![]() |
Aglaja Veteranyi |
Niezwykle rzadko zdarza się, aby twórczość jakiegoś pisarza lub pisarki tak silnie była związana z jej/go własnym życiem, jak Aglai właśnie. Jeszcze rzadziej, po wyrazie twarzy można poznać emocje, które towarzyszyły danemu twórcy w procesie kreacji.
Gdy zeszłej nocy spacerowałam bez celu po mieścinie, w której mieszkam, równie wzburzona od środka jak wiatr, który szalał wokoło z furią dzikiego zwierza, nie potrafiłam odpędzić od siebie pewnej myśli; właściwie było to raczej rozważanie. Być może zdarza się wam w duchu, np. podczas spaceru, toczyć z samym sobą wewnętrzny dialog, bo kto was zna lepiej, niż wy sami? Tylko w zaciszu własnego umysłu, można zadać sobie pytania, na które nigdy nie udzielilibyśmy odpowiedzi komuś obcemu, a które stale nam towarzyszą, drażniąc nasze nerwy, czy też wywołując całą gamę innych odczuć. Wiem, że tak jest, więc zaprzeczanie nic wam nie da.
I kiedy tak toczyłam ze sobą tę dziwną dysputę, w pewnym momencie ogarnęło mnie przemożne uczucie -- iluminacją tego nie nazwę, gdyż bardziej przypominało to dotyk czegoś ciepłego, miękkiego, rozkosznie otulającego -- po którym wszystko stało się jasne. Nie wiem czy inni twórcy doświadczają czegoś podobnego, mogę mieć tylko nadzieję, że kiedy wysyłają w świat swoje wiekopomne dzieła, z ręką na sercu mogą przyznać, że oddali część siebie (dosłownie) temu, co spłodzili, nie zaś dla picu czy mamony, tworzyli kolejny produkt uboczny psycho-biotycznego ja, w duchu śmiejąc się z szerokiego audytorium, cmokając z powagą swymi obmierzłymi wargami i kiwając głową z tą schizofreniczną obłudą, która bez względu na kolor i kształt jakiegoś pisuaru, śmie nazywać paszkwil czy tandetę -- dziełem sztuki. Pragnę w to wierzyć, bo nie wyobrażam sobie, że można tworzyć dowolny rodzaj (gatunek) literatury, nie przelewając na papier cząstki siebie. Tylko taki produkt jest wart tego, aby poń sięgnąć, bez względu na koszt, okładkę, reklamę/rozgłos.
Znam (jako czytelniczka ale nie tylko) wielu pisarzy, którzy poza samą nazwą nie mają w sobie nic z artysty. Współczesność zachłystuje się coraz to nowszymi nazwiskami i tytułami, ale prawda o byciu pisarzem, ba, w.w. artystą, jest dużo bardziej skomplikowana. Osobiście nie wierzę, że każdy jest w stanie napisać książkę (dzieło a nie kolejną makulaturę), namalować obraz czy też stworzyć coś z niczego za pomocą gliny. Nie wierzę również, że prawdziwy talent można odkryć na castingu czy w inszym plebiscycie/konkursie. Ale cóż... Jestem, na to wygląda, w mniejszości. Współczesność bowiem opiera się na -- rzemiośle, które mylnie ubiera się w szaty artyzmu, talentu, wybitności a nawet, w skrajnych przypadkach, geniuszu. To dlatego właśnie pierwsza lepsza mamka, eks-sprzątaczka czy kura domowa, jest nazywana -- pisarką; niewydarzona dziennikarka wpada któregoś ranka na pomysł zostania primabaleriną czy piosenkarką; dziecko, które winno być w szkole, za to tylko że nie fałszuje Niemena (rany, niedobrze mi się robi, jak go słyszę... Kiedyś było inaczej, ale obrzydzili mi go pseudo-muzycy), nagradza się i wpuszcza na salony, zaś aktorzyna odtwarzający główną rolę w pewnym modnym serialu pseudo-medycznym, zostaje okrzyknięty filozofem, guru jakimś co najmniej jak Budda.
