czwartek, 5 stycznia 2012

"Biblioteka cieni" -- Mikkel Birkegaard. Bierne czytanie to nie żarty.


"Czytanie może bardzo przeszkadzać, ba, może nawet być niebezpieczne. I to nie tylko dla tego, kto czyta, ale też dla wszystkich w pobliżu. (...) Wyobraź pan sobie, że wszyscy dookoła czytają bez ograniczeń. (...) Słowa i zdania fruwałyby w powietrzu jak płatki śniegu w zadymce. (...) Zmieszałyby się ze sobą, posklejały w niezrozumiałe frazy, podzieliłyby się, żeby potem znów połączyć w całkiem nowe akapity i nowe rozdziały. Oszalałbyś pan, próbując znaleźć sens w czymś, co żadnego sensu nie ma. (...) Teksty bez czytelników niczego nie mówią. Potrzebni są czytelnicy, a wtedy książki mówią, oj, mówią. Ba, one wręcz śpiewają, szepczą, krzyczą... (...) Może powstać z tego cały chór wyjców. Okropieństwo".
Słowa te -- wbrew pozorom -- nie należą do pozbawionego uczuć wyższych urzędnika w magistraturze, której chorym celem byłoby zwalczanie słowa pisanego wszelkimi możliwymi środkami, tak iżby kolejne pokolenia rosły na idealnych wyjadaczy kaszy dla niewolnika. Nie doszukujmy się zatem na siłę porównań z naszym własnym podwórkiem, gdyż niestety, byłyby aż nadto widoczne, a przecież nie jest moją intencją wprowadzać zamieszanie, co najwyżej podsunąć delikatnie, że takiż cel, co poniektórym środowiskom, przyświeca.

Cytat ów pochodzi z książki duńskiego pisarza, Mikkela B. Słowa te zostały wypowiedziane już na samym wstępie do głównego jej bohatera, bynajmniej nie po to, aby do czegokolwiek go zniechęcać. Jak się później okaże, jegomość, który je wypowiedział, miał szczere intencje, wiedział bowiem to samo, co wiem ja, a także czego dowiedział się później nasz bohater, że jak długo nie znamy całej prawdy o przedmiocie, który nas zajmuje, tak długo pełny wachlarz jego możliwości jest przed nami skryty. Czytamy zatem jakąś książkę, ale czy naprawdę rozumiemy słowa, które do nas przemawiają? Wydaje się nam, że przebywając w świecie fantazji, jesteśmy sam na sam z własnymi myślami. Nic bardziej mylnego...

Podczas lektury książki "Biblioteka cieni", zastanawiałam się sporo, jak wiele ja sama byłabym w stanie poświęcić, aby dowiedzieć się jeszcze więcej, ażeby znaleźć się u wylotu życiodajnego źródła mądrości, móc zaczerpnąć zeń ile się da, tak żeby słodki posmak wiedzy na mych spragnionych ustach, mógł przez wieczność gasić me pragnienie? Czy nie chcielibyście wiedzieć o czymś, o czym inni nie mają zielonego pojęcia? Albo posiadać klucz do uchylania wrót w nieznane, w dowolnie wybranej przez was chwili?

Któż by tego nie chciał? Na pewno są tacy, którzy zaprą się tego w żywe oczy, ale bądźmy ze sobą szczerzy -- przynajmniej w myślach -- czy gdyby "wiedza, sama w sobie" nie była tak szalenie ważna, to czyż wszelkie realne siły tego świata stawałyby na drodze jej akolitom? Czyż przez wieki ginęłyby na szafotach nieprzebrane rzesze mądrych? Czyż władza pod wszelkim mianem i kolorem, zamykałaby usta swym przeciwnikom, mordując co najwytrwalszych? Czyż sekty wszelakie, noszące nazwę: religii, śmiałyby ludziom narzucać zastój umysłowy, podsuwając gotowe wyjaśnienia a pod groźbą wiecznego potępienia, zabraniały szukać innych? Sami odpowiedzcie sobie na te pytania, jeśli macie odwagę.


