wtorek, 24 stycznia 2012

"The City of Ember" (Miasto Cienia) -- Jeanne DuPrau.



Przeczytałam kiedyś bardzo mądre słowa, które na zawsze odmieniły moje życie. Nie przytoczę ich tu kropka w kropkę, ale postaram się wyrazić je najlepiej jak potrafię. Gotowi? 
Nie ma takiej czarnej nocy, aby nie przebiła się przez nią odrobina światła. 
Myślicie zapewne... Phi, też mi odkrycie, ale jest tak wyłącznie dlatego, że nie znacie dalszego ciągu mej myśli. Wątpienie bierze się bowiem z tego, że od-uczono was wiary w moc sprawczą tego światła. Nazwijcie je jak chcecie. Jedni ubiorą je w szaty metafizyki, inni optymizmu, silnej woli skupionej na jakimś obiekcie, tak czy owak, światło zasadza się na waszej wierze weń, bo to umysł nadaje mu kształt. Zastanówcie się zatem przez chwilę, o ile częściej w waszym życiu pewność, że wszystko idzie lub pójdzie nie tak, jak trzeba jest silniejsza niż owe światło.... Uważacie, że zawodzi was umysł? Ha, właśnie w tym tkwi szkopuł. To wy oszukujecie samych siebie, czyż zatem nie dowodzi to, jak wielką moc ma wasz mózg? Pomyślcie nad tym, a gdy to już zrobicie, wsłuchajcie się w ciąg dalszy..... 
Każda dobra myśl, pragnienie, nadzieja, ma tysiąckrotną przewagę nad mrokiem, w który sami się wpędzacie. 
Wiem doskonale, że tak jest, bo sama przez całe życie skupiałam się wyłącznie na tym, co we mnie i naokoło mnie.... było złe. W głębi serca pragnęłam odmiany, żeby moje życie było udane, ale jak na złość, stale przytrafiały mi się tylko te złe, smutne rzeczy. Uwierzyłam bowiem, tak samą siebie zaprogramowałam, aby widzieć świat wyłącznie w czarnych barwach, że jestem nic niewarta, że niczego w życiu nie osiągnę, że z jakiegoś powodu wszyscy mnie nie znoszą, etc. Czy może zatem dziwić, że stale się potykałam, zderzałam z ludźmi, że spadałam z deszczu pod rynnę, i że w końcu, przez swój wewnętrzny, utajony lęk, doprowadziłam swój organizm na skraj przepaści? Nie, bo wiara mojego umysłu w to, co przesłonięte cieniem była silniejsza niż w to, czego pragnęło moje serce. I tylko dlatego, światełko w tunelu stale było poza moim zasięgiem. 

Pamiętacie ten żart? "Panie Boże, spraw, żebym wygrał na loterii, proszę, proszę, proszę". Na co ów Pan odpowiedział w końcu podirytowany temuż człowieczkowi: "Dobrze, dam ci fortunę.... Ale najpierw, do jasnej ciasnej, kup ten cholerny los". W tym tkwi cała magia, moi drodzy. Jeśli chcecie ujrzeć światło, ażeby szczęście do was przylgnęło, wpierw sami musicie uwierzyć, że jesteście szczęśliwi, że wszystko czego wam trzeba już jest wasze, a gdy mocno w to uwierzycie, pokochacie, przytulicie do swych serc, ciesząc się jak dziecko.... że "to" już gdzieś tam jest i czeka na was, choć jeszcze nie wie o tym, że jest wasze (tak zaklinam los od dawna i zawsze się sprawdza), zanim się obejrzycie, wasze życie zacznie się zmieniać, bo nieważne jak czarna jest noc, światło zawsze się przez nią przebije; jeśli tylko w nie uwierzycie, jeśli tylko to ono wypełni wasze życie po brzegi.


Zrozumienie podstawowej rzeczy, że to nie pech się za nami ciągnie, lecz my sami generujemy w swym życiu nieszczęścia stale o nich myśląc, obawiając się jutra, mając o sobie zaniżone mniemanie, nie jest prostą sprawą. Jako iż przez kilkanaście lat cierpiałam na depresję, na ów Syndrom Smutnej Pani, wiem jakie uroki rozpaczy mogą popieścić drutem kolczastym ludzki umysł i ciało, wiem jak można nisko upaść wyłącznie na własne życzenie, wiem czym jest samotność, w którą sami się wpędzamy, alienując się od innych za "jej" sprawą i czym jest paranoja, która czyni ze świata (w naszych oczach) tak przeraźliwe miejsce do mieszkania, iż najlepiej nie wstawać rano z łóżka. 

