![]() |
| Trailer filmu "Contact" |
Jedno z największych marzeń ludzkości, odkąd dotarło do nas, że poza naszą galaktyką istnieją miliardy innych, jest odkrycie najmniejszego choćby śladu życia w kosmosie. Kino przyzwyczaiło nas do widoku ufoludków, przyjaznych lub mało sympatycznych stworów, które z bezmiarów kosmosu zjawiają się u nas bez zapowiedzi, siejąc zamęt, rzadziej jednak mamy okazję przyjrzeć się bardziej racjonalnym, hipotetycznym wersjom pierwszego kontaktu. To czy istnieje inteligentne życie gdzieś daleko stąd czy nie, jest równie prawdopodobne jak to, że którykolwiek z nas trafi kiedyś szóstkę w Lotka, ale jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż w samej tylko Drodze Mlecznej istnieje ok. 400 miliardów gwiazd, a co roku średnio powstaje od 1 do 3 nowych, z których przynajmniej część może mieć dokładnie taki sam lub podobny układ planetarny, no cóż... Jak powiedział Carl Sagan, gdybyśmy w tym wielkim kosmicznym oceanie byli sami, byłoby to niesamowite marnotrawstwo przestrzeni.
Film Roberta Zemeckisa z 1997r. (dziwny to był rocznik, świat oszalał wówczas na punkcie Titanica, podróże kosmiczne zeszły na dalszy plan) nie umknął mej uwadze i to właśnie na niego udałam się do kina, zrażona wzdychającymi do DiCaprio fankami. Nie przepadam za tłumami, co tu dużo mówić, zawsze byłam na bakier z własnym rodzajem, ale dzięki temu właśnie nigdy nie umknęły mi takie produkcje, ani też inne niszowe dzieła. Pamiętając słynną maksymę Kierkegaarda, że "prawda zawsze jest w mniejszości" (bez względu na to, co rozumiecie pod pojęciem -- prawda), po raz kolejny odnalazłam cząstkę siebie w czymś, co umknęło innym. Hollywood narzucił ludziom pewien szablon obcych form życia i pomimo iż mam wielki sentyment do kosmicznych sag, takich jak: "Obcy", "Predator", "Gwiezdne Wojny", "Gwiezdne Wrota" czy "Battlestar Galactica", bliższa jestem wizji Sagana, w której kontakt nie jest nachalny, lecz stopniowy i na odpowiedni dystans, przez co rasa ludzka nie musi czuć lęku ani obiekcji przed pozytywnym odpowiedzeniem nań. Sagan zawarł w swej książce jak gdyby to wszystko, co rozumiemy dzisiaj pod pojęciem "internetu". Czy nie jest tak, że bliżsi są nam często ludzie żyjący gdzieś daleko od naszego miejsca zamieszkania, zaś sąsiedzi zza ściany wydają się przybyszami z kosmosu? Tak a nie inaczej winno się odbierać tę książkę, jak i film, który powstał na jej podstawie; dokładnie rok po śmierci Carla i to właśnie jemu jest dedykowany. [Polecam dział poświęcony Carlowi na moim profilu You Tube, gdzie znajdziecie filmy z cyklu: "Kosmos"].
![]() |
| Kiedy szepczecie, kosmos Was słucha |
Po czternastu latach od jego premiery, po raz kolejny zalałam się łzami. Od razu uprzedzam, że najlepsza pora na jego projekcję, to cicha i spokojna noc, wtedy tylko można w pełni poczuć siłę przekazu, smutek i dystans dwojga ludzi, których dzieli niemal wszystko, lecz łączy jedno: wiara. Pisząc o dwojgu ludzi mam na myśli wiele par, typów osobowości i pokrewieństwa. Jest to bowiem złożona opowieść. Z pozoru rzecz dotyczy wyłącznie głównej bohaterki, Ellie Arroway (w tej roli: Jena Malone, młoda Ellie; Jodie Foster, dorosła E.A.), lecz jak wnet się przekonacie, mamy sposobność ujrzeć cały przekrój naszego gatunku, niestety najczęściej w najgorszej jego formie. Co nie znaczy jednak, że Sagan czy reżyser filmu skupili się wyłącznie na wadach naszego społeczeństwa, bynajmniej. I w tym celu użyłam sformułowania: wiara. Możecie się ze mną zgodzić lub nie, ale gdyby świat składał się wyłącznie z ludzi, którzy wierzą w Boga, prawdopodobnie unicestwilibyśmy się już dawno temu. Tymczasem wiara jest czymś, co łączy wielu, choć niekoniecznie musi zawierać w sobie pierwiastek metafizyczny. Postać Ellie Arroway jest tego najlepszym przykładem. Jest to trzydziestoparoletnia kobieta, która wierzy, a i owszem, ale tak jak Fox Mulder, wierzy że nie jesteśmy sami we wszechświecie, w naukę, w potęgę ludzkiego umysłu, matematyki. Od dziecka rozwijała w sobie wielką pasję do nawiązywania kontaktu z drugim człowiekiem, choć początkowo było to małe, domowe radyjko o wąskiej częstotliwości. Wpatrzona w nocne niebo, bardzo wcześnie załapała bakcyla astronomii a wrodzony talent do nauk ścisłych, zaowocował błyskawiczną karierą naukową. Nie ukrywam, że zazdroszczę takim ludziom. Zazdrość to brzydka rzecz, fakt, ale jeśli działa na nas jak doping, to czemu nie?
