie wiem dlaczego, jestem najzwyczajniej w świecie uprzedzona), postanowiłam zacząć od czegoś lżejszego. Zasadniczo nie kręcą mnie dworskie intrygi i tego typu bzdety, dosyć ich widzę wokół w realnym świecie, jednak w tym wypadku podziała na mnie magia: okładki, opisu, oraz ciekawość. Skoro nominowano ją do Nebuli i Hugo, to chyba Nora rzeczywiście potrafi pisać a w takim wypadku, jest fenomenem, z którym warto się zapoznać. Od czasu Moersa, kurczątko, nie czytałam żadnej dobrej książki fantasy. Ale cóż... Powiem najszczerzej jak się da: Nora została wyróżniona chyba wyłącznie przez wzgląd na swoją płeć i rasę. Jakże boleśnie się na niej zawiodłam.
Po pierwsze, sama postać głównej bohaterki i zarazem narratorki, Yeine Darr, kojarzyła mi się od samego początku z biedną, opuszczoną gąską, taką typową dziunią, która ni to jest delikatna i nieśmiała, a zarazem drzemią w niej, jak w Ally McBeal dzikie żądze. Po nagłej śmierci matki, Yeine trafia do wielkiego miasta Sky, gdzie niemal z biegu staje się obiektem -- a i owszem, "dzikich" -- knowań zepsutych kuzynów, etc. Rozchwiana emocjonalnie, musi z dnia na dzień przetrawić nieznaną przeszłość swej matki, swoje królewskie korzonki, i jak to zwykle bywa w takich bajeczkach, korona i tron już czekają na nią. Pamiętając jednak iż w opisie książki stało jak byk: "Bogowie i śmiertelnicy", z biegu dosłownie zderzamy się z pradawnymi bóstwami, które -- doprawdy -- nie mają nic innego do roboty, jak uwodzić dzikuskę z Północy podczas gdy ona, jakże rozdarta na pół a nawet ćwiartkę, walczy ze sobą aby tym podszeptom nie ulec. Bądźmy ze sobą szczerzy, były już: elfy, magowie, wampiry, wilkołaki, demony... Czemu by nie pobawić się "bożkami"? Niejaki Nahadoth, stwórca wszechświata (hm... a co się będziemy ograniczać ;) zapałał wielką namiętnością do wnuczki króla Dekarty, władcy Imperium Arameryjskiego (??, o ile nie przekręciłam nazwy), pod którego pieczą znajduje się owych sto tysięcy królestw.
I na tym zasadniczo zasadza się cała powieść. Nużące to jak diabli, co najmniej tak samo jak ściek w rozlewisku, głupie jak seks w wielkim mieście, choć tam przynajmniej pojawia się inteligentne poczucie humoru plus klimat NY; płaskie i seplate, jak powiedziałaby koffana Donia, także -- zdecydowanie nie polecam, chyba że kręcą was romansidła, przeplecione dla niepoznaki pseudo-intrygą, paranormalnymi bzdetami z pogranicza "Teletubbies", czyli macie z naście lat, jesteście dziewicami w wybujałą wyobraźnią i kręcą was psychodeliczne demony, pół-bogowie z odzysku, gdyż domowy wibrator już nie wystarcza. Wiem, jak to zabrzmi, znów będę posądzona o rasizm, ale po raz kolejny wyszło na moje, że wśród ciemnoskórych nad wyraz rzadko zdarzają się intelektualiści, ludzie uzdolnieni pod kątem pisarskim. Na palcach jednej ręki można takich wymienić i tylko dlatego, że pochodzili z mieszanych rodzin. Nie pojmuję, jak można z taką premedytacją oszukiwać czytelników.