To tak jak z "inteligencją". Przez pięć lat studiów, próbowałam uczulić znajomych, nauczyć ich prawidłowego rozumienia tego słowa, ale na próżno. Jakbyśmy mówili do siebie w dwóch różnych językach. Inteligencja to nie to samo, co -- wiedza, moi kochani. Stopnie naukowe, dyplomy, czy nazywanie siebie intelektualistą, jeszcze z nikogo nie uczyniły osoby "inteligentnej". Przez tysiąclecia pojawiały się na świecie jednostki inteligentne, ale nie każda z nich miała ukończone studia, tytuły czy dokonania naukowe na koncie. O wielu nie mamy do dzisiaj pojęcia. Z inteligencją można się tylko urodzić, jest to pierwiastek niewiadomy, jakiś szczególny blask zamknięty w czasami najlichszym opakowaniu; gwiezdny pył (ad: S. Hawking czy Einstein). Może wypłynąć na wierzch z gałęzi, która nie wykazywała nigdy takich predyspozycji, bez względu na czas i miejsce. Myślę, że tak jak w świecie roślinnym, tak też u nas, zachodzi wciąż ów słynny proces ewolucji, z pozoru bezwładnie, ujawnia się w najmniej spodziewanym miejscu, osobie, aby pchnąć nasz gatunek na wyższy poziom. To się naprawdę dzieje, tyle że w natłoku sprzecznych danych, urojonych ambicji, czy inszych geo-politycznych zagrywek, w tym całym szumie informacji, łatwo taką jednostkę przeoczyć. Podobnie jest z "talentem", "darem do tworzenia nowych światów" za pomocą -- wyobraźni. Czy zatem ktoś celowo zasypuje nas tonami krewetek, by w tym wielkim oceanie ukryć te nieliczne z nas jednostki, które mogłoby pchnąć ludzkość na wyższy poziom abstrakcji? Takie mam wrażenie, od dawna.
Jednym z moich największych marzeń jest móc napisać taką powieść, która w pełni by mnie usatysfakcjonowała. Mnie -- podkreślam, a nie Was (zaraz wyjaśnię, co przez to rozumiem). Jest w tym głębszy sens. Jeśli uda mi się przelać na papier mnie samą, oczywiście w postaci fikcji, ale spleść ją niewidzialną dla was, lecz dla mnie bardzo trwałą nicią osobistych doświadczeń i emocji, wówczas bez lęku będę mogła posłać taką książkę na rynek, ba, walczyć o nią, bez względu na słowa poparcia czy sprzeciwu innych, bo będę miała pewność, że broniąc jej, stoję twardo na tym miejscu, które sama sobie wybrałam. Ostatnie pięć książek, a nie zliczę już ile napoczętych i porzuconych, wciąż nie jestem gotowa. Ale jestem młoda, mam jeszcze na to czas.
Może się mylę, ale gro pisarzy tworzy jakby na siłę, tworzy coś nie bardzo nawet wiedząc po co i na co. Kiedy czytam ich książki (nie przeczę, że niektórzy potrafią ładnie ubierać w słowa kolejne akapity), to jednak mam uczucie, jakby silili się sami z sobą, składali jakieś metafizyczne strusie jajo, ba, niektórzy nawet sami się do tego przyznają, mówiąc: że męczą jakąś książkę (tzn. piszą), że jest to dla nich spory wysiłek, że najwspanialszy jest dla nich moment, kiedy wreszcie ją skończą. Jakież to przeraźliwie smutne, depresyjne, zahaczające o osobistą tragedię. Czy warto zatem brać do ręki ich książki? Kupować takie "anty-dzieła", męcząc je potem śladem autora w ramach jakiejś subiektywnej pokuty? Skoro on mógł, to i ja się z tym zmierzę, a co mi tam? Przecież samoudręczanie jest także i moją drugą naturą, a co?!