W przypadku Ellie, samoistny doping zaprowadził ją do Arecibo (projekt SETI). Patrząc na takich ludzi jak ona, marzę o dniu w którym świat będą zamieszkiwać wyłącznie takie osobniki. Jak dla mnie, a mogę mówić wyłącznie za siebie, tylko ludzie autentyczni, którzy żyją pasją, zasługują na miano "człowieka", bo jak już mówiłam wiele razy, nie wystarczy mówić, chodzić na dwóch nogach i wyciągać rękę po jeszcze, ażeby nim być. Ale żeby zrozumieć Ellie, trzeba cofnąć się w czasie, gdy miała 9 lat i mieszkała ze swym ojcem. Matka Ellie zmarła przy porodzie. Ted Arroway (David Morse) zadbał jednak o to, aby Ellie nigdy jej nie brakowało, żeby nie czuła się sierotą. To dzięki jego otwartemu na świat spojrzeniu, Ellie nabrała potrzebnych do samorozwoju cech takich jak: pewność siebie, asertywność, o wyobraźni nie zapominając. Niestety śmierć ojca zakończyła tę sielankę. Ellie musiała odtąd sama zmagać się z życiem, ale tego nie znajdziecie w filmie (polecam więc książkę). Ellie która interesuje nas najbardziej, jest już dojrzałą panią astronom, uporczywie poszukującą zarówno: odpowiedzi na nurtujące ją pytania, jak i... dotacji na dalsze badania. Z tym jednak jest krucho. Ameryka czasów Clintona, a więc skupiona bardziej na gospodarce, zasobach aniżeli urojonych wizjach o zielonych ludkach, nie spogląda już w niebo tak jak kiedyś. Prędzej pod kątem zagrożenia tudzież własnej korzyści. Ludzie z ideą są na cenzurowanym.
I wtedy zjawia się on -- Palmer Joss (Matthew McConaughey), niedoszły ksiądz, obecny pisarz i doradca Białego Domu w kwestiach, że tak powiem... moralności). Nie jest to jednak typ konserwatysty, purytana czy też innego rodzaju fanatyka. Prawdę mówiąc pierwsze co robi po zapoznaniu się z Ellie, to zaciąga ją do łóżka i chociaż nie bez powodu znalazł się w Puerto Rico, niemal z biegu zaiskrzyło coś między tym dwojgiem. Tyle że Ellie nie zamierza się z nikim wiązać, za bardzo się boi, że mogłoby to ją odciągnąć od celu, ku któremu zmierza, ale także tego, że gdy już oddałaby cząstkę siebie drugiej osobie, ukochany zniknąłby z jej życia tak jak ojciec. Powiem wam szczerze, że spośród wielu filmów, jakie widziałam, w tym jednym autentycznie mi żal biednego Palmera, gdy po rozkosznym figlowaniu w łóżku, Ellie porzuca go o wczesnej porze pół-nagiego, obiecując, że... zadzwoni ;)-
Los czy może przypadek, pal licho, chciał, że tych dwoje spotkało się kolejny raz dopiero kilka lat później. Punkt kulminacyjny w karierze Ellie jest aż nadto widoczny, gdyż kończą się z takim trudem wywalczone granty. Nie chcę wam streszczać całego filmu, powiem tylko, że po raz kolejny sprawdziła się teoria, iż nadzieja (cokolwiek przez nią rozumiemy) przychodzi zazwyczaj wtedy, gdy wszystko wydaje się stracone. Kiedy już nie ma nic poza nią, staje się dla ludzi czymś o wiele cenniejszym niż życie, czymś, za co warto nawet umrzeć, byleby tylko jej nie utracić. Ellie myślała tak samo i ten wielki trud, jaki włożyła przez całe swe życie, aby usłyszeć odpowiedź z drugiej strony, w końcu się opłacił. Co najważniejsze, choć prawda ta szczypie także mnie, bo pod wieloma względami na własnej skórze doświadczałam podobnych ludzkich zachowań w przeszłości, Ellie osiągnęła to wszystko sama (no, może nie tak do końca, ale tego dowiecie się z filmu); ludzie którzy stawali na jej drodze albo byli cwaniaczkami gotowymi przywłaszczyć sobie jej dokonania, albo zabobonnymi głupcami (nie mam tu na myśli wyłącznie ludzi religijnych, żeby było jasne).
![]() |
| Tak naprawdę nie macie bladego pojęcia, jak piękny jest Wszechświat |
Ażeby zamknąć spójnie, choćby w minimalnym stopniu, ten subiektywny opis, chciałabym na koniec podzielić się z wami pewną uwagą czy też refleksją.