Moja rada dla was, kochani: Jeśli przeczytacie kiedyś na okładce jakiejkolwiek książki, że była nominowana do wielu prestiżowych nagród, etc-, ale nie dostała żadnej z nich (O, Dziwo!), od razu niech włączy się w waszej głowie alarm. Gdyby to rzeczywiście był taki talent, no cóż... Chyba by jednak jakąś nagrodę dostała, czyż nie? To akurat, że tak wielu ludzi kupiło na Amazon.com jej książki jeszcze o niczym nie świadczy. Średnio na jednego białego w Ameryce przypada sześciu-ośmiu innej nacji, niech by tylko połowa z nich kupiła jej książki... Rozumiecie do czego piję? ;]- I w du... żym poważaniu mam jak to brzmi. Jak mnie irytuje śmieciowa-literatura, nie macie pojęcia, zwłaszcza w dobie sukcesywnego wyniszczania lasów amazońskich, powinno się kogoś za takie marnotrawstwo najzwyczajniej w świecie powiesić za jądra, a niech czuje, za co ta kara! A co?? ];]-
![]() |
| A oto sprawczyni całego zamieszania: Nora K. Jemisin |






11 komentarze:
Witaj Basiu,
Jak dobrze, że zrecenzowałaś tę książkę! Osobiście chciałam ją niedawno kupić, gdyż zaintrygował mnie tytuł - wydawał mi się raczej symboliczny niż dosłowny; chociaż sama nie wiem dlaczego? W każdym razie ocaliłaś mój czas i parę groszy;) Szczerze mówiąc tego czasu mam tak mało, że staram się go przeznaczać tylko na ważne i ciekawe książki. A Twoje recenzje bardzo w tym pomagają:)
To tyle o książkach. A co do snów, to ja tez mam i zawsze miałam dziwne sny. Kiedyś, jako mała dziewczynka myślałam, że wszyscy ludzie tak śnią, ale potem, jak pytałam swoich znajomych, okazało się, że oni albo nie pamiętają w ogóle swoich snów, ale śnią, tak jak piszesz, o tym co znają z życia. Ja śnię albo o kosmosie, albo o przedziwnych domach z nieskończoną ilością pokoi, drzwi, pomieszczeń, tarasów; albo śnią mi się sny, które nazwałam filmowymi, bo takie właśnie są, jakbym oglądała film. Zdarza się, że nawet sama w nich nie występuję. To przeróżne historie, opowieści, często tworzące zamkniętą całość,niosą też ze sobą bardzo różne emocje. A poza tym wszystkim zdarzają mi się też sny z moim udziałem i te są takie, jakbym żyła w świecie równoległym. Powtarzają się w nich miejsca, w których byłam w innym śnie i ja to pamiętam. Przypominam sobie zdarzenia z innych snów, czasami mają one doniesienie do snu aktualnego i tak to się jakoś toczy przedziwnie. Miewam też sny o umiejętności latania i o nieznanym zagrożeniu, które mnie goni, podobnie, jak Ty. Ale ogólnie bardzo lubię swoje sny. Lubię, bo są niesamowite i żyję w nich jakby inaczej, w zupełnie innym świecie.
Pozdrawiam Cię serdecznie
Iwona
Witam :) Jak zwykle zdumiewasz i oszołamiasz. Pierwszą część twego posta przeczytałam z lekką obawą, w tym sensie, że gdyby to mnie śniły się takie sny, pewnie zachorowałabym na bezsenność. Ty jednak jesteś bardzo silna a że jesteś intelektualistką, dużo czytasz, nie dziwi iż twoje sny są przesycone wszystkimi doznaniami. Czy nie wspominałaś aby przy okazji jakiegoś postu, że sny o uciekaniu mogą odnosić się do odległej przeszłości rodzaju ludzkiego? W tym może tkwić szczypta prawdy, kto wie. Ja najczęściej rozmawiam w snach z dawno nieżyjącymi ludźmi, krewnymi i nie tylko. Znałam wielu wspaniałych starszych ludzi, których już nie ma. Tak główkuję, że może chodzić o kontakt z przodkami, w końcu sny to głównie my sami, to my spoza zasłony niewiadomego, mówimy do siebie za pomocą symboli i nie tylko.
