środa, 21 grudnia 2011

"Everybody's lost but me?" -- Indiana Jones. Noooo.... I don't think so ;D


Nadszedł wreszcie czas pożegnania. Dziś wieczorem wylatuję i wrócę dopiero w styczniu. W sumie nie będzie mnie jakieś dwa tygodnie (plus parę dni). Jak część z was już wie, kieruję się na Kolorado, choć zanim tam dotrę, czekają mnie dwie, męczące przesiadki. Warto jednak się pomęczyć, ażeby potem byczyć się na najlepszym w życiu biwaku. Camper, ognisko, gwiazdy na wyciągnięcie ręki i to, o czym marzyłam od dziecka: Kanion Kolorado (Grand Canion). Jeśli was dziwi, dlaczego o tej porze roku?, spieszę z wyjaśnieniem. Pewna bardzo mądra osoba doradziła mi, żebym przecięła linię przeszłości, tę, która kosztowała mnie wiele sił, cierpienia, jednym, porządnym cięciem. Tak symbolicznie, nie da się bowiem, powie wam to każdy psycholog, przejść z buta od traumy, tego co złe w naszym życiu, do lepszego życia, jeśli się za sobą nie pozamiata. A między niebem a ziemią, jak mało kto mam wiele do pozamiatania. 

Ludzie z mojego otoczenia, w większości nie mogą pojąć, jak mogłam tak z dnia na dzień odrzucić wszystko, w co wierzyłam od maleńkości. Nie jestem w stanie nikomu udowodnić, że to, czego doświadczyłam jest realne, że dla mnie, była to nie lada przeprawa, że kosztowała mnie więcej niż mogą sobie wyobrazić, ale gdybym tego nie uczyniła, zapewne dzisiaj już by mnie nie było z wami. Wyrwano mnie jednak z beznadziei, pokazano, jak bardzo błądziłam, zadręczałam się, nie znając przyczyny wewnętrznego rozdarcia. Radzono mi nawet założyć stronę, gdzie mogłabym wszystko to opisać, ale po namyśle skasowałam ją, bo nie ma potrzeby zasypywać obcych ludzi najintymniejszymi sprawami. Musi wam wystarczyć wyjaśnienie, że odrzucając dawny światopogląd, ten do którego z lepszym lub gorszym skutkiem wracałam przez prawie 30 lat (O rany, ależ ten czas leci), po raz pierwszy nabrałam dostatecznie dużo powietrza, aby żyć. Dawniej wystarczyło mi, że się buntowałam... Wówczas obracałam się przeciw dogmatom i to wystarczało, na krótko, ale jednak. Zawsze jednak wracałam do wiary przodków, podkulałam ogon, skomląc o wybaczenie. I dramat ciągnął się dalej, zaś mnie było coraz mniej. Paradoksalnie im głębiej zanurzałam się w to wszystko, tym bardziej przeginałam w stronę fanatyzmu.

Widzicie, ja nie potrafię -- dopiero się tego uczę -- być "poza". Całe życie byłam albo na: Nie (choć w duchu nadal wierzyłam*), albo na Tak (przez co napędzałam sobie wrogów), albo od biedy "pomiędzy". Przyjaciel, ale nie tylko on, uświadomił mi... nie, to niewłaściwe słowo... odsłonił mi rzeczywistość, pomógł uciszyć strach, podbudował mnie od środka i nauczył analizować każdy aspekt mojego ja, który uciszałam wyrzutami sumienia. Pokazał mi, w jak chorym żyjemy świecie, gdzie niemal 80% faktów, powielanych tez i dogmatów: to fikcja literacka, czysty fałsz, który stworzono wyłącznie po to, aby ukryć naszą odległą przeszłość przed miliardami. Niestety nie ma sposobu, aby nagle te miliardy zaczęły myśleć samodzielnie. Tę drogę musi przejść każdy sam, nie da się inaczej. I myli się ten, że nie ma takiej wiedzy, która mogłaby to podeprzeć. Wystarczy zanurzyć się w książkach z przeszłości, sięgnąć po klasyków, odwiedzić dowolne Muzeum Historii Naturalnej, moi drodzy. Mnie trzeba było choroby, która pojawiła się w chwili, kiedy byłam cała w skowronach, wierząc w coś/kogoś, to ona doprowadziła mnie niemal na skraj wyczerpania fizycznego i nie tylko... A ja głupia wierzyłam, że to w "nagrodę". Ale mówię to z całą stanowczością, bo zapewne znajdą się tacy, którzy zażądają "dowodów", no cóż... Oni też ich nie mają, a mimo to wolno im siać urojenia... 