Doprawdy nie pojmuję, dlaczego raz po raz spotykam się z dosyć niską oceną książek, które coś dla mnie znaczą, i pomimo iż wiem, że mam do czynienia z raczej niskim poziomem owych recenzentów, to jednak wciąż mnie to wkurza. Czy naprawdę we wszystkim muszę stale iść pod prąd? Czasami mam wrażenie, że mam przeciwko sobie -- wszystkich. Dziwne to uczucie, nie twierdzę, że czuję z tego powodu jakiś dyskomfort, lata praktyki uczyniły ze mnie mistrza w godzeniu się z faktem, że w większości otaczają mnie debile. Ale cóż... Jak zwykle wypada rzucić oklepane przez dekady powiedzonko: że o gustach się nie dyskutuje. Tak?

A dlaczego by nie? Najprościej zasznurować usta i przełknąć, że enty nieudacznik życiowy został nazwany pisarzem-poetą-aktorem-piosenkarzem roku. Gódźmy się na to, że otacza nas miałkość, stańmy się częścią folwarku zwierzęcego, w którym ten tylko pan, kto potrafi unikać gnojówki. Ach, nie macie pojęcia, jak niekiedy świerzbią mnie paluszki, aby strącić niektórym panom te złote korony z ich głów, gdyż najdroższe nawet perfumy, stroje i oklaski, nie są w stanie ukryć, ciągnącego się za nimi fetoru. Tylko, po co? Na pewno są tacy, którzy by tego chcieli. W takich chwilach -- nie macie pojęcia jak bardzo tego pragnę -- przydaliby się ludzie z tym szczególnym darem, jaki opisał pan Mikkel. Wystarczyłoby odwiedzić tego, czy owego ministra i grzecznie się doń uśmiechając, przeczytać zgrabnie uszykowany w tym celu tekst. Oj, działoby się... ;D

Jon Campelli, główny bohater danej książki, jest synem starego, szanowanego w Kopenhadze antykwariusza/bibliofila. Jednak życie nie rozpieszczało Jona, osiągnął wprawdzie satysfakcjonujące stanowisko w pewnej renomowanej firmie adwokackiej, ale kosztem wspomnień. W bardzo młodym wieku, stracił obydwoje rodziców. Matkę -- która popełniła samobójstwo; Ojca -- który postanowił odciąć się od syna, wysyłając go do szkół. Mając więc ok. 30 lat na karku, Jon żył sobie spokojnie, lecz samotnie, osiągając wyżyny w swoim fachu. Stale jednak towarzyszyło mu to nieznośne poczucie odrzucenia, przez co nie potrafił ułożyć sobie życia prywatnego. Praca stała się dlań jedynym domem i pasją.
Właściwie owe pesymistyczne słowa, które zacytowałam na początku, doskonale oddają ducha Jona, który, jakby na przekór sobie, postanowił nigdy więcej nie wziąć książki do ręki. Przed tragiczną śmiercią matki, stale przebywał w antykwariacie swego ojca: "Libri di Luca" i książki wzbudzały w nim żywe emocje. Ale nie dziwię się mu, zważywszy na odepchnięcie, którego doświadczył. To tak, jak z dziećmi z pijackich rodzin... Czy może dziwić, że nawet najmniejszy zapach alkoholu wzbudza w nich awersję?
Niespodziewana i zgoła tajemnicza śmierć ojca Jona, jest dla niego okazją, aby spotkać się ze starym przyjacielem rodziny, skądinąd pracownikiem w.w. antykwariatu, niejakim Iversenem, by w spokoju zastanowić się nad dalszym losem tego miejsca, a jako że właśnie otrzymał propozycję prowadzenia ważnej sprawy sądowej, odnajdujemy go na rozstaju dróg. Jon nie jest zainteresowany tym, aby tracić czas na książki, z drugiej jednak strony, samo to miejsce budzi w nim silną potrzebę odnowienia starych znajomości. Nie wie jednak, że przywiodło go tutaj przeznaczenie, że pod pozornie błahym powodem śmieci Luki (zawał), kryje się prastara tajemnica i jeszcze większy wyścig po władzę nad całym światem. Tak, tak... Zawsze jak nie wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o: władzę i pieniądze. O ileż cenniejsza jest mądrość, ach...


Spróbujcie wyobrazić sobie ludzi, których los obdarzył wyjątkowym darem; darem, który przejawia się tym, iż za pomocą wypowiadanych na głos słów są w stanie wpływać na nieświadomych niczego słuchaczy. Zapewne zdarzyło się wam chociaż raz w życiu wysłuchać słuchowiska czy audiobooka, na pewno też zauważyliście, że najlepszymi spośród lektorów bywają aktorzy, gdyż z racji wykonywanego zawodu, przez lata praktyki, nabyli unikalną zdolność intonowania.