Jest wiele ciekawych wątków, które porusza ten film, począwszy od naszego pochodzenia (jako rodzaju ludzkiego), roli we wszechświecie, naszej wspólnej przyszłości o ile w porę otrzeźwiejemy z samozachwytu, bo niestety jak na razie krucho z tym; kończąc na relacjach ogólnoludzkich, tak jakby kataklizmy i choroby nie dość dzieliły nasz gatunek, to jeszcze dzielimy się sami, na tych, co wierzą i nie wierzą, na białych i kolorowych, na płcie, orientacje, języki i narodowości, tak że można stracić rozeznanie w tym wszystkim (szczerze zatem współczuję każdemu obcemu*, który zechciałby nas "podglądać"). Mnie jednak najmocniej poruszył konkretny fragment filmu, w którym Ellie odpowiada na szereg pytań przed komisją i wszystko wskazuje na to, że jest idealną kandydatką na nawiązanie bezpośredniego kontaktu z obcą rasą. Niestety wtedy włącza się do rozmowy Palmer, zadając jedno, jakże banalne pytanie, ale które, okazuje się decydujące w ostatecznym wyborze tejże komisji. "Czy wierzysz w Boga?". Hm... Co wy byście odpowiedzieli? Ellie nie potrafi skłamać, chociaż wie, że w danej chwili straci wszystko. Jest więc szczera i mówi to, co czuje. Tymczasem chwilę później, ktoś inny, wiedząc jakiej odpowiedzi oczekuje rada, ciska bezczelnie kłamstwo i ok, wszystko gra. Przechodzi pan dalej, gratulacje. Tyle że człowiek ten niedługo potem, ponosi za swe kłamstwo surową karę.
Ten moment filmu uświadomił mi, że w życiu wcale nie chodzi o zdobywanie kolejnych szczytów za wszelką cenę, że nie liczy się tak naprawdę to, co pomyślą o nas inni, że jedynym sędzią przed jakimkolwiek staniemy jesteśmy my sami, a jeśli patrząc we własne odbicie nie jesteśmy w stanie zachować się godnie, cóż znaczą w takim razie nasze życiowe osiągnięcia, czy ma jakikolwiek sens czemukolwiek oddawać się bez reszty? Dzisiaj, z perspektywy czasu, jak na dłoni widzę swoją niemoc, która rozdzierała mnie od środka, bo konieczność i to co wypada, było dla mnie ważniejsze niż to, co naprawdę czułam. Żyłam w kłamstwie a w takim razie czy którekolwiek z moich szumnych deklaracji miało jakiekolwiek znaczenie? Nie mogłam przecież zaznać szczęścia, stale zaprzeczając wewnętrznemu głosowi, tej intuicji czy też zdrowemu rozsądkowi, który mówił mi, że to nie tak, że jest inaczej. Podobnie było z Ellie. Tyle że ona była odważna i chociaż na szali postawiła swoje największe marzenie, twardo trzymała się tego, w co... wierzy; a wierzyła, że Boga nie ma.
Tutaj możecie obejrzeć ten film lub go ściągnąć:To, że ponad 90% ludzi na Ziemi w coś wierzy nie jest jeszcze dowodem na to, że mają oni rację, czyż Kierkegaard, a więc sam "wierzący", nie powiedział, że "prawda zawsze jest w mniejszości?". Ale to jedna rzecz, jeśli im jest dobrze w wierze, to ich sprawa. Z jakiej jednak racji o wyborze najlepszego z kandydatów do podróży kosmicznej miałaby przesądzać ludzka maniera? Jakieś hobby czy urojenie? Dlaczego wolny wybór miałby przysługiwać wyłącznie wierzącym? Ellie była wierna samej sobie i dzięki temu nie dość, że przeżyła tę próbę charakteru, ale i dopięła swego. Może zatem rację mają ci, którzy twierdzą, że nawet jeśli mylimy się my, a rację macie wy, to czy stwórca wszechrzeczy miałby być aż tak małostkowy, ażeby bardziej cenić posłuszne i głupie ciele aniżeli człowieka, który również żyjąc moralnie, szuka jednak dowodów? Jednego jestem pewna, po niedawnym seansie filmu "Kontakt", bez względu na to w co (jeśli w ogóle wierzycie), jedno nie ulega wątpliwości: Lepiej być gorącym lub zimnym, aniżeli letnim. A jak jest w ostateczności i tak czas pokaże....
|
"Contact"
[A TUTAJ ciekawą analizę zawartych w nim efektów specjalnych, tylko radzę przeczytać po seansie].