Ale znam też, bo tego doświadczyłam, czegoś przeciwnego, co pozwoliło mi po raz pierwszy w życiu spojrzeć na całą swą przeszłość z nowej, jaśniejszej perspektywy. Przeznaczenie? A cóż to takiego? Gdy dzisiaj o tym myślę, widzę jakim koszmarem jest dla ludzi przekonanie, wpajane im z pokolenia na pokolenie, w różnej tradycji, że gdzieś tam wysoko (albo nisko, jakkolwiek by na to patrzeć) istnieje jakaś św. księga czy zwój magiczny, na którym wiecznym piórem spisane są nasze dzieje od poczęcia, aż po zgon. Wiara w to, choć może się niektórym wydawać piękna (zwłaszcza gdy ich życie raczej obfituje w pomyślność) dla większości ludzi jest klinem, który nie pozwala im w żaden sposób ruszyć się z miejsca, aby coś zmienić. Jeśli są biedni, schorowani, nikt ich nie kocha, powtarzają sobie jak mantrę, aż w końcu zaczynają w to wierzyć (bo właśnie taką moc mają nasze myśli), że najwidoczniej taki ich los i na nic więcej nie zasługują. A to błąd, to nie tak, nigdy tak nie było i nie będzie. Nie ma żadnego zwoju losu, ani nici, która miałaby zostać o danej porze i miejscu przecięta, jesteście tylko Wy i wasze nieskończone możliwości, wasze dobre i złe uczucia oraz decyzje. To Wy kształtujecie swoje życie, na własne podobieństwo, to od was -- i od nikogo innego zależy -- czy życie to będzie się wiodło dobrze, czy źle. Pamiętajcie, że choć Rockefeller zaczynał od czyścibuta, już wtedy "wiedział" kim się stanie i trzymał się tej myśli jak liny; jeśli i wy się jej złapiecie, ujrzycie w swoim życiu cuda, dziwne zbiegi okoliczności, inspirujące myśli, miejcie tylko odwagę uwierzyć w siebie i gdy nadejdzie odpowiedni moment, skorzystajcie z okazji. 

Książka pani Jeanne DuPrau, natchnęła mnie swego czasu do głębokich przemyśleń. To jedna z tych powieści, które choć tworzone z myślą o młodych ludziach, działają na każdego, bez względu na wiek i płeć, jeśli tylko pozwoli się ponieść jej czarowi. Samo wyobrażenie, że gdzieś głęboko pod ziemią, od nie wiadomo jak dawna, istnieje ukryte miasto, w którym, stłoczeni jak śliwki w kompocie, żyją ludzie pozbawieni światła słonecznego, przekonani niezbicie, że poza ich kurczącą się cywilizacją nie ma już nic więcej, że zostali sami a wszędzie tylko mrok, jako żywo przypomina mi nasz obecny świat.

Ludzie, których nazywacie "władnymi", politycy i inni przywódcy, podsycają w was wizje rodem z koszmarów; jeszcze inni zasypują stertą śmieci, z których jedyny pożytek jest taki, że wierząc w nie, tracicie bezpieczny grunt pod stopami. Jedyne o czym wówczas myślicie to, o: nieszczęściach, spiskach, nikczemnościach, bólu; całe wasze życie zaczyna wytyczać jeden, przeraźliwy kalendarz strachu. Tego nigdy nie potrafiłam pojąć. Rzecz zdumiewająca, że choć sama na ten czas mogę powiedzieć, że zarzuciłam wiarę w dawne dogmaty, to jednak moje życie, nagle, stało się piękniejsze, pełne spokoju i nadziei. Nie twierdzę, że jest idealne, jeszcze troszkę mi brakuje, ale.... Widzę jak na dłoni ten "strach", w którym Oni - Was trzymają, w którym, jak w kokonie, sama żyłam przez dekady i jest mi tak przeraźliwie żal, że nie mogę was pociągnąć ku sobie, abyście i wy stanęli na szczycie świata patrząc prosto w słońce, abyście i wy ujrzeli spadające gwiazdy z nieba, tę czarowną melodię wszechświata, którą wysyła ku mnie, bo nauczyłam się "słyszeć" jego wołanie. Nauczyłam się "widzieć" i uczę się "czuć", przez co widzę jak piękni, pełni mocy i miłości jesteśmy, jak niewiele nam brakuje do wyzwolenia, doskonałości, jak wielki potencjał nosimy w sobie. 

Tymczasem żyjecie jak ci ludzie z miasta Ember, głęboko zakopani w swoim smutku, strachu, negacji, paranoi, żyjecie namiastką życia, odmawiając samym sobie szczęścia, wierzycie bowiem złudnie, że wasze szczęście zależy od kogoś innego; od zarobionych pieniędzy, od szczytów kariery, od tego wszystkiego, co samo przyjdzie do was jak przyciągnięte magnesem, jeśli tylko uwierzycie, że możecie i tego właśnie pragniecie, bo nie ma rzeczy niemożliwych. 
Chcecie przykładów? Dam wam bardzo prozaiczny, bo zapewne wielu z was myśli sobie w tej chwili, że szczęście wewnętrzne to i owszem, ale nie żeby nagle manna zaczęła z nieba spadać. Mój pape ponad czterdzieści lat temu, przez własną głupotę, stracił prawo jazdy. Pędził wówczas szalone życie, w głowie mu były wyłącznie kobiety, imprezki i przede wszystkim jego.... motocykl. Któregoś dnia jadąc z takowej imprezki nadział się na patrol. Dojrzał go wcześnie, więc zszedł przed zakrętem z motoru i udawał, że go prowadzi. Mieszkał w małej mieścinie, znał tego milicjanta a on jego, ale idąc doń przeczuwał, że chyba tym razem "wpadł po uszy". I co się stało? Milicjant rzeczywiście był miły, ale rzekomy kolega, który jechał z pape na tym motorze, zaczął pleść jak najęty trzy po trzy i wydało się, że jadą z imprezy, pan-władza poczuł alkohol, potem okazało się, że pape nie wziął ze sobą prawa jazdy, wiecie jak to jest...  Z deszczu, pod rynnę.