Teraz pomyślcie, że taki Lektor byłby w stanie rozpalić w was pragnienie do dalszego czytania, odkrywania, zdobywania, a nawet -- byłby w stanie was zaprogramować w taki sposób byście nawet o tym nie wiedząc, uczynili dokładnie to, czego od was oczekuje. Trochę to przerażające, czyż nie? Pachnie na odległość praniem mózgu, czystą hipnozą. Zapewne żaden z was nie chciałby byś poddany takiemu zabiegowi. Ale co jeśli wam powiem, że w świecie pana Jona Campelli istnieją także tzw. Odbiorcy, którzy potrafią podłączyć się pod umysł czytającego, uwalniając w nim nieznane dla niego samego emocje, pragnienia, tak iż czytana książka zdaje się być najwspanialszą w jego życiu przygodą i gdy się budzi jest pewien, że to jego własna idea? Wówczas, przy wspólnym wysiłku, mogą Oni np. zasugerować komuś, że zamykanie małej biblioteki na prowincji, to niekoniecznie dobry pomysł...


Nie ulega jednak wątpliwości, że większość ludzi raczej nie grzeszy uczciwością, a dobre maniery już dawno wyszły z mody, tak więc poza dobrymi bohaterami, do których należą Jon, Iversen oraz pewna rudowłosa Odbiorczyni, Katherina, znajdą się i tacy, którzy dar przekazywania, postanowią użyć w złym, destruktywnym celu. Chociaż książka "Biblioteka cieni" nie jest kryminałem, niemal z biegu zostaje wypowiedziane podejrzenie, iż Luca Campelli nie odszedł w naturalny sposób z tego świata. Oczywiście dla policji wszystko jest jasne, ale znając obyczaje czy też możliwości Lektorów i Odbiorców, nie trudno się domyślić, że Luca poniósł śmierć za sprawą któregoś z nich. Sam był jednym z najlepszych Lektorów, miał końskie zdrowie, nie był przesadnie stary, a przy tym, zawsze trzymał neutralną stronę pomiędzy jedną i drugą "frakcją", które z różnych względów podzieliły się przed laty. Komu zatem mogło zależeć na śmierci tego wspaniałego człowieka, którego jedynym pragnieniem było, ażeby książki nigdy nie odeszły w zapomnienie?

...Don't underestimate the dark matter of the unconscious...
Właśnie przez wzgląd na te specyficzne zdolności głównych bohaterów, chcąc nie chcąc, myślałam w czasie lektury o pewnym filmie. Mam na myśli "Incepcję", Ch. Nolana. Wprawdzie tam mamy do czynienia ze spekulacją nad naturą snu, jednakże główne założenie -- manipulacja -- wydaje się być równie ważne.
Zdarzyło mi się wiele razy "obudzić we śnie". Może i wy doświadczyliście tego surrealistycznego stanu, kiedy budząc się w środku nocy, w pierwszej chwili nie wiecie gdzie, ani kim lub czym jesteście. Ale po chwili wasza tożsamość staje się dla was jasna, jesteście już prawie pewni i spokojni, że to był tylko zły sen, gdy nagle, coś zaczyna się ruszać pod waszą kołdrą... Albo -- jak było w moim przypadku -- sięgacie ręką do zasłony okna, by za nią ujrzeć wlepione w was czerwone ślepia. Budzicie się wtedy z krzykiem, gdyż dopiero wówczas, sen po raz ostatni miał nad wami władzę.
Czy zatem nie jest -- teoretycznie -- możliwe, że ktoś świadomie mógłby przenikać do waszych snów po to, aby kreatywnie je zmieniać, tak byście po przebudzeniu działali niczym nakręcone zabaweczki? Pomyślcie tylko, za darmo, bez stresu, bez obawy wykrycia i konsekwencji. Każdą, dosłownie każdą myśl można by zaprojektować w zaciszu własnego domu, by później zwyczajnie zaszczepić ją w czyimś umyśle. Wówczas nie dziwią zachowania polityków, którzy jednego dnia są biali, a drugiego czarni. Nie dziwi też stale rosnąca liczba samobójców. Bo czym właściwie jest "depresja", jeśli nie upartą, natrętną jak mucha myślą obcego pochodzenia, która drąży w umyśle kanaliki tak długo, aż dopnie swego? A kiedy tak się stanie, no cóż... Sayonara.


