poniedziałek, 2 stycznia 2012

Gwiezdny pył nad Wielkim Kanionem -- 2012



Nowy rok -- szacowny pan 2012, którego już uwielbiam za mnogość dwójek -- zastał mnie, po pierwsze: daleko od domu; po drugie: na krawędzi kanionu; po trzecie i najważniejsze: z niebem tak czystym nade mną, iż nawet bez lunety mogłam dojrzeć dokładną mapę gwiazd, zamykając w dłoni ich aurę. A było na co patrzeć, moi kochani. Nie wiem jak u was, ale tam, gdzie ja byłam, niebo wydawało się znacznie bliższe i spokojniejsze niż w zatłoczonym mieście. Czy w ogóle zwróciliście uwagę na gwiazdy, które w tę szczególną noc (w Sylwestra) ustawiły się nad wami, spragnione waszej akceptacji? Z tego, co wiem, powinna być nad wami widoczna -- o ile pogoda dopisała -- cała Galaktyka Oriona (począwszy od Syriusza, kończąc na Plejadach, moich ulubionych, zaraz po Mgławicy Oriona, tzn. 7 Siostrach; podziwiam je każdego roku). Nad nami, a zatrzymaliśmy się w południowo-zachodniej części parku, tak iżby bez problemu móc dojść nad krawędź, widoczna była z kolei Wielka Niedźwiedzica. Ale jako że mnie najbardziej interesował inny gwiazdozbiór, musiałam nieco wytężyć oko. Kiedy więc wszyscy grzali zadki przed ogniskiem (w istocie sztucznie sporządzonym przez nas, przenośnym paleniskiem), śpiewając sobie sprośne piosneczki, obżerając się fast-foodem, który w zamrażarce wędruje z nami od Colorado Springs ;D, ja odszukałam siódmą czy szóstą -- nie pamiętam -- gwiazdkę --> Merak, którą otacza gazowy woal i lecąc dalej najpierw znalazłam Lwa a potem.... tadaammm...  Raka (zdjęcie "żłóbka", jak nazywali ten gw. Starożytni Grecy). Bez lunetki nie byłoby łatwo, jako że gwiazdozbiór ten znajduje się blisko księżyca na nocnym niebie, a do tego jeszcze Wenus świeciła wyjątkowo jasno tej nocy. Jeśli nie wiecie, która to, radzę odszukać bardzo jasny punkt obok księżyca, który niczym cień wędruje w ślad za nim, to właśnie Wenus. Byłam w siódmym niebie. Kiedy widzę tyle gwiazd nad sobą, nieświadomie ronię łzy, śmiejąc się co rusz do samej siebie, to znowuż wzdychając głęboko albo powtarzając w kółko: Jakie to piękne. Nie dziwcie się temu, wszak wszyscy zbudowani jesteśmy z tych samych elementów, które tworzą owe gwiazdy. Czyż nie zdarza się wam, że patrząc na nie, odczuwacie jak gdyby głęboki żal, nostalgię, za dalekim domem? Przynajmniej ja tak mam, tylko w ich obecności, nie czuję się taka obca. Tak bardzo chciałabym być tam, a nie tutaj... Móc oglądać w pełnej gamie gwiezdne fajerwerki, rodzenie się i śmierć kolosów, przemierzając nieskończony dystans kosmicznego oceanu, móc oderwać się od ziemi, od tego kruchego ciała, które nie jest w stanie przeżywać chwili tak, jak one -- nasze gwiezdne siostry.




Z drugiej strony On -- Kanion Kolorado. Jest zarazem całkowicie przeciwny naturze kosmosu, w której wszystko zdaje się takie iluzoryczne, jakby ze snu, i bliższy mu niż sądzimy. Miliony lat zamkniętych w kamieniu, namacalny dowód na to, jak niezliczoną ilość epok zajęło życiu uformowanie się na tej planecie. Czas uwięziony w pigułce i podany jak na dłoni, ale w jaki sposób, moi drodzy. Nie jestem w stanie na dzień dzisiejszy wyrazić swoich odczuć, gdy nań patrzę. Z zapartym tchem chłonę widoki wokół jak gąbka, mając tylko nadzieję, że przez wiele kolejnych dni, tygodni, miesięcy a może i lat, będzie mi się śnić to miejsce, wyławiając z pamięci wszystko to, o czym dzisiaj z nadmiaru wrażeń mówić nie potrafię. Powiem wam tylko jedno, że im dłużej nad tym wszystkim myślę, im więcej dowiaduję się nowych rzeczy, czy też słucham starych opowieści, tylko mocniej wzrastam w siłę, poczucie wyjątkowości, i wiem już, że to wszystko, co przytrafiało mi się dotychczas było mi potrzebne, naprawdę... Gdyby nie wewnętrzna walka, choroba, nie ten strach i poniżenie, które nosiłam w sobie od zawsze, nie potrafiąc doszukać się przyczyny, a przy tym, gdyby nie ów nadludzki wysiłek, aby wszystko, co stare -- zresetować, nie byłoby mnie dzisiaj tutaj. Teraz już wiem, że można w życiu popełniać błędy, ponosić porażki, w samym błądzeniu nie ma nic złego. Jedno tylko jest ważne, abyśmy nigdy, bez względu na to, jak słuszna nam się wydaje ścieżka po której idziemy, nie wciągali za sobą innych do naszej subiektywnej odysei, bo i tak nikt nigdy nie pojmie jej natury. Jesteśmy różni jak woda i ogień, ziemia i powietrze. Każdy z nas idzie własną ścieżką... Każdy jest jedyny w swoim rodzaju i do wszystkiego powinien dojść o własnych siłach. Łączy nas tylko jedno: Wszyscy składamy się z tego samego gwiezdnego pyłu, który uformował cały Wszechświat. A więc to nie prawda, że to tutaj musi być koniecznie naszym domem. Ja się nie czuję jak u siebie, nie zamierzam ukrywać, że patrząc w gwiazdy tęsknię choć nie znam do końca natury tego smutku. Miejsca takie jak Kanion Kolorado są jednak dla mnie pocieszeniem. Z dala od tłumów (choć i tutaj kręcą się ludzie), sam na sam z przeszłością, śmiało patrząc w przyszłość, stoję dokładnie pośrodku czasu, z tymże po raz pierwszy w życiu, nie walczę z tym, co było, lecz to zgłębiam jak wygłodniały wiedzy akolita. Jestem o krok od czegoś ważnego, ale już się nie boję.