Milicjant miał jednak serce i gdy następnego dnia pape stawił się na posterunku z dowodem, władza zabrała mu go zaledwie na kilka miesięcy, tylko po to, aby nie musiał zdawać kolejny raz egzaminu. Takie przepisy, ale i dobra wola człowieka. Niestety mój pape był wówczas strasznym lekkoduchem. W międzyczasie przeprowadził się na południe kraju i jak powiedział mi przed rokiem, nie chciało mu się wracać do rodzinnego miasteczka. Macie pojęcie? Olał (brzydko mówiąc) prawo jazdy, a miał zarówno na samochód jak i na motor. Dla porównania chyba każdy z was słyszał jak dzisiaj trudno je zdobyć...

Minęło czterdzieści lat. W międzyczasie doznał rozległego udaru. Już kiedyś pisałam wam o tym, że skazywano go na wózek, lecz zawziął się i wnet zaczął biegać; inni nie mieli tyle szczęścia, choć mieli górę pieniędzy, skończyli jak warzywa (były lata 80'). Czym różnił się od nich mój pape? Wredna mamuśka przylazła doń do szpitala i z jadem powiedziała mu: Ha, widzisz? Już nigdy nie wstaniesz z tego łóżka. Nie mówiła tego przekornie, był czas że wręcz kłóciła się z personelem szpitala, aby nie wypuszczali go do domu. Koffana żonka, czyż nie? Wtedy to pomyślał sobie: Zobaczysz, wstanę i się z tobą rozwiodę. Po paru miesiącach zaczął biegać po parku i wyrzucił laskę do śmietnika. Już wtedy przeczuwał, że nie był to zwykły "zbieg okoliczności". Tak zaczęła się cała seria dziwnych "trafów" w jego i moim życiu. Ale wracając do sedna....

Dokładnie rok temu, zaczął nagle, z dnia na dzień, mówić że jaka szkoda, że nie ma prawa jazdy, że tak bardzo chciałby choćby z rok pojeździć sobie samochodem. I nagle coś go tknęło. Wbrew wszelkiej logice, napisał do urzędu miejskiego w dawnym miasteczku z zapytaniem: Czy mają tam jeszcze jego prawo jazdy? Dosłownie na drugi dzień przyszła odpowiedź, że tak, mają. Ale wiecie co jest w tym zaskakujące? To, że chociaż o nic w pierwszym mailu (słownie) nie poprosił, obiecali mu przysłać je do urzędu miasta na południe, gdzie akurat mieszkaliśmy, tak iżby tylko sobie po nie poszedł i odebrał. Pape zbaraniał z zaskoczenia. Po czterdziestu latach.... Nie obchodziło ich w ogóle, czy jest zdrowy, w jaki sposób je stracił, nie było mowy o żadnym egzaminie, nic.... Dwa tyg. później udał się do UM po odbiór. Ale to jeszcze nic.... Okazało się, że chciano mu wręczyć tylko prawo jazdy na samochód, a on przecież miał także i na motor. Logika nakazywałaby nie przeginać i cieszyć się tym, co ma, no bo i tak nie wsiądzie już na motor. Ale nie... Pape poszedł w zaparte. Przepraszając go najmocniej przysłali mu potem kompletne prawo jazdy do domu. Cóż jednak z tego, że je otrzymał, skoro nie mieliśmy kasy na kupno samochodu. Tuż po otrzymaniu prawka, pape natknął się przez przypadek na wymarzonego Forda na placu przed sklepem i bach, kupił go za niecałe  2000 zł. Resztę latem zeszłego roku, opisywałam na blogu. Nadal myślicie, że jedyne co jest w waszym zasięgu to tylko szczęście duchowe?


Jeśli przyjrzycie się w spokoju temu, co obecnie zaprząta uwagę wszystkich -- trudno nie nadziać się na wieści ze świata, jak i z naszego własnego podwórka -- być może dostrzeżecie, że żyjecie pod wielkim szklanym kloszem. To, co wartościowe, zostało tak skutecznie przed wami zamaskowane, iż żeby do tego dotrzeć, myślicie sobie, wpierw musielibyście rozbić głową ów niewidzialny mur. Pod kopułą tego dziwnego świata pewni ludzie, maluczcy w sumie, gdyż esencją ich życia jest wszystko to, co negatywne (tak mocno wierzą w opary absurdu, iż narzucają go bezimiennym masom), tkwią wygodnie umoszczeni w samym sercu, jak tłusty pająk w sieci, pławiąc się w pozorach kontroli. Myślą, że jak zamkną ludziom plac zabaw, to ludzie przestaną się bawić. Jak zniszczą im zabawki, to ludzie utracą pamięć dziecięcych lat a gdy uwierzą, że wszędzie poza szklanym kloszem tylko pomór i zagłada, z pewnością będą drżeli nawet w snach. Wiecie co? Ja już się nie lękam snów, bo nauczyłam się w nich budować mosty ponad rzeką paradoksów, nauczyłam się latać, choć na co dzień wszyscy mi mówią, że "świata zmienić się nie da". ;) Może i nie da się zmienić w pojedynkę.... Ale to, że światem targają wojny, nieszczęścia, ból i cierpienie, jest tworem nas samych, bo tak się bojąc, iż to się stanie, sami to do siebie ściągamy. Wszechświatem rządzą naprawdę proste prawa, choć niewzruszone, jeśli stale się o czymś myśli, bez znaczenia jest czy tego pragniecie czy wręcz przeciwnie. Strach lgnie do strachu, złość do złości, itd. Czy naprawdę muszę tłumaczyć, o czym trzeba myśleć, żeby nastały lepsze dni?