18 komentarze:
Basiu,
To niesamowite, ale parę dni temu również ja wróciłam do tego filmu. Pisze wróciłam, bo pierwszy raz oglądałam go bardzo dawno i pamiętam jakie zrobił na mnie wrażenie.Pamiętam,bo podczas gdy ja wychodziłam z kina oczarowana, zachwycona, i zalana łzami; obok mnie wychodzili ludzie znudzeni, zniechęceni, rozczarowani, rzucający do siebie komentarza dobitnie świadczące o tym, że żałują wielce wydanych na bilet pieniędzy. Pamiętam też, że wtedy nie mogłam tego pojąć, nawet do głowy mi nie przyszło, że film ten mógł się komuś nie spodobać. To było wtedy... Teraz wiem już, że są różni ludzie i różne podejście do filmu, który zapowiadany jest jako SF. Przynajmniej w moim małym miasteczku tak ten film był reklamowany - jako SF o kontakcie z obcymi. Idąc na niego nie nastawiałam się na nic konkretnego. Po prostu poszłam, bo mnie zaciekawił, a poza tym miałam ogromny sentyment do Jodie Foster. Film poruszył we mnie najgłębsze pokłady świadomości. Wywołał tęsknotę za tą niezmierzoną przestrzenią, za czymś niezwykłym. Ale również ugruntował we mnie przeświadczenie, że choćby nie wiem co, najważniejsze jest to, żebym była zawsze uczciwa wobec siebie samej. I żebym zawsze mogła spojrzeć sobie w twarz, nawet za cenę największych marzeń, nawet za cenę czegoś, czemu poświęciłam całe życie. Tkwi to we mnie bardzo mocno. I cały czas wierzę, być może naiwnie,że nigdy nie powinnam zdradzić samej siebie, że jeśli to zrobię nie będę umiała być szczęśliwa. Nie chcę powiedzieć, ze nigdy nie kłamię, że zawsze jestem taka, jak bym chciała. Nie. Jestem człowiekiem, który ma swoje słabości i też się potyka. Ale jeśli chodzi o rzeczy naprawdę ważne, kiedy czuję, że od tego co powiem lub zrobię zależy czy będę mogła patrzeć na siebie w lustrze, wtedy, bez względu na straty mówię to, co jest zgodne z moimi przekonaniami, chociaż naprawdę często nie przychodzi mi to łatwo. Ale się staram. I walczę o siebie, bo to najważniejsze, co mam.
Dziękuję po raz kolejny za piękny tekst:-)
Uściski ogromne
I.
Dawno już nie czytałem tak emocjonalnej i osobistej recenzji filmowej :)
Dawno temu czytałem książkę Sagana, nawet kilkakrotnie. Pamiętam, że była zupełnie inna od tego co czytałem wtedy jako SF. Na tyle inna, że zachęciła mnie do poszukiwań bardziej naukowej literatury dotyczącej Wszechświata. Dzięki "Kontaktowi" sięgnąłem po Hawkinga i Michio Kaku. Film też ogladałem w TV, ale kompletnie go nie pamiętam.. Fajnie, że przypomniałaś o nim, może uda się obejrzeć ponownie :)
Pozdrawiam!
Prostota tkwiąca w tej opowieści jest zdumiewająca pomimo lat. Mam na myśli proste założenie, że na co wyglądać inteligentnego życia gdzieś na drugim końcu wszechświata skoro może ono nagle samo nawiązać z nami kontakt z bliższej odległości. Sagan to wybitna postać, niestety takich ludzi jak on nie jest za wiele. Naukowcy przeważnie zamykają się w czterech ścianach laboratoriów, gabinetów i pracowni, tymczasem dla szerszej publiczności, dla zwykłego człowieka, nauka wciąż jawi się jako coś nie do przeskoczenia. A tymczasem pewne podstawy są wspólne zarówno naukowcom jak i humanistom. Sagan, tak go odbieram, stworzył pewien pomost, którym do dzisiaj wędrują ludzie różnej profesji. "Kontakt" jest z założenia prostą opowiastką o naszym własnym rodzaju, jak i o ewentualności iż coś mogło nam umknąć, pomimo iż jesteśmy tacy mądrzy. Wega wszak jest bardzo blisko naszej galaktyki w perspektywie lat świetlnych, ale w swym egocentryzmie ludzie woleli patrzeć jeszcze dalej. Podoba mi się też w tym filmie samo założenie, że owych obcych nie interesują nawoływania przywódców światowych, ale są w stanie odpowiedzieć na wołanie dziecka. To bardzo piękne, w tym jednym fragmencie zawiera się cała wrażliwość Sagana jaką emanował jeszcze za życia. Bardzo piękny, emocjonalny i przede wszystkim pełen racji tekst, gratuluję i
pozdrawiam :)
@ Iwonko :)
Pisałam już kiedyś o tym, ale raz jeszcze powiem. Najlepsze filmy (moim zdaniem) powstawały od końca lat 70 XXw. do połowy lat 90'. Z nielicznymi oczywiście wyjątkami, jak np. Kontakt. Tyle że akurat o jego wyjątkowości przesądziło to, że powstał w oparciu o genialną książkę Carla Sagana. Mnie również dziwiło niezmiernie, że tak mało ludzi wówczas, w 1997r. doceniło ten film i rolę Jodie, tyle że jak pamiętam w moim kinie niewiele osób nań poszło, frekwencja ocierała się o minimum, podczas gdy na Titanica kupowano bilety u koników. Absurd jakiś, słowo daje, pomimo iż szanuję DiCaprio, bo jak się okazało znacznie później, facet potrafi grać. Jego rola w Awiatorze (?) - genialna. Ostatnio widziałam Incepcję i aż mnie zmroziło. Ale o tym kiedy indziej.
Kontakt jest świetnym filmem, ale z gruntu tych na których trzeba myśleć, bo nie znajdziemy w nim tego wszystkiego, do czego przyzwyczaili nas Wachowscy. Mnie osobiście filmy takie jak Kontakt odpowiadają dużo bardziej. Podobnie wpływa na mnie film "Kula", z D. Hoffmanem i S. Stone, pisałam jakiś czas temu o nim. Ale cóż... dla wielu takie kino to zwyczajna nuda. Cieszę się zatem, że nie tylko ja doceniam takie produkcje, że jeszcze istnieją wrażliwi i inteligentni ludzie (bez urazy dla tych, którzy być może nie polubili tego obrazu).
