poniedziałek, 26 grudnia 2011

Welcome at the Land of Denverites



Wprawdzie od dwóch dni mam już internet (z małymi przerwami, ale lepsze to niż nic), jednak dopiero dzisiaj mam czas i siłę, aby coś napisać, i nie chodzi nawet o to, że jestem zajechana fizycznie, bynajmniej, ale od nadmiaru wrażeń łatwo można głowę stracić. A ja... Nie wiem jak wy, jestem do swojej przywiązana ;D Kompletnie nie rozeznaje się w czasie... Umysł mówi jedno, ciało coś innego, dlatego w tej materii kieruje się zdrowym rozsądkiem cioteczki i całej reszty. Samo zaaklimatyzowanie się w Stanach zajęło mi... hm... dwa dzionki (?), nie przeczę że w bardzo miłej atmosferze, jednakowoż tak mnie to wszystko zakręciło, że ledwo potrafię myśli zebrać. Na szczęście jednak zaczynam nowy dzionek "w drodze" od pycha espresso, objadając się ciepłymi rogalami, które kuzynka prze-teleportowała nam z przydrożnej restauracji. Ale zacznijmy od początku....

"Nareszcie na ziemi..."
Tak rzadko latam samolotem, że kiedy w końcu zdecydowałam się na tę wyprawę, myślałam że skonam. Słowo daję, że przez ułamek sekundy, miałam ochotę zawrócić z Anglii na to polskie zadupie, bo w porównaniu z niecałymi 2 godzinkami lotu na Heathrow, niemal 5 x dłuższy dystans przez Ocean, jawił mi się jako przedwczesne wakacje na piekielnej farmie. Widzicie, loty na tej wysokości wywołują we mnie bardzo nieprzyjemne objawy, nie będę wyliczać, ale krew z uszu to norma. Dlatego pomimo iż podziwiam ptaki, sama myśl o przelocie nad nimi kluczem, była ciężką próbą mego charakteru. Jakież to szczęście, że istnieją proszki nasenne... Ech, nic dodać, nic ująć. Jedyne co mnie pocieszało, to fakt, iż w ostatniej chwili dołączył do mnie Emanuel, o czym nie wspominałam wcześniej, bo nie było pewne czy będzie mógł się wyrwać. Mógł, więc tak uczynił. Gdyby nie jego kojąca obecność w pobliżu, pewnie nawet proszki by mi nie pomogły. Była już prawie północ, z 21 na 22/12, kiedy wreszcie zabookowano* nas na pokładzie dziwnie wibrującego od podłogi monstra, co też skomentowałam wisielczym tonem, że przy odrobinie szczęścia, ptaszek padnie dopiero nad Oceanem. Co poniektórzy z was pamiętają pewnie, jak wspominałam nie raz, że śmierć w "wodzie" to coś dla mnie X,D

Mapka świata?? Cool, yo-yo ;D

Jakież jednak było moje zdziwienie, kiedy po szczęśliwym dotarciu do celu (nie czując wprawdzie pewnych partii mego kościstego ciała), okazało się, że... znowu mamy wieczór :C I właśnie w tym momencie Basiakowi poplątały się wskazóweczki i tak już pozostało. Muszę jednak przyznać, że pomimo ogromnego zmęczenia, sam hall (chyba wyszliśmy przez A) lotniska w Denver był ogromny. Może przesadzam, ale z łatwością w samym tylko tym jednym hallu można by zmieścić całe Pyrzowice. Jak powiada mój jasnowłosy kompan: Klękajcie Narody. Nie co dzień widuje się takie nowoczesne, industrialne cacka, po których można by się snuć godzinami, zapominając o całej reszcie. Już sam zjazd schodkami wprawił mnie w radosny pląs. Znowu czułam się jak dziecko... W dzieciństwie zawsze urywałam się ojczulkowi i znikałam jak kamień w wodę, zafascynowana ogromem, kolorami, zapachami i przede wszystkim tym, że nikt na mnie nie zwraca uwagi. No cóż... Czar prysł niemal natychmiast, przy podbijaniu dokumentów. Niewielka to jednak cena za te widoki i przeżycia.

Jeszcze nigdy nie widziałam tak wymalowanego lotniska. Dzieło sztuki goni dzieło sztuki, a przy tym co rusz coś wisi nam nad głowami, wywołując ni to klaustrofobiczne, ni to surrealistyczne wrażenie. Chociaż port lotniczy w Denver jest bardzo przestronny, łatwo w nim, przy odpowiedniej wyobraźni, poczuć się jak ptaszek na uwięzi (if you know what i mean ;D). Jestem nim oczarowana, razem z Emanuelem wypiłam wówczas w pierwszej lepszej kawiarence dwie kawcie, co by się przebudzić, podczas gdy tuż obok pewna rozgdakana para kłóciła się o drobne. Ależ z tych ludzi materialiści, czyż nie? Zapytał mnie wzrokiem E. sięgając swoją wypielęgnowaną łapką, na której lśnił mu nowiuśki zegarek od jubilera. Haba-haba-haba... Wszędzie gdzie się nie obrócę, otaczają mnie hipokryci. Sama jednak nie jestem lepsza, na samym tylko lotnisku wydałam 50 dolców na zapachowy papier czerpany (papeteria), worek aromatycznej kawy, którą po raz enty planowałam przestać się upijać, ale znacie mnie, kiła mogiła w tej materii oraz oprawiony w skórkę albumik ze zdjęciami miasta. Zanim jednak tam przejdziemy, popatrzcie sobie proszę na cuda, które -- w szczególności -- trzeba obaczyć choć raz, jeśli zawitacie do Denver. Wszystkie są autorstwa:  Leo Tanguma (z pochodzenia Maj... Majan... choroba wie, jak się to wymawia).