Gdzieś ponad tym wszystkim, w każdym z nas, tak jak w głównych bohaterach filmu "The City of Ember", płonie iskierka nadziei, że nie musi tak być, że nie zawsze tak było, że gdzieś, dawno temu, zgubiliśmy po drodze prawdziwe rozumienie naszego istnienia, i choć przez tysiąclecia, pojawiali się w naszym świecie ludzie, którzy znali na to odpowiedź, my -- nie mogliśmy lub nie chcieliśmy ich słuchać. Nauczono nas bać się. Każdego oddechu, każdego słowa, każdej myśli niezgodnej z odgórnie przyjętym kanonem. To właśnie po to dano nam święte zwoje, ale ci, którzy je dla nas tłumaczyli, to właśnie ci sami, którzy karmią się naszym strachem. Gdybym miała ich do czegoś przyrównać, pierwsze moje skojarzenie zawiodłoby mnie do świata przyrody. 
Mrówki są bardzo pracowitymi stworzeniami, ich światem rządzi lojalność względem wspólnoty, ale w chęci swej dominacji są tak przebiegłe, iż wykorzystują gatunki innych owadów, aby ich karmiły. Bywa tak, że gdy już podtuczą swoją trzódkę, składają w jej ciele jajeczka, tak by ich młode, mogły się żywić nieszczęsnym, nie mogącym nic na to poradzić, stworzeniem. My, ludzie, podobnie czynimy z trzodą chlewną. Zaś nas -- ogół -- pasą "Pasterze". Ludzie rzekomo światli i wszechpotężni, w istocie przykurcze ewolucji, którzy choć posiadają miliony, do dzisiaj nie znajdują szczęścia albo pojmują je na opak. Są ślepi i głusi, ale jedna cecha ich charakteru dominuje, pozwala im się panoszyć. Wyczuwają -- gdyż sami go produkują -- Wasz strach. Sycą się nim, dzięki niemu podtrzymują w sobie przekonanie, że są od Was lepsi, mądrzejsi, potężniejsi. W przyrodzie, moi drodzy Pasterze, czy tego chcecie czy nie, panuje odwieczna równowaga. Ani wy, ani nawet miliony innych bytów, nie są w stanie naruszyć tego Prawa. Skoro żywicie się strachem i negacją, tylko to i nic innego do was powróci. My zaś, ci którzy uczą się otwartości, miłości, współczucia i szczęścia, zawsze będziemy od was potężniejsi. Bo nie ma takiej czarnej nocy, aby nie przebiła się przez nią odrobina światła.
 
Wierzę gorąco, gdyż każda komórka mnie powtarza mi to dzień w dzień, że pomiędzy tym jacy jesteśmy a tym jakimi pragniemy być jest jedynie odległość między jednym punktem światła a drugim. Światłem jest nasza wolna jak ptak, myśl. Wiem jak trudno jest uwierzyć, gdy nasze życie nie jest idealne, że może być lepiej, o wiele lepiej, ale problem nie tkwi w "możliwości, potencjalności" tego aktu, ale w potędze naszej myśli. Dlaczego niby część ludzi na świecie, która naprawdę w coś wierzy, tak często doświadcza stanów uniesienia potwierdzających (według nich) słuszność ich wiary? Ponieważ mocno w to wierzą i podobnie jak z placebo to coś im się objawia. Co nie znaczy, że niewierzący tego nie doświadczają.... 

Czy marzyliście kiedykolwiek o czymś? Np. w dzieciństwie o jakiejś zabawce albo wycieczce? Jeśli mocno wierzy się w siebie i w to czego pragniemy, nie ma bata, żeby nasze życie nie zaczęło się w końcu układać. I w tym tkwi owa "odległość / dystans" między jednym punktem światła (myśli) a drugim. Pomiędzy tym wszystkim jest tylko.... Wszechświat; ale nie jako ogranicznik, ocean nie do przebycia.... O nie. Czy słyszeliście kiedyś poszum radiowy? Chyba nie sądziliście, że w kosmosie panuje cisza? A skoro my słyszymy Wszechświat..? Resztę, dopiszcie sobie sami.... Pamiętajcie tylko, że Pasterze bywają źli i dobrzy. Ale bez względu na to ile latarni na drodze waszego życia rozbiją Ci pierwsi, drudzy -- zawsze w miejsce jednej, wzniosą tysiąc. Świat nie jest bowiem taki, jak wam go prezentują, ludzie nie są ani dobrzy, ani źli z natury, są po prostu.... wystraszeni i samotni. Z tych dwóch rzeczy rodzi się jeszcze większe cierpienie i tak bez końca, chyba że.... Ktoś wreszcie -- i oby były nas miliardy -- zacznie tworzyć świat od nowa, ubierając go w dawno zapomniane szaty miłości i pokoju, bo nie ma takiej ciemności, aby nie przebiła się przez nią odrobina światła.




12 komentarze:

biedronka pisze...