Pozdrawiam ciepło i dzięki za bardzo treściwy, osobisty komentarz. Doceniam :)
@ Latarnik :)
Dziękuję, bardzo mi miło. :) Jeśli chodzi o okazję do obejrzenia tego filmu to właśnie w tej notce na samym dole zamieściłam link do strony na której można zobaczyć a nawet ściągnąć, oczywiście wpierw trzeba zaopatrzyć się tam w jakiś kodek, ale to już nic skomplikowanego dla przeciętnego użytkownika sieci. Myślę również, że da się go wypożyczyć w każdej dużej wypożyczalni, do czego zachęcam, nie chcę bowiem nakłaniać do piractwa ];]-
Tak, to prawda, że Kontakt jest inny. Tak jak Sagan wyjątkowy, jedyny w swym rodzaju. I właśnie to najbardziej zdumiewa, oszałamia, wciąga. Przeczytałam jakiś czas temu, że tuż po jego premierze wypowiadali się na temat jego fabuły naukowcy i niemal jednogłośnie stwierdzili, że spośród wielu wizji pierwszego kontaktu z obcą cywilizacją taki scenariusz, ten zarysowany przez Sagana, jest najbardziej prawdopodobny. To już mówi samo przez się. Osobiście podglądam jak Ellie nocne niebo od dziecka, przez podręczny-domowy teleskop i na bieżąco śledzę doniesienia z NASA i nie tylko. Ktoś powiedział kiedyś, nie ręczę że był to Einstein, ale kto wie?, że tu na Ziemi odkryliśmy już niemal wszystko, ale ostatnią granicą do przekroczenia jest Wszechświat i ja w to wierzę. Może uda się nam, jeszcze za życia, ujrzeć jakiś wielki przełom w badaniu kosmosu, choćby na miarę lotu na Księżyc? Oby.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za miłe odwiedziny :)
@ Eloe :)
Ponoć najprostsze słowa, gesty czy myśli są najpiękniejsze, najwartościowsze. W natłoku danych często gubimy sens... Gdy się ogląda ten film po raz pierwszy można przeoczyć iż kontakt zaistniał tylko i wyłącznie przez wzgląd na Ellie, dlatego tak znaczące i smutne jest to, jak ją ignorowano i kradziono jej pomysły. Myślę, że Sagan ukrył w tej książce jeszcze wiele ciekawych warstw/wątków, o których nie powiedziano w filmie, trzeba się przez nie przekopać, ale warto. Jeśli zaś chodzi o Wegę, zdarza mi się ją podglądać latem, ale osobiście spoglądam w inną stronę myśląc o pierwszym kontakcie :)
Pozdrawiam serdecznie, fajnie że wpadłeś i podzieliłeś się swoimi przemyśleniami. :)
Tak jak z Ellie z "Kontaktu" Carla Sagana jest z każdym, kto swoją mocą wewnętrzną nolens volens "łamie"obłudę i pazerność czcicieli i wyznawców patriarchalnego systemu łupów.Niestety...
Systemowi i czcicielom mówimy za prof.Utą Ranke-Heineman "Nie i amen..."Mówimy szeptem, ale ostatnio skręciliśmy w stronę "poLYtyczki" , bo już bardziej nam się podoba:"Tak i amen"
Blogi są "ciężkie",ale ryzykuję zaproszenie na http://dobrochna-takiamen-blogspot.com, ponieważ u Ciebie, Barbaro - znajdujemy to, czego nam brak.Nam, czyli kobietom trzem, które o każdą ELLie zamierzyły zawalczyć na swój skromny sposób.Serdecznie pozdrawiam.
Basiu,
nigdy nie zniknęłaś z moich linków (chyba tylko raz, ale to ze wszystkimi, bo przekombinowałam z ustawieniami wordpressa i nie mogłam znaleźć ustawień, ale to było na krótką chwilę). Tak, jak jest napisane przed adresami, które odwiedzam "Odwiedzam, cenię, szanuję" i to się nigdy nie zmieniło w przypadku Twojego bloga. Miałyśmy nieprzyjemną wymianę zdań i różnicę poglądów, ale takie miewam też z najlepszymi przyjaciółmi ;) To przecież ludzkie i prawdziwe, że nikt nikomu non stop nie słodzi. Mimo tej naszej sprzeczki, czytałam i czytam regularnie KAŻDY Twój wpis. Pewnie Cię to zdziwi, ale taka jest prawda.
Nie udzielałam się, nie komentowałam, bo często miałam jakieś swoje zastrzeżenia, a nie chciałam znowu Cię denerwować, bo i po co? Z radością obserwuję Twoją zmianę, może to dla Ciebie bez znaczenia, ale modliłam się po swojemu na wieść o Twojej chorobie. Może nie pomogło, ale na pewno nie zaszkodziło.