Świat, w którym wszystko wydaje się być na opak, nie jest tym, o którym byśmy marzyli, przydarza się co najwyżej po zamknięciu oczu, ale przecież już trzynaście lat temu, w pewnym kultowym* filmie zza oceanu stwierdzono, że najgorsza w tym wszystkim jest niewiedza czy już się obudziliśmy, czy może wciąż śnimy. Witajcie zatem w moim świecie. Ludzie, żyjąc i polegając na innych mają stworzony przez siebie obraz w głowie i przeważnie trzymają się go kurczowo. Boicie się wszak stracić grunt pod stopami, boicie się pójść o jeden krok dalej, dotrzeć poza wszelkie granice, tam, gdzie nie sięgają mapy. To zrozumiałe, jak każde zwierzę, człowiek boi się tego, czego nie pojmuje. Rzeczywistość powinna być zrozumiała, przystępna i taka większości z nas się wydaje. Wszystko ulega zmianie, kiedy przyłapiemy kogoś na manipulowaniu nami. Dochodzi do czegoś w rodzaju sprzężenia zwrotnego. Nagle sami dla siebie stajemy się lustrem, na którego tafli, niczym odciski palców, zaczynają pojawiać się rysy. Jeśli przyjrzycie się im z bliska, czy lepiej -- wsłuchacie w samych siebie, z pewnością dowiecie się kto wami manipulował i dlaczego a wówczas, podobnie jak ja, spojrzycie na cały otaczający świat, to, co wam się przytrafiało, niczym bohaterowie książki Birkegaarda. Prawdziwy problem nie tkwi bowiem w woli działania, błądzeniu, ale w bierności, która zmusza nas abyśmy spoglądali na życie, samych siebie, na innych, bez najmniejszej atencji. Patrzymy, ale nie widzimy. Słuchamy, ale nie słyszymy. Jesteśmy tak dobrze zaprogramowani, że nie wyczuwamy już, kiedy ktoś dodatkowo dokłada nam zmartwień.

Mikkel Birkegaard
Muszę zatem rozczarować tych, którzy być może naczytali się lub przeczytają o książce Birkegaarda kiepskie opinie. W nosie mam, że w swej totalnej głupocie nie byli w stanie docenić jej walorów, zwłaszcza że napisana jest naprawdę przyjemnym językiem, czyta się ją szybko, ale bynajmniej nie sposób szybko o niej zapomnieć, chyba że wasz mózg przypomina mózg kolibra, wówczas macie przechlapane.

Miałam ostatnio nieprzyjemność czytać książkę "Antykwariusz", Juliana Sancheza, baskijskiego idioty, który raczej powinien dalej kopać piłkę na murawie, w czym na pewno jest lepszy niż w pisaniu zajmujących powieści, ale jak znam życie, 3/4 wszystkich jego czytelników w tym zapłakanym kramiku skoczy mi wnet do gardła, bo przecież nie zgadzać się ze zdaniem i wolą większości, to jak z własnej woli zjechać gołą dupą po zardzewiałej tarce.

"Biblioteka cieni" ma w sobie to wszystko, co pasuje pod określenie "przytulnego miejsca". A więc: wysokie i głębokie fotele ustawione blisko rozpalonego kominka; potężne regały z oprawionymi w pachnącą skórę księgami z różnych epok; posępne zamczyska i ukryte pod ziemią miejsca, w których przeprowadza się eksperymenty. Znajdziecie w niej miłość, ale i wyrafinowane złośliwości, przemoc i delikatność; spiski sięgające Starożytności, które zdradzą wam pochodzenie Lektorów i Odbiorców, o czym poniekąd wspominałam przed wyjazdem. Jeśli widzieliście wyżej wymienioną "Incepcję", być może i wam przyjdzie na myśl, jak wiele można by zmienić w tym okropnym świecie, który sami sobie gotujemy, pozwalając tyranom i debilom rządzić jeszcze głupszym stadem. Ludzki mózg jest bowiem niezbadany, to wciąż terra incognita, która kusi i zniewala, przynosi odpowiedzi na pytania, które rzadko mamy odwagę sobie zadać i to przeważnie, we śnie. Chociaż osobiście nie wnikam czy takowe przenikanie jest możliwe, sądzę jednak, że to, co dzisiaj wydaje się niemożliwe, za sto lub pięćset lat może być znacznie prostsze.