Istnieją jednak wyjątki od tej przeraźliwej większości tworów pseudo-literackich, które w tysiącach egzemplarzy zagracają półki księgarń na całym świecie. Pojawiają się nagle między nami, jak rozbłysk supernowej gdzieś na drugim krańcu znanego nam Wszechświata, czy też ocierając się o nasz błękitny padół, niczym kometa sunąca po nocnym niebie, w ślad za którą rozpruta przestrzeń kryształków lodu, wskazuje nam wyraźną granicę między "dziełem", czymś wyjątkowym a stertą kosmicznych śmieci, które sami, jakże często, tworzymy w tym dziecięcym szale niszczenia wszystkiego, co popadnie. Gdyby było inaczej, to czy właśnie takie wybitne jednostki, tak prędko wypalałyby się od środka, znikały niczym zgaszony wilgotnymi palcami płomień świecy? Nie będę sypać przykładami, ale z pewnością można zaliczyć do takich: Keatsa, Woolf, Plath i Aglaję chociażby. Patrzę na jej drobną twarz i z dreszczem znajduję w jej uśmiechu także mój własny egzystencjalny smutek, z tymże mnie na razie ani w głowie się poddać. Dziwne to jednak uczucie, gdy zliczy się długą listę nazwisk, które odeszły z tego świata na własną prośbę, a przy tym jedyne spośród miliardów zasługiwały na to, aby żyć. Dlaczego tak się dzieje? Nie uwierzę, że ich psychika była ułomna, bo też sama się za taką nie uważam. Niczym komputer wchłaniam dziennie zbyt dużo informacji, nie nadążam za samą sobą, przez to chyba nie mogę też spać i wędruje jak kot ciemnymi ścieżkami. Dlaczego zatem Oni to robią? Nie pytam o ich smutek, natrętną myśl w głowie, którą sama słyszę pięć razy dziennie, ale o "przyczynę". Chyba nigdy tego nie pojmę.... A chciałabym, bo i mnie ten smutek dotyka.
![]() |
| ...Jakbym widziała siebie.... Uwielbiam takie kawiarenki... |
O książce "Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze", dowiedziałam się ponad rok temu, przy okazji odwiedzin czyjegoś bloga, nie pamiętam już u kogo. Pamiętam za to, że tło dla tej powieści podziałało na mnie jak magnes. Zafascynowana życiem cyrkowym, ale tym urojonym, nie zaś realnym, mając w pamięci serial "Carnivale", przy pierwszej nadarzającej się okazji rzuciłam się nań łapczywie. I nie zawiodłam się. Znalazłam w niej piękno, ale i więcej ukrytego piękna, jak gdyby prawdziwy talent Aglai jeszcze w pełni się nie rozwinął. Piękno to miało wiele odsłon. Oczami wyobraźni, czułam kolory, kształty a nawet ruch, ekspresję postaci, tkwiących na kartach debiutanckiej powieści pewnej rumuńskiej dziewczynki, która do nastu- lat nie potrafiła jeszcze czytać i pisać, która za to znała przemyślne figury i tricki rodziny cyrkowej, dla której miłość miała w sobie więcej goryczy, niż ciemna, parzona kawa z Kolumbii. Miałam ochotę ją przytulić, zapewnić, że nie jest sama na tym świecie, że życie to nie tylko strach przed końcem, że ludzie nie zawsze uciekają od miłości dlatego, że nie potrafią sami jej okazać, że jeśli znajdzie się w sobie dostatecznie dużo sił, upiór nocy nie wydaje się już tak straszny, a nostalgia za tym co minione oraz opuszczonymi w biegu za lepszym życiem krewnymi, zdaje się mniej dokuczliwa, kiedy komuś zaufamy, choćby na przekór nam samym.
Tak jak w powieści, tak i w rzeczywistości, Aglaja wyemigrowała z rodzicami na Zachód i poprzez niezliczone miasta, miasteczka i wsie, wędrowała bez końca po obrzeżach tego, co Wy, zwyczajni ludzie, nazywacie życiem. Jak kot, jedną nogą na tym świecie, drugą gdzie indziej; tylko gdzie? Aglaja musiała znosić niewygody, samotność, gorzki posmak wolności, która z wolnością miała tylko tyle wspólnego, iż Ceaucescu już im nie zagrażał. Miała zostać aktorką, lecz nikt nie zadbał nawet o to, aby poszła do szkoły; w krótkie noce lub chwile wyrwane w biegu, razem z przyszywaną siostrą (córką jej ojca z innego związku) tworzyła wciąż na nowo coraz to wymyślniejsze wersje pewnej opowiastki, od której wziął się tytuł danej książki i chociaż słowa tego dziecka płyną do nas w prosty, bezpretensjonalny sposób, tak iż czyta się tę książkę bez przerwy, nie licząc minut ani godzin, stale towarzyszy człowiekowi wrażenie, że rozmawia z samym sobą, tylko znacznie starszym; z kimś kto wie więcej, bo dłużej i więcej przeżył... I tyle w tym inteligencji, oryginalności, talentu, iż człowiek wzdycha porównując siebie do autorki (Czy uda mi się kiedyś tak szczerze nakreślić jakąś postać i historię?).