Książki nie znam, podobnie jak autorki. Nie wiem czy po nią sięgne, ostatnio mam bardzo niewiele czasu na lekturę, więc gdy już pragnę coś przeczytać czytam to tylko co zasługuje na moją 100% uwagę. Poza tym nie w moim guście.
Pozdrawiam cieplutko, Basiu :) :*
Olga
i ja też nie cierpie smieciawych współczesnych pisadeł....własnie i przede wszystkim ze względu na rozczarowanie i zmarnowany czas.......ja ostatnio dużo maluje..i szukając czegos bym mogła psychicznie odpocząc zaczęlam po raz drugi czytac...........tylko prosze nie smiej sie i nie mow ze nisko upadłam.ale ja ta serie w czasach szkolnych uwielbiałam i co miesiąc bieglam po kolejny tom.bo był moja ucieczką od smutnej rzeczywistosci w swiat legend, mitów i baśni wplecionych w fikcyjna fabule i fakty historyczne z kilku a nawet kilkunastu jak sie później okazuje wieków....."Saga o Ludziach Lodu", moja słabostka, do której sie przyznaje...........bo nie powinnam sie wstydzic samej siebie..buziaki Basiu.
@ Iwonko :)
No to świetnie, że uratowałam twój cenny czas i nerwy, bo książka (moim zdaniem) nie warta uwagi. Zresztą powoli odsuwam się od prozy zza Oceanu. Kiedyś czytywałam sporo amerykańskiej lit. bo dało się znaleźć prawdziwe perełki, zwłaszcza z gatunku fantastyki. Ale teraz, od czasu tych wszystkich rynsztokowych zmierzchów etc, szkoda słów. Mogę ci za to szczerze polecić książki Umberto Eco. Najnowsza stoi sobie u mnie na półeczce, dopiero się za nią zabieram, także z braku czasu, mam nadzieję, że uda mi się ją przeczytać przed wyjazdem. Wszyscy znajomi mówią, że świetna a jako że Umberto to klasa sama w sobie od lat, raczej się nie zawiodę. Jeśli lubisz klimat intryg, ale tych bardziej realnych niż w fantasy, sprawy kryminalne, soczyste i jaskrawe postaci, myślę że ci się spodoba. Cała reszta lit. ląduje zwykle na moim blogu sukcesywnie, więc nie chcę rzucać z pamięci tytułami. Dużo teraz czytam lit. naukowej, archeo- mito-historycznej etc etc... ale tego Umberto na pewno będę czytać z wypiekami, pomimo iż różne środowiska w tym żyd. i katol. burzą się odrobinę ;D
Jeśli chodzi o sny... Ja również miewam takie, w których nie widzę siebie, ale jestem niemym obserwatorem. Rzadko, ale jednak. Całą resztę opisałam. Kiedyś śnił mi się jakiś aniołek, taki jakby archanioł i razem jedliśmy truskawki z jednej miski, kurczątko -- co może oznaczać taki sen? O_o Ogólnie jestem zdania: Sny to nasza ukryta przed światem "nieświadomość", my sami, którzy próbujemy dotrzeć do siebie przez niewidzialną zasłonę snu. Kiedyś błądziłam właśnie przez to, że nie rozumiałam tej zależności. Cokolwiek nam się śni, przeważnie odnosi się tylko do nas samych i naszego stosunku do świata i ludzi. Warto zatem analizować swoje sny, to nasza (gatunku) przeszłość. :)
Pozdrawiam ciepło i dzięki za miłe odwiedziny :)
@ Olga :)