Pytanie zatem:  Czy nie warto byłoby zacząć szkolić już dziś ów organ, rozwijać go, uczyć się i szukać coraz to nowych białych plam na mapie rzeczywistości, aby je zapełnić, zamiast stojąc w miejscu, biernie przyglądać się jak głupie cepy w krawatach piszą historię świata za was? Rzeczywistość bowiem nie jest taka, jak się wam wydaje.



15 komentarze:

ksiazkowiec pisze...

Z Twojej notki wyłania się czarowna książka. Mam na nią ogromną ochotę, choć opinie są bardzo różne. Czuję, że mnie pochłonie, bo to mój świat. Skąd bierzesz te świetne zdjęcia?!

biedronka pisze...

Incepcja to jeden z najlepszych filmów, które widziałam ostatnio :)
Można mówić naciągany, przekombinowawszy, ale czy ,,Rok 1984,,Orwella również się takim nie wydawał.
Fikcja literacka stała się jednak rzeczywistością.
Cieszę się, że jest na tym świecie, ktoś myślący w podobnych kategoriach jak ja.
Można napisać to ciągłym szukaniem spisków, ale świat to wielka zagadka, a Ci którzy nie zaglądają poza horyzont prawidłowości są w błędzie.
Bo tak na prawdę dlaczego jesteśmy tacy pewni rzeczywistości, która nas otacza? Dlaczego przyjmujemy ją jako stały element życia, nie zastanawiając się codziennie nad tym dlaczego?
Ja wiem, że od ciągłych pytań można zwariować, ale ja chce pytać.
Nawet jeśli nie zawszę znajdę odpowiedź :)

Barbara Silver pisze...

Słów parę, dla wyjaśnienia od autorki strony:

"Nie ma to jak utknąć na lotnisku... :,C Twarde siedzenie, hałas i 24/h światłem po oczach... Ponoć nad Atlantykiem wieje, ponoć parę samolotów zawrócono, bo pomyliły im się pozycje lotu... Jak będę miała szczęście: jutro późnym wieczorem będę w PL... Jak nie... śpiwór-gorąca kawa i granie w karty w terminalu :D
Dlatego macie tutaj, koffani pościk, który napisałam jeszcze w zeszłym roku. Smacznego -- jeśli kogoś zaciekawi".

Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników (stałych i przelotnych). :))

Barbara Silver pisze...

@ Książkowiec:

Witaj. Potwierdzam, bardzo przyjemna książka. Nie jest to dzieło epokowe, ale czyta się świetnie, jestem jak najbardziej z niej zadowolona a nie łatwo mnie "zadowolić". ;)

Ps: Obrazki pochodzą z internetu. Z różnych stron, mam naturę chomika, więc jak natknę się na necie na coś ładnego -- chomikuję. Ułatwia to tworzenie nowego posta, gdyż na serwerze mam sporo folderów z obrazami. Do wyboru, do koloru.

Pozdrawiam serdecznie :)

Barbara Silver pisze...

@ Biedronka :)

Mnie również film Nolana bardzo się spodobał. Poza efektami, swoje też dołożyli aktorzy, M. Kean i DiCaprio (którego od czasu Awiatora uważam za bardzo dobrego akt.). Muzyka jest wspaniała, zdjęcia przejmujące, no i samo przesłanie filmu. Niestety w konkurencji o Oskara przegrał z Social Network, chodzi mi o ten film o Facebooku. Ale cóż... Nie zawsze nagrody świadczą o kunszcie.
Film intrygujący i pobudzający do myślenia, zwłaszcza gdy zna się spekulacje nad tą tematyką z sieci.
Rzeczywistość składa się z naszych o niej wyobrażeń. Kiedy większość ludzi żyje w przezroczystej bańce pozorów, nie można się dziwić, że dzieje się źle. Myślę, że gdyby większość ludzi przejrzało na oczy tak jak niektórzy z nas, na pewno świat przeszedłby na wyższy poziom rozwoju. Niestety zawsze można też spaść niżej, do czego zmierzają pewne środowiska.

Pozdrawiam serdecznie :)

Ewa pisze...