Cóż wam mogę powiedzieć ponad to, co już napisałam? Musicie przeczytać tę książkę, koniecznie. Nie ręczę jak na nią zareagujecie, to mocna rzecz, ale jestem pewna, że zostanie z wami na długie lata, tak jak sama autorka, wzór i ostrzeżenie zarazem. Dla mnie Aglaja Veteranyi jest autentyczna do szpiku kości, jest i zawsze będzie prawdziwą artystką, której imię nigdy nie rozmyje się na tle tumultu milionów innych nazwisk. Celowo nie porównuje jej do klasyków, gdyż mamy w jej osobie do czynienia z novum, które jest pewnego rodzaju znakiem czasu i konkretnych doświadczeń. Dla mnie osobiście, pod względem talentu i zawzięcia, jest wzorem do naśladowania. Nie każdy wszak byłby w stanie, nie posiłkując się żadną wiedzą, rodzinną tradycją czy przekazaną w genach ambicją, zauważyć, że czegoś mu (= wiedzy) brakuje. Nie każdy byłby w stanie z pół-alfabety stać się pisarzem w zupełnie obcym języku (niemieckim), tak iż z gminu powędrował na salony i deski teatru całej Europy. To po czymś takim, poznać można tę iskrę, która świeci krótko, ale jakże jasno na tle gwiezdnych konstelacji. Staram się nie myśleć o tym, że 3 lutego 2002r. wybrała za miejsce swego spoczynku wodę, tak jak ja, marzę kiedyś w odległej przyszłości... Zbieram za to kawałeczki jej istnienia z sieci, układając je w nowy wzór i czytam je wciąż od nowa, do czego i was zachęcam jeśli cenicie prawdziwe piękno, a nie błyszczącą tandetę, o której wszyscy prawią wokoło. A kto nie ma możliwości przeczytania tej książki, ciężko ją dostać w sklepie, zachęcam do wysłuchania audiobooka, który mam i mogę przesłać, więc jakby co proszę pisać na maila (znajdziecie go w moim profilu* bloga). :)
TUTAJ znajdziecie ciekawą recenzję kolejnej książki Aglai. Polecam :)
A poniżej... Hm, jakby to nazwać: trailer przedstawienia teatralnego na podstawie mamałygi? (po niemiecku) ;D
|
|






16 komentarze:
Najbardziej podobają mi się Twoje rozważania, czyli część pierwsza, prowadzące do sedna wypowiedzi.
Po trzy dniowym czytaniu non stop nie widzę za dobrze, oczy mnie bolą i czuję się jak połamaniec.
Powiem krótko, jak zwykle piszesz interesująco...
Buziaki
Jak ja Ciebie rozumiem. Sam otrzymałem na weekend swój tekst po ostatniej korekcie. Czytanie własnego tekstu było dla mnie tym razem katorgą. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Zobaczyłem "coś" co się ludziom podoba, ale ja z czasem zdystansowałem się do tej opowieści. A pisarzem nigdy bym siebie nie śmiał nazwać.
Tak dawno tu nie byłam.
Brakowało mi tego miejsca niezmiernie i twoich słów, które koją duszę.
To prawda, że niezwykle talenty umykają nam niezauważone.
Wciąż docierają do nas zlepki top powieści, top autorów, ale jednostki wybitne umykają w tym całym zamieszaniu.
Cieszę się więc, gdy zaglądam na twego bloga, który jest ostoją prawdziwego piękna i mądrości.
Nie zawszę się z Tobą zgadzam, ale niewątpliwie jesteś jedną z moich internetowych ulubienic z którą chciałabym napić się kiedyś kawy, znaleźć się w twoim świecie magii.