W pewnym momencie czytania Twoich przemyśleń stałaś się dla mnie trochę niekonsekwentna. Proszę nie obraź się za moje słowa. Po prostu piszę tak jak czuję. Chodzi mi o to, że najpierw pisałaś, że np. judaizm i chrześcijaństwo to najwspanialsze religie świata i ich widzenie Boga jest jedyne i właściwe. To mi się nie podobało. Bałam się, że pójdziesz w kierunku zatwardziałej katoliczki i będziesz ziać nienawiścią do wszystkich, którzy myślą inaczej, tak jak to robi większość przedstawicieli tej grupy. Jeszcze sporo wcześniej, na początku istnienia "Tam, gdzie mieszkają Wookies" byłaś ateistką. Teraz Twoje poglądy znowu są kompletnie inne, od tych, o których pisałaś kilka miesięcy temu.
Nie chciałam się odzywać, bo wiem, że swoich racji bronisz jak lwica ;)
Od ostatnich kilku tygodni wyczuwam w Tobie pozytywną siłę i to mi się bardzo podoba. Cieszę się, że Ci się układa. Jednak, teraz z kolei nie odzywałam się, bo niby co napiszę po tylu miesiącach nieobecności w komentarzach ;)
Dlatego bardzo mi miło, że odezwałaś się u mnie i dałaś mi pretekst napisania tego przydługiego komentarza ;)
Nadal uważam, że jesteś najbardziej oryginalną postacią blogowego świata (oczywiście z tych blogów, które czytałam) i przede wszystkim najbardziej utalentowaną władczynią słowa pianego ;)
Nie wiem, jak odbierzesz te słowa, ale wiedz, że zawsze życzyłam i życzę Ci wszystkiego dobrego :)
Pozdrawiam
Judyta
@ Dobrochna ;)
Piszesz w bardzo oryginalny sposób, jeśli wolno mi (co ja mówię :? Przecież jestem u siebie :D) zauważyć. Będę się przyglądać waszej stronce zatem, kto wie, może i skomentuję...
System jaki rządzi światem jest wypaczony, wie o tym każdy kto chociaż raz uczciwie zatopił się w źródła historyczne czy odkrycia archeologiczne. Myślę jednak, że powrót do pierwotnego systemu jest niemożliwy, co najwyżej powinno się stworzyć coś sprawiedliwego, niewyszczególniającego żadnej płci, gdyż różnimy się wyłącznie biologicznie, nie zaś intelektualnie a o tym, wciąż w wielu regionach świata i społeczeństwach, zapomina się lub świadomie fałszuje. Ale to rzecz na długą rozprawę, mnie zaś ani w głowie pisać moralitetów, dość że niejedną połajankę popełniłam na tym blogu, wplatając ją w treść książek. Nie piszę bowiem typowych "recenzji", jak pewnie zauważyłaś. To przestrzeń wolnej myśli, która swobodnie przefruwa z jednej kategorii na drugą. Tym bardziej cieszy mnie i satysfakcjonuje, gdy wciąż zjawiają się nowi czytelnicy aprobujący ten styl pisania.
Dziękuję za twą uwagę i miłe słowa, cenię każdą pochwałę, bo z doświadczenia wiem, jak ciężko w tym kraju na jakąkolwiek zasłużyć. Pozdrawiam serdecznie :)
@ Judyto :)
No to teraz ja ciebie zaskoczę: Spłonęłam jak rak* na twe słowa :DDD
Masz rację, że jestem "niekonsekwentna", ale na swą obronę powiem coś, co winno być dostatecznym wyjaśnieniem zachodzących we mnie i w życiu blogowym, przemian:
Jestem "niekonsekwentna" po raz pierwszy w swoim życiu. Wiem, że początek bloga był prowadzony w innym duchu, ale wierz mi, że pierwszy raz w swym życiu tak radykalnie odeszłam od tradycji, dogmatów. Miałam dotąd wzloty i upadki. Za długo by tłumaczyć, pozostawię to w przegródce "prywatne", chociaż próbowałam ostatnio pisać na 3 blogu o tym, ale się rozmyśliłam.
Całe życie walczyłam ze sobą: buntowałam się, to znowuż wracałam pokornie do źródeł i tak w kółko, ze względu na bardzo konserwatywne wychowanie, nigdy jednak całkowicie nie porzuciłam koncepcji boga. Nigdy, bez względu na to, co pisałam, nie przestałam wierzyć, ale dopiero dzisiaj wiem, że moja wiara podszyta była tchórzem.
Strach kazał mi zawsze, po licznych buntach wracać do korzeni, więc logicznym jest, że kiedy wracałam z podkurczonym ogonem, wówczas starałam się samej sobie i nie tylko wynagrodzić tę rozłąkę. To zbyt skomplikowane, żebym była w stanie w pełni wyjaśnić, co mam na myśli, mogę mieć tylko nadzieję, że ta "niekonsekwencja" zostanie mi wybaczona.
Dzisiaj odtruwam się, jestem na detoksie od wiary, co nie jest ani łatwe, ani przyjemne. To tak, jakbym resetowała własny mózg, wszystko, od podstaw. I to boli: bo wstyd i żal do samej siebie nigdy nie sprawia nam frajdy.
Ale kiedy ktoś przeżyje ciężką chorobę, rzekomo w głębokiej wierze, a potem, nagle ją porzucając choroba ustąpi, można zadać samej sobie pytanie: Co jest grane? Czy to ze mną jest coś nie tak, a może z tą wiarą jest coś nie tak?