"Ziemia jest nie tylko łonem, z którego wyłania się wszelkie życie, lecz także grobem, do którego powraca"
Życie zmusza do stawiania pewnych kroków na Ziemi, ale jest jeszcze nieskończony świat snów tak jak w "Incepcji"... Tylko gdzie jest granica między jawą a snem? Czy tak jak Dom Cobb obudzę się któregoś dnia i nie będę mogła jednoznacznie określić czy istnieję naprawdę, czy to tylko moja projekcja, a może moje życie to kolejne poziomy snu we śnie?
Wiem jedno. W moim śnie nie chcę być antylopą, płochym zwierzęciem umykającym przed wizją utraty życia, z oddechem predatora na plecach...

Ten film wywarł na mnie ogromne wrażenie. Książki Mikkela Birkegaarda nie czytałam, ale jak zwykle piszesz o niej tak, że przy najbliższej okazji sięgnę po nią.

Wracaj szybko i szczęśliwie:)))

Dobrochna pisze...

Basiu, nie pytam dlaczego nie zgłosiłaś swojego bloga na konkurs, bo wydaje mi się,iż wiem.Gdyby to ode mnie zależało- zgłosiłabym.Mój głos już masz, ale nie bardzo wiem jak go formalnie wyartykułować.Na skomentowanie Twojego wpisu mam chrapkę, ale zacznę dopiero jutro.Muszę sobie najpierw poukładać złożoną materię i powziąć decyzję: czytać czy nie czytać polecanych lektur..Serdeczności.

Olga83 pisze...

Tę notkę przeczytałam dopiero przed godziną, więc wrażenie wciąż żywe. Incepcję widziałam w kinie, bardzo dobrze przyjęłam. Efekty specjalne oszałamiają, ale podobnie jak ciebie, zainteresowała mnie również gra aktorska Leonardo. Kto by pomyślał, kiedy grał Romea, że pójdzie tak dobrą ścieżką kariery? Byłam pewna, mea culpa, że skończy tak jak wielu sezonowych ulubieńców. A tu proszę, takie zaskoczenie. Muzyka Hansa, to sztuka sama w sobie.
Z kolei książki, niestety jak zawsze, jeszcze nie miałam okazji przeczytać. Ale poszukam, skoro duński pisarz, to może z racji odległości, znajdę u siebie po niemiecku. Chyba mi się spodoba, lubię takie klimaty.
Pozdrawiam, fajnie że znowu jesteś z nami. :) :*

W. pisze...

Władza i ludzie, którzy za nią stoją nie lubią, kiedy ich owieczki myślą. Od dawna wiadomo, że im głupsze społeczeństwo tym łatwiej je można prowadzić na rzeź.
Ale wyrwać się z tego, też nie jest łatwo. Otwieranie oczu po wielu latach manipulacji, nie tylko politycznej, ale także religijnej i społecznej jest bardzo trudne. Sama myśl, że coś jest nie tak może przerazić. Pójście za tym to po części akt odwagi.
I właśnie dlatego mamy masy. Nie ludzi tylko masy, a ludzie myślący to jednostki krytykowane, odsuwane, niechciane.
W sumie to trudny temat. A ja jeszcze za mało wiem.

Dobry wpis Basiu, jak wszystkie zresztą. Zrobiłam sobie listę książek z Twojego bloga, mam nadzieję, że w najbliższym czasie przynajmniej część przeczytam :)

Pozdrawiam serdecznie :)
Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko dobrze.

IwoX pisze...

Basiu,
książkę już jutro poszukam w bibliotece:) A film obejrzę jeszcze dzisiaj, bo dostałam go ostatnio od znajomego:) Już sporo o nim czytałam i od dawna mam ochotę go zobaczyć. Ostatnio widziałam natomiast film, który, być może Cię zainteresuje, a być może już o nim słyszałaś - "In Time". Osobiście najbardziej w tym filmie zainteresował mnie pomysł świata, w którym walutą jest czas. Sama historia, to zwykła sensacja i nie jest to jakiś wybitny film, ale pomysł jest dobry. Polecam, a nuż Ci się spodoba;)

Barbara Silver pisze...