Chciałam podziękować równie magicznie.
http://www.youtube.com/watch?v=-1pMMIe4hb4
Z miłą chęcią przygarnę audiobooka
Mój mail: anja1818@gmail.com
Kiedy chcę się zatrzymać czytam Ciebie... masz w sobie moc skupiania mnie na ważnych sprawach, o których myślę, ale ich unikam, by móc spać :) Aglaję mam głęboko w sercu, choć Mamałygi jeszcze nie czytałam.
p.s pięć książek? Podziwiam! I czekam.
Jak zobaczyłam Twój dzisiejszy post, to aż nie mogłam w to uwierzyć:-) Napisałaś o jednej z moich najukochańszych autorek i postaci, jakie przyszło mi w życiu poznać przez ich twórczość. A może wcale nie powinnam się temu dziwić? Wielokrotnie już miałam okazję przekonać się, że nasze gusty literacko-filmowe są bardzo podobne. Między innymi dlatego tak ufam Twoim recenzjom:-) Aglaję poznałam dzięki mojej bliskiej koleżance ze studiów, która z pochodzenia jest Rumunką, ale od liceum mieszka w Polsce (sama - jej rodzina została w Rumunii).Powiedziała mi kiedyś, że znalazła książkę, która przypomniała jej dzieciństwo, nie, żeby było takie, jak Aglai, ale odkryła w niej klimat swojego własnego domu, podwórka, rodziny.Zakochałam się w tej magicznej książce i ja. Na zakończenie mogę tylko polecić jeszcze, o ile już nie czytałaś: "Regał ostatnich tchnień" i "Kto znajduje, źle szukał". Ta ostatnia książka to taka trochę biografia, trochę dziennik samej autorki. Perły, po prostu perły literackiego świata! I masz rację pisząc, że Aglaja jest autentyczna do szpiku kości,bo jest, aż do bólu. Niesamowita piękna, delikatna, ale równocześnie wywołująca silne emocje, może nawet szokująca? Dla mnie sposób jej pisania jest jak stąpanie po linie i trochę jak krople rosy na pajęczynach o świcie.
I po raz kolejny muszę Ci podziękować za piękny tekst, który przeczytałam z ogromną przyjemnością. I tak, jak piszesz - tę książkę po prostu należy przeczytać - KONIECZNIE!
@ Ewo :)
Dziękuję prześlicznie za miłe słowa, pełne akceptacji. Mam tylko nadzieję, że to nie z mojego powodu oczka twe przemęczone. :( Zatroszcz się o nie. Doskonale rozumiem, co to znaczy, gdy zmęczone, załzawione lub wysuszone. Sama przesadzam z czytaniem, wiem o tym, ale pocieszam się, że po powrocie z wycieczki udam się na laserową korekcję, przynajmniej taki mam zamiar ;D Raz jeszcze dzięki za serdeczności, posyłam ci moc ciepłych myśli, nie przemęczaj się, Ewo, zdrowie ważniejsze, reszta może poczekać (wtedy lepiej smakuje).
Pozdrawiam ciepło :) :*
@ Piotrze :)
Nie bądź dla siebie taki surowy, skoro ludzie cię chwalą, jest z twej twórczości jakiś pożytek. Ale to prawda, że jeśli pisze się książkę tylko zwg. na chwilę, moment życia, po jakimś czasie może ona stworzyć dysharmonię w nas samych. Z tych właśnie powodów moje własne do szuflady napisane radosne-twórczości raczej nigdy nie ujrzą światła dziennego. Mnie się marzy coś wyjątkowego, nie zależy mi na sławie i pieniądzach. Gdybym chociaż mogła jedną, idealną dla siebie i innych stworzyć, byłabym najszczęśliwszą osobą na świecie. Jedna, ale tak szczególna, żebym ani ja nie mogła się do niej przyczepić i żeby ostała się w natłoku informacji przez długi, długi czas, nie tracąc na ważności. Taki jest mój ideał, gdy piszę o innych*, zawsze podkreślam, "dla mnie", "z mojego punktu widzenia". Gdyby tak rzeczywiście miało miejsce na świecie jak piszę, nie pozostałby ani jeden pisarz, więc cóż... Jest jak jest, to od nas zależy czy wybierzemy nic nie znaczącą makulaturę, czy odnajdziemy w tym oceanie coś wartościowego, dla nas. I tego ci życzę, jeśli tylko kochasz to, co robisz, i dajesz z siebie wszystko, i nie męczy cię to, bo praca która męczy, nuży jest niewarta wysiłku, to nie poddawaj się, nie zniechęcaj. Wielu wielkich pisarzy zaczynało od takich sobie powieści, a kończyło ponadczasowym dziełem.