Również jestem zazwyczaj nastawiona pesymistycznie do otaczającego mnie świata, ale wczoraj spotkała mnie miła niespodzianka.
Zostawiłam na poczcie rękawiczki, dotarłam do domu po 3 godzinach i dopiero wtedy zorientowałam się, że ich zapomniałam.
Te rękawiczki, były dla mnie bardzo cenne, gdyż były prezentem od kogoś bardzo ważnego.
Zadzwoniłam mocna na pocztę i okazało się, że jakiś młody chłopak przekazał je pani w okienku.
Odebrałam je jeszcze tego samego wieczora.
Może to banalny przykład, ale istnieją jeszcze dobrzy ludzie i pozytywnie, optymistyczne sytuacje :)
Przy okazji ostatnio obejrzałam filmik. Lawina uprzejmości, jakie emocje wysyłamy w świat takie najczęściej do nas wracają :)
http://www.youtube.com/watch?v=EXrzlofmkzA

Oczywiście to totalna utopia, ale czasami warto w nią wierzyć:)


Ps.
Wchodząc na twoją stronę pojawiają się u mnie na ekranie niepokojące komunikaty, że storna ta jest zawirusowana.
Nie wiem, czy tylko mi się to przydarza, ale trochę mnie to niepokoi, bo to który już raz z rzędu ;(

Patka pisze...

Myślę, że najtrudniej jest to sobie uświadomić. Ale muszę przyznać, że w sile ludzkich myśli jest coś naprawdę potężnego. Pamiętam jaka byłam zaskoczona kiedy nagle moje marzenia zaczęły się sprawdzać. A chodzi tu o to, że uwierzyłam, że to może się stać. Myślę, że jestem gdzieś na początku drogi ale zaczynam wszystko rozumieć. Naprawdę świetny tekst! Muszę tu częściej zaglądać. Pozdrawiam serdecznie :)

Barbara Silver pisze...

@ Biedronko :)

Masz więcej ciepłych myśli i uczuć w sobie niż ci się zdaje. Czy twój nick nie jest tego dowodem? Dziękuję za filmik, jest cudowny. Dopiero co włączyłam kompika i liczyłam po cichu, że ktoś mnie wprawi w zachwyt i przywoła uśmiech na mej twarzy, i ledwo o tym pomyślałam, dwie osoby, w tym ty, obdarowały mnie pięknymi obrazami i dźwiękami, za co dziękuję z całego serca.

Rozumiem, co masz na myśli z tymi pesymistycznymi myślami. Całe swoje życie taka właśnie byłam, to właśnie przez to wpakowałam się w ciężką chorobę. Sekret tkwi w tym, że dopóki karmiłam w sobie robala złości, apatii i goryczy, tak długo tylko takie emocje do mnie powracały. Drodzy ludzie nauczyli mnie patrzeć na świat inaczej. Nazywasz ten filmik Utopią, ale ja na własne oczy widziałam podobne sytuacje i staram się doświadczać ich każdego dnia. Ludzie powinni zrozumieć, że jak długo zajmują się w swym życiu tym, co złe, dołujące, jak długo skupiają się tylko na cieniu, który ich spowija, tak długo nie dają przebić się przez niego światłu. To my kształtujemy swój obraz i obraz świata. Więc jeśli tyle wokół nas niedobrych rzeczy, czas najwyższy aby ludzie zatrzymali się w miejscu i zadali sobie pytanie: Dlaczego nic z tym nie robimy? Dlaczego więcej czasu poświęcamy walce i myśleniu o złych rzeczach, zamiast skupić się tylko na tym, co dobre. Tylko wtedy dobre rzeczy zaczną się mnożyć, nie ma innej drogi, bez względu na to jak wielu ludzi uzna to za infantylne, taka jest prawda.

Co do tych dziwnych komunikatów.... Jesteś jak na razie pierwszą osobą, która zauważyła coś takiego -- dlatego zwracam się do wszystkich innych, którzy zajrzą do tych komentarzy, z pytaniem czy i u was wyświetla się podobny? Biedronko, dostaję mnóstwo spamu, to głównie przez to mam włączoną moderację. Ktoś lub coś zasypuje mnie dosłownie lawinowo spamem, ale i niegodziwymi komentarzami od czasu do czasu. Mam też wrażenie, że nie jestem sama na stronie, kiedy coś robię, kiedyś miałam włamanie na skrzynkę, ale od czasu jak zmieniłam na trudne hasło, wydaje mi się, że nikt z zewnątrz nie powinien... Ale cóż, jestem laikiem, dla wprawnych paluszków hakera, moje zabezpieczenia są pewnie śmieszne. Nic na to nie poradzę. Mam tylko nadzieję, że pozwolą mi nadal prowadzić bloga, bo nie trzeba być jasnowidzem aby się domyślić, że nie wszystkim podoba się to, co i jak piszę.
Miałam kiedyś znajomego z blogosfery, któremu stale admin robił psikusa, pokazując wszystkim w necie, że jego bloga już nie ma, a był. Może i w tym wypadku, chodzi komuś aby zniechęcić ludzi do czytania mojej strony? :?

Pozdrawiam ciepło i dziękuję za zwrócenie uwagi. :) :**

Barbara Silver pisze...