 Leo Tanguma
"In Peace and Harmony with Nature"
... Niewinność dzieci w starciu ze zniszczeniem i wymierającymi gatunkami... coś wspaniałego.
Pardon za nie najlepsze zdjęcia, ale raz że robione w biegu; dwa -- że z komórki; trzy... -- Na najlepszych jestem ja i Emanuel, a tych, nie upubliczniam ;D

Po opuszczeniu lotniska (tzn. kiedy wreszcie doszłam po siebie do stwierdzeniu, że znów jest ciemno : / kurza twarz), E. wyciągnął mnie wreszcie na zewnątrz, gdzie -- poza monstrualnym posągiem niebieskiego konia mogłam wreszcie, po wielu latach uściskać swoją cioteczkę i kuzynkę. Dobrze jest w takich okolicznościach mieć przy sobie faceta, gdyż sama za chiny nie wpakowałabym do środka w ówczesnym stanie wszystkich klamorów. Miałam wrażenie, że moje rzęsy są z ołowiu. Decyzja, która zapadła pięć minut później, ani trochę nie zrobiła na mnie wrażenia, marzyłam o kąpieli i cieplutkim wyrku. Tak więc, z ciotką za sterem, ruszyliśmy niewielkim w sumie, ale wygodnym, camperem do centrum. Wszyscy byliśmy ledwo żywi, więc wydało się to rozsądnym (jeździć po nocy bez snu, do bani) posunięciem. Więc kiedy opuszczaliśmy lotnisko, na wpół żywa, wyjrzałam za okienko, aby pomachać konikowi na pożegnanie. Nagle wydał mi się taki samotny, opuszczony... :C 

"Horse of the Apocalypse", by Luis Jimenez
Autor tego cacuszka zginął kilka lat temu podczas wykonywania tego dzieła... A szkoda, ileż jeszcze równie monumentalnych, tak charakterystycznych dla Colorado rzeźb mógłby wykonać..? Szkoda, wielka szkoda.
 Celowo przerobiłam zdjęcie na pastelę (vintage), bo po ciemnu zdjęcia wychodzą z dupy, a chciałam żebyście ujrzeli pełen zarys tej wysokiej na niemal 10 metrów pracy. Efekt "apokaliptycznego" konia podkreślają żarzące się na czerwono ślepia. Jak dla mnie -- bomba! X,D Szkoda tylko, że pora nie ta, no i nie będę tędy wracać do polszczyzny.... :,C Już za nim tęsknię. Raz jeden z życiu siedziałam na koniu, i wiecie co? Stanął dęba a ja, jakimś zrządzeniem losu, nie skręciłam karku. No cóż...


Nie będę się rozdrabniać, bo szczerze powiedziawszy nic więcej nie wydarzyło się znaczącego tego dnia. Ot, nawiedziłam Amerykę, czołgając się niemal do wyra. Sam fakt, że cioteczka miała na tyle dużo wolnego czasu, kasy i cierpliwości dla naszej paki, utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że jeszcze można liczyć na ludzi, z drugiej jednak strony, pomimo zmęczenia, nie raz zdarzyło mi się marzyć o ucieczce jak najdalej od cywilizacji, zwłaszcza gdy przedzieraliśmy się przez tłumy zalegające lotnisko. Powiem wam jedno, różnica między życiem w Ameryce a w Europie polega głównie na tym, że tutaj -- tam, yyy... wiecie co mam na myśli, ludzie nie są tak przeraźliwie spięci. Wystarczy przejść parę kroków ulicą a od razu widać w czym tkwi różnica. Oni naprawdę żyją, a nie "wegetują" tak jak polskie lemingi. Ech... Chętnie bym tu została i nie wracała. Kolejne dni, będę opisywać w kolejnych notkach. Pozdrawiam wszystkich i mam nadzieję, że jeszcze nie padliście na nos od tych całych świąt... ;D Ja, bawię się świetnie. W tej chwili (poniedziałek, 26.12.11; 11:22 rano) tankujemy benzynę i ruszamy w kolejny, bardzo, bardzo długi odcinek. Przed nami Rio Grande National Forest... czy jakoś tak. Także, See ya later, Aligatore :D

To znalazłam na necie... (Denver Airport; nagranie z 22 listopada tego roku)




3 komentarze:

georg pisze...

Oj, proszę napisz coś więcej na temat, który tak zacząłaś: "Oni naprawdę żyją, a nie "wegetują" tak jak polskie lemingi."
Z niecierpliwością czekam na dalsze relacje :)
Georg

nutta pisze...

Czekam na dalsze obserwacje i refleksje.
Pozdrawiam:)

Olga83 pisze...

Wow, Basiu... Jestem pod wielkim wrażeniem :) Nie masz pojęcia jak ci zazdroszczę a przy tym cieszę się, ze udało ci się zrealizować jedno z twych marzeń, Konik ze zdjecia budzi respekt, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwage jaki los spotkał jego stwórce. Nie było mnie na twoim blogu jakis czas, ale nie przez zaniedbanie, zaręczam. Spędzałam święta u rodziny w Polsce a tam nie mają niestety netu. Ale teraz to nadrobię. Ściskam ciepło i serdecznie. :P