Pozdrawiam serdecznie :)
Nie mogłam się oprzeć żeby tu jeszcze raz nie zajrzeć, ale tylko po to żeby Ci podziękować również za miłe słowa. Nadal mam problem z poprawnym widzeniem i wszystkie te objawy, o których piszesz. W Twoim tekście jest dużo mądrości, ale może innym razem napiszę o tym Basiu.
Pozdrawiam serdecznie :)))
Dzisiaj w Supraślu o godz 12:00 jest otwarcie nowej ścieżki rowerowej. Chociaż wieje dość silny wiatr wybieram się tam. Może moje oczy odpoczną trochę. Mam dobre okulary...
Raz jeszcze buziaki i wszystkiego dobrego :)))
@ Biedronko :)
Kate Bush jest wspaniała, uwielbiam ten utwór, słucham go nieprzerwanie, ze stałym zachwytem od dziecka. Dziękuję za prezent i przemiłe słowa, zaraz poślę audiobooka :)
Pozdrawiam serdecznie :)
@ Virginia :)
Jak już napisałam Piotrowi, jest nikłe prawdopodobieństwo, że wydam tych pięć... wspomniałam o nich z czystej przekory, jako że wszyscy teraz wokoło tylko się chwalą i chwalą a gówno z tego wynika (pardon). Móc napisać jedną książkę ale idealną, to mój cel, bez względu na to ile lat mi to zajmie, mam całe życie :D Dziękuję za miłe odwiedziny. Ja niestety wszystkich zaniedbuję, a teraz będę miała jeszcze mniej czasu. Także doceniam pamięć i ciepłe słowa.
Pozdrawiam równie ciepło i serdecznie :)
@ Iwona :)
Nie ty pierwsza mi to mówisz, znałam kilka osób w przeszłości, z którymi dzieliłam te same gusta i pasje. Widzisz sztuka w każdej z odsłon jest najlepszym medium dla kontaktów międzyludzkich, wiedzieli o tym już Starożytni. Aglaja miała tragiczne życie, wielu rzeczy o niej nigdy się nie dowiemy, bo zabrała je ze sobą wraz ze swym sercem i genialnym umysłem. A szkoda, takich ludzi najbardziej mi brakuje, bo są jak gwiazdy pośród nas, latarnie morskie na wzburzonym oceanie. Bez nich tak ciemno i strasznie, dlatego tym bardziej trzeba szukać im podobnych. Dla mnie to życiowy cel. Cieszę się, że nie tylko ja tak odebrałam jej osobę. Niech spoczywa w pokoju, nigdy nie będzie zapomniana.
Pozdrawiam cieplutko, po raz nie wiem który dziękując z całego serca i kłaniając się do stóp, za przemiłe słowa. Merci. :)) :*
@ Ewuniu :)
Odpoczywaj, relaksuj, zażywaj ruchu, życzę udanego dnia. Z oczkami nie ma żartów, trzeba o nie dbać. Ja jestem typowy zmarźlak, więc nie ma szans, żebym wyszła na dwór, gdy wieje. Dla mnie poniżej + 25 stopni C to już Antarktyda i o ile zdarza mi się, kiedy nie mogę spać przykładowo szwendać się tu i tam, to jednak nie wyrabiam o tej porze roku. Gorąca czekolada, kocyk na nogi i przyjemna lektura. Ale cóż... Każdy odpoczywa tak, jak lubi.
Dzięki Słońce za pochwałę, chciałabym być tak mądra jak piszesz, hm... Się obaczy kiedy przyjdzie schodzić z tego świata, świat mnie oceni X,D
Pozdrawiam cieplutko :)) :**
Duszę artysty po prostu się ma, albo nie ma. Można oszukiwać cały świat, że to, co się robi to sztuka, ale myślę, że samego siebie i tak się nie oszuka. Oczywiście są ludzie absolutnie zapatrzeni w siebie, dla których nawet ich pierdnięcie jest lepsze od pierdnięć innych ludzi :P
Nie każdy może napisać książkę - wystarczy poczytać nowości, ale nie tylko ;) Teraz to głównie nazwiska tworzą sprzedaż książki, ale wystarczy zajrzeć do środka i już odechciewa się wszystkiego.