@ Patka :)

Witaj. Ludzki umysł, to potęga, ale także wielka odpowiedzialność. To działa w obydwie strony, może przysporzyć wiele radości i inspirować, ale i smucić lub nawet krzywdzić. Nie sądzę, aby dało się całkowicie zwyciężyć w sobie popęd do samo-destrukcji, pesymizmu etc, gdyż nie mamy gotowego wzorca, który wskazałby nam sposób do przezwyciężenia tego, co złe w nas samych, jestem jednak pełna wiary i optymizmu, gdyż coraz więcej ludzi zaczyna przecierać brudną taflę tego szklanego klosza, pod którym zamknięto nasze sny i ambicje. Najtrudniej pojąć, że to co do nas dociera, bez względu na to czy jest dobre, czy złe, nie jest dla nas ani karą ani nagrodą, bo dobre lub złe fluidy nie rozróżniają. Jeśli z dnia na dzień ktoś kto wczoraj był zły i postępował okrutnie zacznie czynić dobro bliźnim, dobro będzie do niego powracać, podobnie gdy dobry zacznie postępować egoistycznie, na pewno to samo wróci do niego. Właśnie dlatego nasze życie i cały świat jest taki a nie inny, to nasza zasługa, bo się nie kontrolujemy, bo łatwiej wpadać w paranoję, niechęć i egoizm, niż otworzyć się na innych.

Byłam na twojej stronie, zawsze lubiłam pomarańczowy kolor, poprawia mi nastrój, więc będę zaglądać. Dziękuję za pochwałę i zalinkowanie. :)))

Kamil Joven pisze...

Cześć Basiu :)
Dziękuję za naprawdę miłe słowa, tym bardziej cenne, że wypowiedziane, a raczej napisane klawiaturą takiej osoby jak Ty. Cieszę się, że pozytywnie przyjęłaś mój post, jak większość czytelników z resztą, bardzo mnie to cieszy, gdyż to bardzo osobisty post, który śmiało mogę nazwać katharsis. Takich wpisów pojawi się u mnie więcej, gdyż zamierzam się w taki sposób rozliczyć z przeszłością i teraźniejszością - jest tak a nie inaczej, ale to nie znaczy, że z natury jestem zły, co wspaniali rówieśnicy mi zawsze wmawiali. Wyrzucam więc to gówno z siebie i widzę, że Ty czynisz podobnie, że rzeczywiście, co swego czasu często mówiłem, jesteśmy sobie w pewien sposób bliscy. Wyrzucam wszystko, co złe, "bo nieważne jak czarna jest noc, światło zawsze się przez nią przebije." :)
Znam wspomnianą przez Ciebie depresję - aż za dobrze. Alienacja? To moje drugie imię. Paranoja, strach przed światem? Bliscy znajomi! Wiem, jak można nisko upaść. Wiem, jak straszny może wydawać się świat. Ale teraz znalazłem siebie i swoje miejsce. I wszystko jakby zniknęło. A że bardzo zainteresował mnie mechanizm mojego stoczenia się na dno za pomocą rówieśników - stąd pomysł na studiowanie psychologii klinicznej. Żeby to wszystko zrozumieć. I mam nadzieję w przyszłości uratować od tego chociaż jedną osobę taką jak ja czy Ty.
Ja, choć wierzę w przeznaczenie, nie sądzę, by wszystko aż tak dokładnie było spisane gdziekolwiek, na zwoju, w zeszycie czy papierze toaletowym. Wiem, że to my sterujemy własnym życiem - każdy ma po prostu inny start. I jak kiedyś sądziłem, że widocznie jestem skreślony w świecie i tak ma wyglądać moje życie, tak zdałem sobie później sprawę, że to pewnego rodzaju wyzwanie: "podołasz temu i staniesz się kimś czy nie podołasz i zostaniesz umazany gównem?" Wtedy zacząłem walczyć. Bo "jeśli mocno wierzy się w siebie i w to czego pragniemy, nie ma bata, żeby nasze życie nie zaczęło się w końcu układać."

Bardzo cieszy mnie, że wznowiłaś swój pomysł wydania książki, pamiętam z jaką pasją o tym kiedyś pisałaś, po czym nagle zrezygnowałaś.
Fajnie, że moje doświadczenia z emigracji w pewnym stopniu Cię wspierają w działaniach - ja osobiście trzymam za Ciebie kciuki, choć i bez tego Ci się uda. Życzę Ci z całego serca, abyś gdzieś na tym świecie znalazła swój raj, tak jak i ja znalazłem, ponieważ - może to zabrzmi nie tak jak powinno - takim ludziom jak my należy się to bardziej niż innym, tym, co wiecznie dosypują do naszych dusz gówna i błota :)

Takich postów jak poprzedni możesz się spodziewać u mnie więcej, bo mam jeszcze kilka rzeczy, które powinny zostać wyrzygane na klawiaturę ;)

Pozdrawiam :*

W. pisze...

Witaj Basiu!

Nawet nie wiesz, jak ważne jest dla mnie to, co napisałaś. Od jakiegoś czasu wiem, jak potężne potrafią być myśli. To cudowne i przerażające zarazem. Jedno jest przy tym ważne - nie można się poddawać w wysiłku, by były one dobre i pozytywne. Łatwiej jest wykopać dziurę w ziemi niż wspiąć się na powierzchnię. Ale utrzymywanie tego dobrego stanu jest trudne, bo wymaga od nas poświęcenia i zainteresowania. Szczęście nie przychodzi samo, trzeba na nie zapracować (chociaż może to brzmi banalnie). Jeśli siedzi się w domu gapiąc się w telewizor i tylko słuchając tego ... badziewia, które nam się wciska to nic dobrego z tego nie wyjdzie. Do tego dochodzi próba utrzymania się przy życiu, tym podstawowym, przecież trzeba jeść i się w coś ubrać. Jeśli ma się dzieci to ich przyszłość także chce się zabezpieczyć jak najlepiej. Człowiek w tym całym biegu nie ma nawet czasu pomyśleć, że coś jest nie tak, a potem budzi się z ręką w nocniku.