Trafiłaś w samo sedno z tymi snami. Sama bym lepiej tego nie ujęła. Sny to jak encyklopedia czy instrukcja obsługi nas samych. Mnie również zdarza się, że śnią się ludzie, których już nie ma. Ale nigdy nie są to moi krewni, których praktycznie nie znałam. Przeważnie śnią mi się ludzie znani szerszej publiczności. Np. Michael Jackson, Jonathan Brandis, Marylin Monroe, Bob Dylan, Freddy Mercury, i inni których mogłabym wymieniać bez końca. Ale nie tak często, Najczęściej śnią mi się "miejsca", których już nie ma. Tak się akurat składa, że każdy dom, w którym mieszkałam, szkoła, do której chodziłam czy budynek w których miałam warsztaty, już nie istnieje - fizycznie. Albo je wyburzono, albo przerobiono na supermarket czy mieszczą się w nich inne placówki. Najczęściej śni mi się mój dom z dzieciństwa. Ten jeden jedyny, w którym byłam przez bardzo krótki czas szczęśliwa, wolna. Od prawie 10 lat już go nie ma, nic z tego miejsca się nie ostało... :( Kiedy mi się śni, czuję się jak bezpański pies. Chyba nie mam domu. W żadnym miejscu nie czuję się jak u siebie. Próbuję to maskować, ale taka jest prawda. Stale czuję czyjś oddech na plecach i stale biegnę. Wiatr mnie goni a woda podmywa brzegi na których stoję. Mam ochotę rozerwać coś na strzępy, stałość mnie drażni. Ale mniejsza o to... widzisz do czego mnie skłoniłaś takimi rozważaniami? :D
Dzięki za odwiedziny, ja też gonię się z czasem, czy to nie dziwne? Wielu ludzi mówi mi to samo, że mają takie uczucie jakby czas się im kończył. Może tak właśnie jest?!
Pozdrawiam cieplutko :)
@ Didi :)
Nie wstydź się tej słabości, bo naprawdę nie jesteś w niej odosobniona. Już pisałam to na wielu blogach i zawsze powtórzę, bo w nosie mam, co sobie ktoś pomyśli. Podobnie niech nikt się nie przejmuje gdy marudzę na modne dzisiaj sagi. Zawsze powtarzam, że to, co każdy z nas czyta zależy wyłącznie od nas samych. Jednemu się podoba innemu nie, jeden pochwali, inni zjedzie. Mamy do tego prawo, bo każdy z nas jest inny a prawda obiektywna to luksus na który mogą sobie pozwolić przyszłe pokolenia, patrząc wstecz.
Sagę o Ludziach Lodu poznałam na początku lat 90'. Najpierw podczytywałam ją od krewnych i znajomych, którzy kupowali kolejne tomy w kioskach Ruchu, potem sama zaczęłam kupować na pchlich targach. Jeszcze na studiach dokupywałam brakujące tomy, także dzisiaj mogę pochwalić się posiadaniem całej sagi na półce ;)- I w nosie mam, że to lekka proza to poduchy. Nigdy później żadna pisarka tego nurtu nie porwała ludzi z taką siłą, to fenomen. W Polsce istnieje wiele fanklubów Sandemo, ja zaś osobiście cenię ją za jej prywatne życie, które mogłoby jej posłużyć do napisania kolejnej, wspaniałej powieści. Z tymże widzisz... Ona zawarła w SoLL całą swoją bolesną przeszłość. I za to ją cenię. To naprawdę dobra saga, jedyna w swoim rodzaju. :D Cieszę się, że jeszcze wielu ludzi do niej wraca.
To wspaniale, że masz wenę. Ja zaś zajęta przygotowaniami do eskapady na drugi koniec świata dosłownie plącze się o własne nogi. Kiedyś głowy zapomnę albo przytrzasnę ją drzwiami. X,D
Pozdrawiam cieplutko, Didi. Życzę miłego dnia :)
Witaj :)
Ciebie gonią żywioły, mnie - zmarli członkowie rodziny, którzy mówią, że źle robię żyjąc poza Polską. Ale z pewnością są oni odzwierciedleniem moich wątpliwości i natłoku myśli: wracać, nie wracać, czuję się tu świetnie, ale jestem samotny; to może wracać? Nie, tam nie będę szczęśliwy. I tak w kółko, i tak w kółko. Zastanawiam się, czy to po prostu trudne początki w nowym świecie czy rzeczywiście powinienem zabrać dupę w troki i wrócić do Polski.