Mimo wszystko, trafiają się też perły. Może nie takie, za którymi szaleją "wszyscy", ale takie, które dla nas osobiście są ważne, piękne, wyjątkowe.
Akapit, który napisałaś o inteligencji skopiowałam i zapisałam w folderze z cytatami, które zbieram od kilku lat i Twoje słowa też tam występują :)
Poważnie zastanawiam się nad porzuceniem studiów. Trzeci rok psychologii męczy mnie straszliwie i nie chodzi o trudny materiał, z nauką nie mam większych problemów, ale o idiotyzmy, jakimi nas tam karmią.
Może jestem głupia i naiwna, ale szłam na ten kierunek, bo naprawdę chciałam później pomagać ludziom. Tutaj po pierwsze mówią nam, że wszystko, czego się uczymy trzeba wykuć, ale i tak to się pewnie zmieni za kilka lat, bo prowadzone są badania itd. Po drugie - kasa, kasa i jeszcze raz kasa, czyli jak stać się przyjacielem za pieniądze i wyciągać z tego biednego człowieka co raz więcej.
Z jednej strony wiem, że to nie jest to, że nie to będę robić w życiu. Z drugiej strony - teraz przecież wszyscy coś studiują i mają mgr przed nazwiskiem. Nieukończenie studiów to przyznanie się do intelektualnych braków.
Jeśli chodzi o to, że chcesz napisać powieść, która Ciebie usatysfakcjonuje. To wielka sztuka, ale tak jak powiedziałaś - wtedy będziesz w nią wierzyć w stu procentach i bronić w razie potrzeby bez wyrzutów sumienia.
Ja piszę od dawna i nic mi się samej sobie z tego nie podoba. Mam wrażenie, że byli ode mnie tak bardzo lepsi, że nie mam po co w ogóle tworzyć czegoś, co będzie gorsze.
Jestem młoda, więc może do mnie jeszcze nie spłynęło to, co mam napisać i co będę pisać z wielką przyjemnością i pewnością, że to co robię, jest dobre.
Akapit o smutku... popłakałam się, bo aż za dobrze wiem, o czym piszesz. Dwa lata życia spędziłam na pogrążaniu się w nim i graniu, że wszystko jest w porządku. Powoli się chyba jednak budzę. Otrząsam z tych strasznych myśli, które mogłam wprowadzić w czyn gdybym była odważniejsza.
Dla mnie osobiście Twój wpis jest bardzo ważny. Dotykasz wiele ważnych dla mnie spraw. Jednak robisz to delikatnie, bez nachalności.
Książkę na pewno przeczytam. Poszukam jej w moich bibliotekach :)
Kolejny przydługi komentarz, ale wiesz po takiej przerwie mam sporo do powiedzenia ;) Poza tym najchętniej odpowiedziałabym Ci na każdy akapit jak na oddzielny wpis ;)
Pozdrawiam cieplutko :)
(bo na zewnątrz taka aura, że najchętniej wychodziłabym z domu w kołdrze :D)
Zgadzam się w stu procentach - wyłapywanie gwiazd w ostatnich latach jest przedziwne. A książki tzw. bestsellery, którymi zasypywany jest rynek - to jakaś katastrofa. Nie każdy może być artystą i wspaniałym pisarzem, ale jeśli chce, bo ma pieniądze czy jakieś pewnie układy (nie znam się) to może....
Kupiłam mężowi płytę ze starymi piosenkami, których słuchaliśmy 15-20 lat temu i powiedziałam do niego - piosenki już umarły.... Bo te, które teraz są przebojami trudno - jak dla mnie nawet nazwać muzyką. Podobnie jest z filmami (przy okazji "Kontakt" bardzo lubię i wszystkie chyba filmy z Jodi F., ostatnio oglądałam "Milczenie owiec" po raz któryś)...
Pewnie wiele można by na poruszony przez Ciebie temat mówić, a ja chciałam o mamałydze...
Książkę uwielbiam, mam własną, czytałam kilka lat temu i teraz chętnie do niej wrócę.