Widzisz, ja tego nie rozumiałam aż do niedawna. W "czajniczku zwątpienia" sprzed kilku wpisów, wyjaśniłam co i jak.
Jeśli w przeszłości byłam surowa, uszczypliwa, ba, wredna, przepraszam, ale nie cofnę tego, co powiedziałam, skoro wtedy tak naprawdę myślałam (wtedy). Wiedz, że wciąż na wiele życiowych kwestii potrafię mieć radykalne spojrzenie, nie jestem potulnym zwierzątkiem.
Na dzień dzisiejszy wiem tylko, że uczę się żyć na nowo, tym razem już nie sama, ale przy pomocy odpowiedzialnych ludzi wokół, i naprawdę mam wrażenie, że budzę się z jakiegoś Matriksa ;D Kto wie, kto wie...
Reasumując: Jestem ci bardzo wdzięczna za wyrozumiałość, zwłaszcza że znam swoje zady i walety i nie pierwszy to raz darłam koty z ludźmi. Cóż mogę więcej powiedzieć na tak pięknie ujęty komentarz? Jeśli miałabym się przyrównać do kogoś, opis alkoholika abstynenta byłby najlepszy. Uczę się pokory i nie zamierzam z nikim wojować dla odmiany w drugą stronę. Raczej leczę własne rany, ucząc się najwięcej na temat, który wcześniej był przede mną skryty. Mam naturę badacza, więc czytam, myślę, wygładzam wszystkie zadziory, kanty etc, które dawniej mnie ograniczały, aby nigdy więcej nie przechodzić tego samego piekła co przez ost. niemal 30 lat (chodzi mi o skoki i wyskoki a co za tym idzie o ból, wyrzuty sumienia, agresję, nietolerancję, ignorancję itp, itd...). Także dziękuję za miłe słowa i pozdrawiam serdecznie :)
Bardzo się cieszę Basiu, że się wreszcie dogadałyśmy :)
Nie musisz się bronić, jeśli chodzi o zjawisko nazwane przeze mnie "niekonsekwencją". Prawda jest taka, że "tylko świnia nie zmienia poglądów", jej jest wszystko jedno, a człowiekowi, jako temu myślącemu i zastawiającemu się stworzeniu wiele spraw w życiu się przewartościowuje. Angielskie przysłowie mówi : "A wise man changes his mind, a fool never will" ;)
U mnie sprawa z Bogiem wygląda po mojemu i bardzo specyficznie. Nie jestem żadnego wyznania. Wierzę w jakąś siłę, pozytywną energię i dobro. Może to naiwne i głupie, ale dobrze mi z tym. Nie wierzę w okrutnego boga chrześcijan/Żydów/islamistów, który ma roztrojenie jaźni co najmniej. Raz jest miłością i życiem, a raz zemstą i śmiercią, dla tych, którzy nie czołgają się za nim na kolanach.
Bardzo się cieszę, że Twoja choroba odeszła, że odnajdujesz swoją drogę i mimo wszystko nie zmieniasz siebie, bo to jaka jesteś jest wspaniałe.
Wszystkiego dobrego i ... teraz będę się odzywać! :)
Coś mi mówi, Basiu,że zamierzyłaś wychodzić z portu wyobrażni na szerokie wody.Najserdeczniej CI życzę radości i twórczej weny...Także z tego faktu,że otwierasz innym oczy i robisz to jak naturalna kapłanka i królowa-pięknie, dobrze i prawdziwie.Życzę Ci imieninowo tego, czego pragniesz, a już widać gołym okiem,że nie pozwalasz odwieść się od najważniejszego.Tak trzymaj, Basiu!!!
Ostatnio znów wróciłam do Neale Donalda Walsch "Rozmowy z Bogiem", gdzie sam Stwórca, czyli Wszystko co JEST-rzecze tak: "Nie ma nic prócz Ciebie"( Księga Pierwsza str.173).Życzę Ci wiary, która góry przenosi i mocy.I tego kawałka nieba, którego potrzebujesz...Serdeczności i pogodny uśmiech na Twój Dzień promienny i szczęśliwy.
Basiu Kochana, jesteśmy ludźmi, popełniamy błędy i idziemy dalej, nasze myślenie dzisiaj jest takie a jutro inne. Zmieniają się okoliczności i ludzie wokół nas i zmieniamy się my. Najważniejsze to trzymać się tego co wynika bezpośrednio z nas, ale to wcale nie jest łatwa i w między czasie musimy sobie jeszcze radzić ze swoimi słabościami, wątpliwościami, i przeróżnymi uczuciami, co często może prowadzić do działania wbrew sobie i tego co czujemy naprawdę. Każdy z nas ma prawo do swoich niekonsekwencji. Ten świat to nieustanne zmiany. O ile nasza niekonsekwencja wynika nie z premedytacji, a z poszukiwań, to myślę, że może być wybaczona:) Przecież każdy myślący człowiek przechodzi jakąś drogę, zanim dotrze do siebie samego, a na niej ma do czynienia z różnymi poglądami. Gdyby przez nie nie przeszedł, skąd miałby wiedzieć, które są w nim zakorzenione i z którymi czuje się najlepiej? Być może są tacy ludzie, którzy wiedzą to od razu i trzymają się swoich wartości od zawsze i na zawsze, być może mają to szczęście, albo nieszczęście, że nie muszą poszukiwać. Ale większość z nas jednak musi doznać wielokrotnej czasami przemiany, żeby stać się prawdziwym sobą.