@ Ewa :)

Teoretycznie - gdy postrzega się nasz świat realny zmysłami - mogę się z tobą zgodzić, że wszystko wokół nas to tylko przemijalna materia... Ale praktycznie wiem już, że to właśnie owa materia, w większej części, jest złudzeniem. Rozumując wyłącznie w kategoriach materia i duch, człowiek traci prawdziwy sens życia, które ani nie jest tak proste, ani tak ograniczone. We wszechświecie panuje stała zasada, dwoistości: to, co umiera, daje życie czemuś innemu, i tak bez końca, przez neony czasu. W tym sensie nie martwi mnie, że któregoś dnia umrę, gdyż pomimo iż nie tłumaczę sobie już tego "potem" w sposób metafizyczny, tak czy owak stanę się nowym życiem. Co mam na myśli? Trudno mi powiedzieć jednoznacznie. Ludzie którzy spoczną w ziemi z pewnością posłużą za pokarm dla ukrytego w niej życia, ale nawet po kremacji, człowiek na powrót staje się częścią wielkiego koła życia, choćby przez to że wysypane do rzeki czasu prochy, prędzej czy później znajdą się w czyjejś egzystencjalnej szklance ;D I na zdrówko. X,D
Co do "snu" - uważam go/je za twór wyłącznie osobisty. Tzn. nie wierzę, aby można było śnić cudzego snu, tak jak nie można żyć czyimś życiem (w dosłownym tego słowa znaczeniu). Sen to nasza własna, subiektywna rozmowa z samym sobą. To poprzez nie nasza "nieświadomość" przemawia do nas, daje nam wskazówki, próbuje coś "uświadomić", przed czymś ostrzec. Sen to tylko jedna z milionów możliwości naszego mózgu, większa jego część wciąż jest poza naszym zasięgiem, co jest dość denerwujące, gdy pomyślę, że ludzie więcej uwagi poświęcają czytając instrukcję obsługi jakiegoś piecyka, aniżeli poznaniu własnego "ja". Wydaje mi się, że powinny istnieć Uniwersytety, które uczyłyby ludzi, bycia -- istotami rozumnymi, bo jak na razie, uczy się ich tylko "sztuczek", rzemiosła i niczego więcej, stąd w świecie jaki znamy panuje chaos a nie czyste poznanie i to akurat, że "władni" tego pragną, nie usprawiedliwia ludzi (jako indywidualności) iż nie próbują szukać odpowiedzi.

Pozdrawiam serdecznie :))

Barbara Silver pisze...

@ Dobrochna :)

Nie wiem nawet o jaki konkurs chodzi, jeśli mam być najzupełniej szczera... :) Dziękuję za serdeczne słowa, one znaczą dla mnie więcej niż wszelkie nagrody, które zresztą rzadko wygrywam. Widzisz z zasady nie biorę udział w żadnych konkursach, chyba że chodzi o napisanie jakiegoś tekstu o książce etc.

Od czasu jak pewny serwis internetowy - tuż po tym jak po raz enty musiał kupić mi książkę, splajtował i przestał ogłaszać ów konkurs, co mam przeczucie stało się z mojego powodu, gdyż zażyczyłam sobie jako nagrodę bardzo ciężko dostępną książkę - zniechęciłam się do jakichkolwiek form rywalizacji.

Po drugie mam uzasadnione podstawy przypuszczać, że tacy ludzie jak ja nie są mile widziani na forum publicum, gdyż zbyt wielu ludzi (słusznie lub nie) czuje się w mojej obecności dość nieswojo. Nie jestem aniołkiem, więc wiem, że potrafię sama kogoś do siebie zniechęcić (zawsze świadomie, bo nie potrafię powiedzieć chamsko: weź spadaj, etc) więc kopię pod kimś dołki tak długo aż sam się zabierze, obrazi i odfrunie, niemniej większość czytelników mojego bloga dzieli się na dwie kategorie. Albo mnie akceptują, z wszystkimi zadami i waletami albo, skrycie nienawidzą i sądząc że są anonimowi, zostawiają mi przykre słowa w różnych miejscach bloga. To stąd mam moderację komentarzy. Oczywiście nie są anonimowi, bo mam programy, które widzą ich IP i nie tylko, więc nie trudno się dziwić, że gdy potem przylatują do mnie już oficjalnie, obłudnie chwaląc, spławiam... pozornie tylko po chamsku. Tak naprawdę nigdy nie jestem chamska tak, jak potrafiłabym być, gdybym się zdenerwowała.