Tak czasami brakuje mi tych dawnych powieści, w których zatapiałam się jakoś bez pamięci. Wiele dobrych książek czytam, ale mam wrażenie, że tamte przeminęły.... Jak wszystko.
Pozdrawiam.
@ Judytko :)
Dopiero dzisiaj miałam dość czasu aby spokojnie odpisać na komentarze.
Nie jestem na tyle kompetentna aby doradzać w kwestii wyboru drogi życiowej, ale mogę ci powiedzieć z własnego doświadczenia, że sama przynajmniej dwa razy miałam na studiach chwile zwątpienia, nawet nie z powodu samego kierunku, tylko tej palącej potrzeby aby już, już coś zrobić, gdzieś pojechać, tak iż wahałam się niemiłosiernie. Ale w ostateczności, nie żałuję, że wytrwałam do końca studiów. Dzisiaj, po tylu latach od ich ukończenia, nie wyobrażam sobie, abym mogła je porzucić. Oczywiście gdybym podobnie jak ty, nie wpasowała się w ten kierunek, to kto wie, być może pomyślałabym o zmianie, ale szczerze? Filozofia była najlepszą z możliwych dróg, którymi mogłam była podążyć. Ty sama wiesz najlepiej czy taką drogą jest dla ciebie psychologia. Jeśli interesuje cię inny kierunek, czy w ogóle inna droga, kieruj się sercem. Życie jest zbyt krótkie, aby marnować je na coś, co nie jest tego warte.
Wiesz, tak sobie pomyślałam przy okazji, że spośród wielorakich dziedzin nauki w których się zaczytuję, tylko jedna szufladka sprawia mi mękę, sama nie wiem dlaczego. Psychologia właśnie :D Mogę np. czytać Kanta do kawy, po obiedzie podczytując artykuły z filozofii czy astrofizyki, ale kiedy czytam jakąś książkę z działu: psychologia, mam wrażenie, że zaraz mi łeb eksploduje. Ledwo ją odłożę na bok, wszystko wraca do normy ;D To taka mała dygresja ode mnie, ale jak już mówiłam, nie jestem ekspertem, zwłaszcza od doradzania. Tylko szczerość z samym sobą może cokolwiek ci pomóc, ale nie rezygnuj tak łatwo ze studiów w ogóle... Znajdź własną drogę i pamiętaj, że prawdziwy geniusz bierze się ze znajomości wielu dziedzin a nie tylko jednej. :)
Za resztę pięknych słów, dziękuję i się kłaniam. Ps. Ja wychodzę z domu okutana jak w spadochron X,D Tylko oczy są na wierzchu, tak że przypominam kraba na brzegu morza :DD
Pozdrawiam serdecznie i dzięki za odwiedziny :))
@ Beatrix73 :)
A wiesz, że i ja tak postrzegam obecne czasy? Coś nam bardzo się popieprzyło (pardon) w eterze, tak że sama z utęsknieniem coraz częściej spoglądam w gwiazdy. Nad moim domem w zimne noce jeszcze da się je obejrzeć, lunetka się sprawuje. Jak powiedział kiedyś Carl Sagan, to całkowicie zrozumiałe, że fascynuje nas wszechświat, gdyż jesteśmy zbudowani z tych samych elementów, co gwiazdy, tak więc kosmos jest naszym domem, tam wyrywa się nasze serce. A ktoś... Próbuje nam ten dom skraść, abyśmy o nim zapomnieli. Ech...
Ja jednak, pomimo wszystko wierzę, że wszystko będzie dobrze, że to tylko przejściowe zawirowania i głupota, która upadnie prędzej czy później, bo wszystkie tyranie i krętactwo zawsze upadało. Teraz tak wielu ludzi podnosi przeciwko nim głos, budzi się i walczy o swoje, o lepsze jutro, że można mieć nadzieję i ja ją mam. :)
A co do sztuki... Nie jest tak, że tylko chłam do nas trafia, gdyż przeszłe stulecia, dekady, oferują perły, które nigdy nie przeminą. Dopóki ich nie zniszczono, nie musimy się martwić, że hołota za tatusine pieniążki zaleje nas badziewiem. Wszystko zależy od naszego świadomego wyboru. Nie gódźmy się na tandetę.
Dzięki, że wpadłaś z wizytą.
Pozdrawiam ciepło :))
Prześlij komentarz