Oczywiście Ty to wszystko wiesz:-)
A ja pisze te słowa chyba dlatego, żebyś wiedziała, że doskonale rozumiem twoją "niekonsekwencję";)
Uściski
@ Judyto :)
Znam to ang. powiedzenie, dużo w nim prawdy, choć akurat w moim domu zwykło się powtarzać jak mantrę, że zmieniają się tylko prądy powietrza a człowiek który im podlega miota się na niebie jak latawiec. Ale cóż... Nie jest łatwo, ale staram się w taktowny sposób egzystować w tym samym domu, tyle że już inaczej myśląc. Zmieniam się każdego dnia, ale najważniejsze w tym, że chcę tego, nikt mi nie każe, nikt nie naciska, wiem - o tyle o ile człowiek może wiedzieć coś takiego - czego muszę się wystrzegać, co w sobie przeformułować. Chyba na tym właśnie zasadza się ta przemiana, tak wiele śmieci zagracało umysł. Ale to na bieżąco... Pewnie jeszcze nie raz do tego wrócę we wpisach. Nie ma co teraz się rozpisywać. Raz jeszcze dziękuję za zrozumienie, za tak miłą niespodziankę i w ogóle... za wszystko.
Pozdrawiam ciepło :))
@ Dobrochna :)
Dziękuję bardzo za przemiłe życzenia, pape ma fioła na punkcie Barbry Streisand, więc zbudził mnie dzisiaj jej śpiew z głośników. O mało z łóżka nie spadłam, ale za to pycha śniadanko, masło orzechowe etc plus lavazza :DD Niom... W każdym razie. W zasadzie nie wiem czy cokolwiek sobie zamierzyłam, raczej żyję chwilą. Staram się niczego nie planować a blog, no cóż... On żyje własnym życiem, bez względu na moje dziwne fazy.
Pozdrawiam serdecznie :))
@ Iwonko :)
Nie przesadzajmy z tym: "że wszystko wiem", oj na pewno nie wiem wszystkiego a nawet połowy wszystkiego ;D Prawdę mówiąc że częściej wiem coś z jakiejś odległej dziedziny a na ludziach nie znam się w ogóle. Takie przynajmniej mam wrażenie, myślę sobie, że właśnie z tego powodu mam tak często ze wszystkimi na pieńku X,D Ale ok, przyjmuję twoje słowa za komplement i dziękuję.
Dla mnie zmiana to coś wielkiego. Zważ proszę na to, że dwadzieścia parę lat swego życia przeżyłam w jednym, ciasnym światopoglądzie. Chwile gdy odeń odchodziłam były chwilowymi zrywami umysłu. Podejmował on takie próby bez końca, tyle że w różnych okresach mego życia. A że np. będąc dzieckiem wiedziałam mniej niż teraz, nie dziwota, że z podkulonym ogonem wracałam do korzeni, i tak w kółko. Teraz odkurzam i porządkuję jego zakamarki ażeby nic nie pozostało po tym, co stare i nielogiczne. Wiem tylko, że nigdy nie przestanę się wstydzić za to, że wielu ludzi na mej drodze ostrzegało mnie a ja ich nie słuchałam. Mieli rację i teraz muszę żyć z tym wstydem. No cóż. Jestem tylko człowiekiem, z tymże teraz mam zamiar resztą życia nadrobić stracony czas i własne błędy.
Dziwi mnie tylko sposób, w jaki się to dokonało, to "uwolnienie" samej siebie. Ale o tym innym razem.
Pozdrawiam ciepło :))
Witam!
"Kontakt" zachwyca za każdym razem. Niezbyt często film dorównuje książce i odwrotnie. Oczywiście wiem, że zdaniem wielu porównywać obraz ze słowem jest niemal grzechem śmiertelnym, niemniej w tym przypadku porównanie zdaje się być jak najbardziej zasadne. Film dopełnia książkę, książka wzbogaca film. Wprawdzie występują pewne różnice w warstwie fabularnej lecz wymowa, siła przekazu pozostaje nienaruszona. Książkę czytałem dwa lub trzy razy, zaś film oglądam (tylko nocą ;)) co pewien czas i zawsze jestem zachwycony.
Temat SETI porusza również James Gun w "Słuchaczach". Nieco inaczej lecz równie ciekawie.
Pozdrawiam
@ Katatonia :)
Ja także oglądam ten film tylko nocą, dobrze gdy mogę po nim wyjść na werandę i podejrzeć gwiazdy przez lunetkę, ale ostatnimi czasy niebo zasłonił chemiczny kożuch. Anyway... "Kontakt" jest wspaniały, zarówno książka, jak i film, ale i sam Sagan oraz jego cudna seria "Kosmos", polecam, jest na you tubie w całości. :) Pomyśleć, że najpiękniejszą jak dotąd opowieść o nas i kosmosie stworzył naukowiec, a nie ci wszyscy zachłyśnięci sobą literaci od siedmiu boleści. To o czymś mówi.
Dzięki za miłe odwiedziny i komentarze. Pozdrawiam :)
Prześlij komentarz