 

W chwili, w której poddałam się pewnej alternatywnej kuracji, która w większości polegała na oczyszczeniu umysłu z wszystkiego niemal, co włożono tam w szkółkach niedzielnych, poprzez szkoły, media (nie chodzi mi o naukę, ale o "światopogląd", to "coś", co niektórzy z was nazywają "wiarą-nastawieniem-wychowaniem"), moja choroba zaczęła się cofać. Nie twierdzę, że leżałam na łożu śmierci, bo tak nie było, ale dziwnym trafem przed tym, żadne standardowe leczenie mi nie pomagało. Prawda jest taka, ale mogę mówić tylko za siebie, że do zmiany życiowego credo, definitywnego, nie tak jak w przeszłości tylko czasowo-emocjonalnego, skłoniła mnie jedna chwila. Tego nigdy nie będę w stanie udowodnić. I just let go, jakby powiedzieli Amerykanie. W jednej chwili, z jednym wydechem, coś zniknęło, coś puściło, nie wiem, po prostu poczułam, że jestem wolna. Czy kiedyś to pojmę? Nie wiem, ale jedno jest dla mnie pewne, w przeciwieństwie do innych ludzi, bo doświadczenia bywają różne, i let go, just like that (tak po prostu...). Cała reszta, którą dzisiaj znam, widziałam, to zasługa osób postronnych. Mądrzejszych ode mnie, którzy udostępnili mi klucz do wiedzy, dzięki któremu wiem, że się nie mylę. Po raz pierwszy w życiu wiem: kim jestem, skąd przychodzę i dokąd zmierzam. Już się nie boję kar i nie szukam nagród. Nie próbuję walczyć o innych, bo każdy idzie własną ścieżką. I po to właśnie, jadę zobaczyć Kanion Kolorado

 

Pomiędzy mną z "przeszłości" a mną z "teraz", jest przepaść co najmniej tak szeroka jak z jednej krawędzi kanionu do drugiej. Chcę poczuć i doświadczyć ciszy totalnej, ujrzeć gwiazdy nad sobą, w całej swej krasie i poczuć miliardy lat istnienia pod swymi stopami. Nie uciekam już od tej pustki, wręcz przeciwnie... Daje mi ona spokój, szczęście, wiarę w siebie, w swoje możliwości, daje mi tak wiele, nie upokarzając mnie czymś tak trywialnym jak: zady i walety. Miejsca takie jak ten kanion, są dowodem na to, jak nieprawdopodobne szczęście miało nasze "życie". Ponadto tam człowiek jest sam z dala od zakłamanego świata, od tej robaczywej ludzkości, która nie potrafi pojąć, że nie tutaj jest nasze miejsce. Kiedyś to rozumieliśmy, kiedyś, dawno temu, zanim poukładano świat jak puzzle i wmówiono nam, że jesteśmy najlepsi z najlepszych i że ten świat się nam należy. Tymczasem -- jeśli tylko będziecie mieli odwagę dokonać samokrytyki -- dostrzeżecie od razu, że człowiek, jako masa, to nic więcej jak szarańcza. Jesteśmy niszczycielami światów, tworem wypaczonym przez dogmaty, przez co pochłaniamy więcej, niż powinniśmy, nie licząc się z kosztami. Mówimy, że tutaj jest nasz dom, ale na każdym kroku go niszczymy. Jak mam wierzyć ludziom, skoro tak bardzo mnie i nie tylko, zawiedli? Próbowałam dać im szansę, wmawiałam sobie, że trzeba walczyć o każdego, ale walka rodzi negację. Jednych przygarniając, całą resztę się odpycha. A czas leci, moi kochani. Tracimy czas na bzdury, ja wiem to najlepiej. Niemal 30 lat... straconych. Nie wierzę, że można otworzyć oczy milionom... Za późno. Jedni w imię bredni będą mordować, inni będą ratować, jeszcze inni będą siać zamęt. Dlatego odcięłam się od tego. A kanion będzie punktem "0" z którego rozpocznę nowy rozdział swego życia. 

Ps: Poza tym to właśnie tam Indy (Indiana Jones) rozpoczął swą przygodę, 
a ja Go tak bardzo koffam ;D

Kliknij 

4 komentarze:

Wilk Stepowy pisze...

Najserdeczniejsze życzenia na Święta i Nowy Rok : )
Łaaaa, zazdroszczę wyjazdu : ) Baw się dobrze !

biedronka pisze...

Powodzenia i wróć do nas jeszcze silniejsza !

IwoX pisze...

Basiu,
To bardzo ważny post. Ważny przede wszystkim dla Ciebie. Jest w nim zawarta prawda, w która i ja wierzę. Każdy sam na własną rękę podąża swoją drogą i najwazniejsze, to odnaleźć w sobie wyciszenie i to, co daje nam prawdziwy spokój duszy (czymkolwiek by ona nie była;)). Tego właśnie życzę Ci na koniec roku i tam w Kanionie Kolorado. Niechaj będzie dla Ciebie prawdziwym punktem "0". Uściski przeogromne i szczęśliwej podróży!

Dobrochna pisze...

Brawo...Dość życia zablokowanego przez strach.Basiu, bardzo proszę, nie ma straconych lat.Są tylko myśli, które nas prowadziły nie tam, gdzie zamierzaliśmy iść.Myśli można kształtować i tego luksusu jesteś twórczynią.Jasne,że to boli, ale jednocześnie dowodzi,że JESTEŚ.
Bądż piękna, dobra i prawdziwa po swojemu.Najserdeczniej CI życzę poczucia szczęścia i radości.