Ja też taka bywam, czasami nie chcę po prostu wierzyć, że będzie dobrze. I to jest najgorsze, co może sobie człowiek pomyśleć.

Twój wpis bardzo mnie podbudował. Bo ja mam takie prześwity, Wiesz - raz jest bardzo dobrze i wiem, że wszystko zależy ode mnie, a później dzieje się coś złego i moja wiara spada na łeb na szyję.
Można zwariować od tego, ale nie można się poddawać.

W każdym razie - wielkie dzięki za te słowa :)
Pozdrawiam serdecznie i ściskam mocno ;)

Barbara Silver pisze...

@ Kamilu :)

Dopieściłeś mnie wplecionymi z mojego tekstu cytatami, merci :* :) za co dziękuję; miło mi też słyszeć, że tak dobrze rozumiesz to, co chciałam przekazać. Ja też traktuję tego bloga jako katharsis i nawet jeśli ktoś kiedyś uzna, że mój blog nie jest poprawny politycznie i każe mi go zamknąć, co moje, zostanie w tych, którzy na różny sposób czerpią siłę z moich własnych doświadczeń.

Wszyscy zmagamy się z życiem, ono nie zawsze rozpieszcza... Niemniej odkryłam niedawno, że bez względu na to, w jakim dołku tkwimy, jak bardzo nam życie dokuczyło, w każdej chwili swego istnienia możemy tupnąć nogą i zmienić je o 180 stopni. I nie ma znaczenia, że powiedzmy nie mamy milionów, nie mieszkamy w pałacu czy nie jesteśmy znani i szanowani. Jeśli tylko uwierzymy, że możemy takimi się stać, tak będzie. Możesz mi wierzyć na słowo, bo sprawdziłam na samej sobie moc jaką daje mi mój własny umysł i pozytywne nastawienie.

Ale nie jestem jedyna, wystarczy poszukać w sieci, roi się tam od historii ludzi, którzy przeszli jeszcze większe piekło a dzisiaj żyją jak w raju, tylko dlatego, że się nie poddali.

Myślę, że podejście do życia, które zakłada, że "należy się nam to co najlepsze" jest jedynym słusznym. Naturalnie wielu zaraz się odezwie, że: "dopóki nie masz władzy, kasiory, pleców, etc, to możesz tylko pomarzyć. Ha, pewnym ludziom wydaje się, że złoto z nieba spada" -- ale przecież najwięksi ludzie z naszej historii także wychowywali się w biedzie, też zaczynali od zera. Ja wierzę, że nie ma rzeczy niemożliwych i tylko w ten sposób zamierzam do końca swoich dni postrzegać świat i ludzi. Jeśli układa się nam tutaj źle, to tylko z własnej winy, bo więcej troski przykładamy do złych rzeczy i postępowania.

Ty, Kamilu, jesteś doskonałym przykładem, że jest tak jak mówię. Uwierzyłeś, wbrew wszystkiemu i wszystkim, i co? Dzisiaj możesz być z siebie dumny. Spełniło się jedno z twoich największych marzeń, a pomyśl... Ile jeszcze może cię spotkać? Dlatego nie wolno się zatrzymywać, nie wolno też narzekać, lecz wręcz przeciwnie, każdego dnia trzeba czuć głęboką wdzięczność za to, co już mamy. Podzielę się kiedyś z wszystkimi tym, za co jestem najbardziej wdzięczna. Mało ludzi zna tę historię a jest budująca, choć szokująca. Ty także pisz co ci leży na duszy, bo to oczyszcza. Każdy z nas błądzi i upada, ale mało kto ma odwagę o tym mówić na głos, tak jakby był to powód do wstydu. I tak zatruwamy swoje życie, wymazujemy własne marzenia i ambicje, wmawiając sobie, że na coś nie zasługujemy czy że coś jest poza naszym zasięgiem. Osobiście nie uważam, żeby biały jacht na Riwierze był poza moim zasięgiem, czy pałac gdzieś w tropikach ;) Jeśli tylko tego zapragnę i uwierzę, że czeka na mnie szczęście, tak będzie.

Jeśli to coś znaczy... Wiedz, że od samego początku wierzyłam, że wszystko ci się ułoży. Ja też zdążyłam już spełnić kilka życiowych marzeń, ale nie poprzestaję na laurach, przede mną jeszcze wiele długich lat i lądów do odkrycia.

Pozdrawiam cieplutko Kamilu i życzę każdej gwiazdki, którą sobie wyśnisz :) :*

Barbara Silver pisze...

@ W. :)

"Szczęście nie przychodzi samo, trzeba na nie zapracować", to twoje słowa, z którymi tylko po części się zgadzam. Wszystko zależy od tego, co rozumiesz pod pojęciem "zapracować"?

Myślenie - samo w sobie - nic nie kosztuje. Praca w realu, podatki etc, to co innego. Ale to wyłącznie czynności mechaniczne, które można wykonywać nie myśląc o nich specjalnie. Jeśli w umyśle przestawisz się na to, co TOBIE przynosi szczęście, tzn. będziesz stale powracała myślami do tego, co cię cieszy, czego pragniesz, o czym marzysz, dzień w dzień, w końcu zobaczysz efekty. Szczerze w to wierzę.