Dlaczego o tym piszę? To właśnie z tych powodów, mojego stosunku do ludzi i ludzi do mnie, nie udzielam się nigdzie poza blogiem. Osobiście nie wierzę, że mogłabym zaistnieć w tym kraju. Chyba że byłabym tak kiepska jak modne dzisiaj autorki. Wówczas zapewne, sprzedając tandetę zapewne ktoś by spojrzał w moją stronę przychylnie. Tymczasem, wolę nie rzucać się w oczy, bo jak długo nie traktują mnie "personalnie" jako zagrożenie dla swej odgórnej, medialnej propagandy, pt: "Zdebilenie narodu", tak długo nikt się mnie nie czepia. A i tak nie zawsze... średnio raz w miesiącu ktoś atakuje moje konta, przez co miewam problemy z netem. Co by zatem było, gdybym próbowała startować w konkursach ogólnopolskich?? Zostawiam do rozważenia i pozdrawiam serdecznie :))

Barbara Silver pisze...

@ Olga83 :)

Witaj :) Zimmer jest genialny, potwierdzam. Uwielbiam słuchać jego koncertowych utworów, przyglądać się pasji z jaką gra, to szalenie inspirujące. Muzyka filmowa potrafi być o wiele lepsza do słuchania niż obcykane popy i jamajskie rechoty. Film "Incepcja" daje sporo do myślenia. Osobiście po jego obejrzeniu odrobinę się zlękłam, a co jeśli sama nie wiem, że wciąż śpię? Wtedy jednak przypomniałam sobie, że przecież całe życie jest jak sen, a więc nie ma w tym nic dziwnego dla 99% ludzi. A skoro jestem w stanie to dostrzec, to chyba jednak nie śpię... Tak sobie myślę. Anyway... Dzięki za miły komentarz i pamięć.

Pozdrawiam serdecznie :))

Barbara Silver pisze...

@ W. :)

Dziękuję za pochwałę i akceptację. Masz rację w całej supełkowatości. Nie jest łatwo wyrwać się z okowów zamulenia. Mnie samej w dużej mierze zajęło to prawie 30 lat. Wciąż jednak nie mogę powiedzieć, że jestem wolna zupełnie. W końcu wciąż podlegam odgórnym prawom. Niemniej każdy, kto choć odrobinę myśli samodzielnie, ma moralny obowiązek budzić innych, bo samemu nic nie zdziała. To prawda, że większość i tak będzie wolała zostać w stadzie, iść na rzeź, bo tak wygodnie, nie trzeba wysilać tych resztek mózgu, ryzykować, ale zawsze jest szansa, że kogoś się wyrwie z tej matni. I tylko tacy ludzie są w stanie zbudować przyszłość. Cała reszta, tak jak tysiące lat temu, kiedy ewoluowaliśmy z różnych podgatunków, tak i dziś, zostanie w tyle albo całkiem wyginie. Taki jest nieuchronny ciąg następstw.
Dużo można powiedzieć złego o władzy i mediach, ale zadowalające jest to, że zawsze zdarzą się ludzie tacy, jak: Wachowscy czy Nolan, którzy zmuszają ludzi do zastanowienia. Dają bowiem szansę niektórym z nas, na otwarcie oczu i dalszą przemianę, bo ta wędrówka nigdy się nie kończy. Wszyscy mamy predyspozycje do tego, aby lśnić w przestrzeni blaskiem gwiazd. W końcu od nich pochodzimy :) Zacytuję Carla Sagana na koniec: "Wszyscy jesteśmy zbudowani z gwiezdnego pyłu a więc naszym celem są właśnie one; one są naszym domem".

Dziękuję za ciepłe słowa i troskę. Tak, u mnie wszystko dobrze. Podróż do Kolorado dała mi sporo wewn. siły i radości :) Pozdrawiam cieplutko i serdecznie :))

Barbara Silver pisze...

@ IwoX :)

Dziękuję za polecenie filmu. Słyszałam o nim, ale jeszcze nie miałam okazji obejrzeć. Jak mi się uda, dam znać. Mam nadzieję, zważywszy na te parę dni, które minęły od twego komentarza, że "Incepcja" się spodobała. Tak wiele się tam dzieje i tak szybko, ludzie różnie odbierają ów obraz. A książkę polecam gorąco, mnie osobiście bardzo się podobała.

Pozdrawiam serdecznie i dzięki za miłe odwiedziny :))