Obecnie czytam książkę autorstwa Julii Navarro pt."Dime quien soy", czyli "Powiedz mi kim jestem". I zamiast się uczyć - ja głupi czytam po kątach w pracy, metrze, szkole :P
Pozdrawiam ;*
@ Kamil :)
Powinieneś wyzbyć się wszelkich wątpliwości. Kiedy wreszcie pojmiesz, że wyjazd z Polski był najlepszą decyzją jaką mogłeś podjąć? Sama w niedługim czasie planuję to samo i tym razem NIC mnie już nie powstrzyma. Każdy dzień tutaj doprowadza mnie do szału, dlatego stale się przemieszczam, a to wybrzeże, a to południe, ale raczej już tam nie wrócę, a to centrum, byle nie siedzieć w jednym miejscu. Kiedyś myślałam, że zamieszkam na prowincji, założę ogródek, etc. Ale tak się nie da. My dwoje, mamy naturę obieżyświata-wolnego ptaka. Musisz dzień w dzień, wstając rano z wyra powtarzać sobie: Jestem dokładnie tu, gdzie chciałem być. Wierz mi, w końcu beboki w snach odpuszczą. Mną targają prawdopodobnie dlatego, że jeszcze nie wyjechałam, stąd ten przymus wewn. do ucieczki. Ale ty... Przecież spełniłeś swoje największe marzenie. Trzymaj się tego z całych sił, walcz żeby nigdy nie musieć wrócić do bagna jakim jest ten słowiański padół łez i potu. Pamiętaj, że jesteś moją inspiracją, nie możesz mnie zawieść! :D
Pozdrawiam ciepło, jak zawsze trzymając mocno kciuki :)) :*
Basiu i wszyscy, którzy tutaj piszecie:)
Ja też dopisuję się do grona czytelników Sagi o Ludziach Lodu. Była dla mnie niesamowitą baśnia i ucieczka od rzeczywistości. To dzięki niej zafascynowała mnie cała mitologia skandynawska. Myślę, że to piekna opowieść i nie ma się czego wstydzić, że się ją lubi. Nawet jeśli jest "tylko" czytadłem:) Dobre "tylko czytadła" tez sa potrzebne, w przeciwieństwie do tych marnych, w których nie ma nic oprócz pustych słów. Podobnie jak Ty - Basiu - nigdzie nie czuję się u siebie. Mojego domu z dzieciństwa tez już nie ma i zawsze gdy odwiedzam rodziców, którzy mieszkają teraz w innym domu, czuję się jak w obcym miejscu. Bo to nie mój dom. To ich dom. Mojego już nie ma... I zawsze gdzieś mnie gna. Czasami nachodzi mnie ochota na rzucenie wszystkiego i po prostu chodzenie po świecie. Tylko od razu włącza się mój zdrowy rozum i zaczyna ukazywać mi niewygody takiego życia:-) Ale i tak cały czas gdzies pędze, staram się zobaczyć jak najwięcej, przeczytać jak najwięcej, zrobić jak najwięcej, bo mam uczucie, jakby...kończył się czas. Dokładnie tak, jak piszecie:)
Może coś w tym jest.
Kto wie. Pewnie przekonamy się prędzej czy później. A póki co pozdrawiam wszystkich serdecznie!
Witam ponownie
Ha, podziwiam wytrwałość. Książkę dołączyłem do księgozbioru ponieważ była nominowana (!). Odpadłem nie dobrnąwszy nawet do setnej strony.
@ Katatonia ;)
Ta książka jest jeszcze gorsza niż Zmierzch ;P Powinno się takimi badziewiami domy dogrzewać.
Pozdrawiam serdecznie :)
Prześlij komentarz