Pomyśl tylko, czy przenoszenie się w myślach do ulubionych miejsc, wyobrażanie sobie, że to czego pragniesz już jest twoje, może cię cokolwiek kosztować? Czy to cię męczy? Ja, kiedy zamykam oczy, widzę miejsce w którym zamieszkam na stałe za nieco ponad rok i czuję się wtedy cudownie. To jest właśnie klucz do szczęścia i nie ma znaczenia, że na ten czas nie wiem jeszcze jak, ani kiedy dokładnie, ja po prostu widzę i czuję, że to osiągnę i każdego dnia kiedy wstaję z łózka czuję wielką radość, że o jeden dzień przybliżyłam się do celu.

Praca pracą, to jest coś co musimy robić, aby przeżyć, ale jeśli w wolnej chwili będziesz myśleć o tym, co pragniesz, na pewno przyjdzie do ciebie okazja i marzenie zacznie się spełniać na twoich oczach. Samą cię to zdziwi... Trzeba tylko w to wierzyć i gdy nadarzy się okazja, mocno ją chwycić, i podążyć za nią.

Kiedy przed laty widziałam ludzi biednych, ale dziwnie spokojnych i szczęśliwych, nie mogłam pojąć, z czego tak się cieszą? Dopiero dzisiaj zaczynam rozumieć, że dla każdego z nas szczęściem może być coś innego. Jeden będzie myślał o pieniądzach, inny o zdrowiu, a jeszcze inny... no właśnie. Ilu ludzi, tyle marzeń. Dzisiaj rozumiem także, że nawet głupia plazma na ścianie może być dla kogoś gwiazdką z nieba i już tego nie neguję.

Najważniejsze - tak mi się wydaje - to skupiać swoje myśli i uczucia na tym, co nas cieszy, kogo kochamy i czego pragniemy. Dobre myśli mnożą kolejne dobre rzeczy w naszym życiu, i tak bez końca, bo nawet wszechświat nie ma końca... Jedyne co "trzeba", to nasłuchiwać, wypatrywać okazji, które los sam nam podsunie, jak na tacy.... :)

Pozdrawiam ciepło, W. i dziękuję za odwiedziny. Cieszę się, że mogłam w czymkolwiek pomóc :)) :*

W. pisze...

Mówiąc o pracy, nie miałam na myśli pracy fizycznej tylko pracy nad własnymi myślami. Oczywiście mogę myśleć o tym, o czym marzę i w myślach do tego dążyć, ale prawda jest też taka, że w te myśli mogą wkraść się negatywy, coś czego nie chcę, wątpliwość czy prosty brak wiary. I czasem tego nie zauważę i idzie to jak lawina. Jeśli do tego dojdą jakiekolwiek problemy - to jest to trudne. Przynajmniej na początku, zanim w głowie wszystko się poukłada.

Mam nadzieję, że Twoje marzenie się spełni :) I z Twoim pozytywnym nastawieniem na pewno tak będzie :) Ja na razie szukam pracy i cały czas wyobrażam sobie bibliotekę, która mi się marzy, czytelników i dzieciaki, które są chodzącą wspaniałą energią (i potrafią dać w kość oczywiście :D), do tego wszystkie projekty, w które chciałabym się zaangażować. To napędza teraz moje myśli :)

Trzymaj się ciepło Basiu :)
Nie wiem, jak u Ciebie, ale w Trójmieście zimno i przydałby się teraz jakiś kominek i kubek gorącej czekolady ;)

Barbara Silver pisze...

@ W. :)

Moje marzenie to bardziej kwestia przetrwania, być albo nie być, w takim wypadku nie bardzo mam prawo myśleć o czymkolwiek innym i może dlatego jest mi łatwej skupić się tylko na tym. Ale to co napisałaś o pracy w bibliotece, znaczy właśnie to samo. Jesteś na dobrej drodze, życzę ci powodzenia.

Wiesz jak ja radzę sobie, gdy wpychają mi się do głowy złe myśli? Wówczas szybko wymieniam w duchu wszystko to, za co jestem wdzięczna losowi, za to co mam, za to kto mnie koffa, za to wszystko, co sprawia mi radość.... Zabawa z psiakiem też pomaga, bo nie ma nic lepszego niż duża dawka miłości, którą ofiarowują nam nasze pupile.
Polecam, w dobrych emocjach trzeba się rozpływać :))

Pozdrawiam ciepło :) :*

Ewa pisze...

Pozwoliłam sobie zaczekać z moim komentarzem, jako, że lubię czytać Twoje wpisy i komentarze pod nimi :()

Napiszę krótko! Ech..., życie!

Pozdrawiam wszystkich wiernych czytelników Basi, a Basię ściskam serdecznie:)))

Puella pisze...

To piękne co napisałaś i jakże prawdziwe. Wielokrotnie mogłam się przekonać na własnej skórze o prawdziwości twoich wywodów. Negatywne myślenie jak na razie nie doprowadziło mnie nigdzie, jeśli nie liczyć samotności, z której na szczęście udało mi się wyrwać. Czasami w moim życiu zdarzały się momenty, w których nie wierzyłam, że może mnie spotkać co dobrego, a jednak. Przełamałam się i teraz jest dobrze. Trochę się boję przyszłości i ten strach mnie hamuje. Trochę to irytujące, gdy twoje marzenia oddalają się z zasięgu twoich możliwości, z powodu luczków prawnych i tego typu rzeczy. Wiele razy z nich rezygnowałam w obawie, że nic z nich nie wyjdzie. W obawie przed porażką. Jednak teraz wiem, że warto jest próbować i wierzyć, a rusz się uda.
Pozdrawiam.