Ale cofnijmy się troszkę w czasie... Do -- 24.12.  Postanowiłam, że to będzie ostatni wpis z cyklu "Denver w stanie Kolorado". Kolejne fragmenty podróży wplotę od czasu, do czasu na blogu, ale to już po powrocie. Wybaczcie mi, ale jakoś nie przywykłam do pisania z dala od domu, tak więc nawet nie będę próbować. Jako że w Ameryce święta tak naprawdę rozpoczynają się dopiero 25.12, po całodziennym szwendaniu się po mieście, mogliśmy odłożyć wizytę na dzień kolejny. Nie chciałam wyjeżdżać z Denver bez zobaczenia dwóch konkretnych miejsc. Jedno znałam z internetu, drugie z opowieści. Pierwsze, odnosi się do początków naszego rodzaju, jak i do szeroko pojętej "przeszłości"; drugie -- to miejsce wyższej kultury, które przetrwa wszystko, nawet takie twory-potwory jak: Lady Gaga czy Justin Bieber ;D

Praocean -- miejsce narodzin życia?
Ciekawe czy żyły "przed" czy "w"... Raju ;D
Mamma mia... Tak skończą wszystkie modelki  O_o
I dlatego jestem "jaroszem"  X,D
Muzeum Nauki i Przyrody w Denver jest centrum edukacyjnym całego regionu Gór Skalistych, ale jak okazało się w środku (czego też spodziewałam się od początku, zapoznana przez E. o rodzaju znajdujących się w nim ekspozycji), muzeum to posiada szeroką ofertę zarówno w zakresie historii naturalnej Kolorado, ale również całego świata, jak i dział pt: Kosmos. Jest to zarazem niezależny ośrodek badawczy i rozrywkowy dla wszystkich pokoleń, w którym naprawdę można się pogubić, jeśli nie ma się wytyczonego z góry szlaku.

video

Od działu z egipskimi mumiami, poprzez dział, w którym można było podejrzeć przy pracy naukowców i dowiedzieć się o tym, jak nasze własne ciało adaptowało się przez tysiące lat i nadal tak czyni, do zmiennych warunków na świecie; potem do paleontologicznego v. geologicznego (podróż poprzez prehistorię, we wszystkich jej wspaniałych odsłonach, czyli minerały, różnego rodzaju skamieliny, aż do... słynnego T-Rexa. A na samym końcu to, co Szmimi koffa najbardziej, czyli "Kosmiczna Odyseja", należące do muzeum planetarium. Jak się pewnie domyślacie, to właśnie te działy interesowały mnie najbardziej. Od razu więc spieszę wytłumaczyć, co poniektórym, że kiedy już raz człowiek otworzy się na wiedzę, zacznie czytać, a potem na własne oczy odkrywać relikty przeszłości, wówczas z każdym kolejnym zbiorem wiedza ta nabiera jeszcze większego znaczenia. Zarówno w Polsce, jak i w każdym muzeum historii naturalnej na świecie, nie tylko tym tutaj, można na własne oczy zobaczyć a niekiedy i dotknąć setek, tysięcy eksponatów, które zebrane w różnych miejscach naszego globu, są prawdziwym świadectwem tego, o czym jeszcze wielu ludzi nie wie. Więc jeśli ktoś zadaje pytania tego pokroju: A gdzie są dowody na tę całą "ewolucję"? powiem mu lub jej, no cóż... Widać, że nie był dotąd w żadnym muzeum historii naturalnej czy laboratorium, ani też nie szukał na własną rękę odpowiedzi. Jestem o tym przekonana, bo ze wstydem, uczę się jak małe dziecko wszystkiego od podstaw i jest mi nie raz głupio, że kiedyś z tego się śmiałam. Tak wiele znalezisk... Kurczątko, one mogą nam powiedzieć bardzo wiele o losie naszej planety i nas samych, odpowiedzi istnieją, ale cóż poradzić, kiedy z przyzwyczajenia, tresury etc. odwracamy głowę w inną stronę?


Adam?  Ewa?? Cholewka wie... Ważne: Ile to to ma lat.
Można się było poczuć jak w Jurassic Park  O_O
I na koniec pewne miejsce, które musiałam zobaczyć, choć przez chwilę, gdyż słyszałam o nim same achy i ochy, a mianowicie: Ellie Caulkins Opera House. Pomimo, że otworzono ją dla melomanów dopiero w 2005 roku, szybko stała się częścią dużego kompleksu artystycznego w Kolorado. Jej nazwa pochodzi od nazwiska pewnego zamożnego rodu -- Caulkinsów, którzy -- jeśli wierzyć plotkom -- od tak sypnęli z kieszeni niemal 10 milionów na jej zbudowanie. Opera mieści się w masywnym budynku à la dziewiętnastowieczne wille-rezydencje łódzkich potentatów włókienniczych (jeśli oglądaliście "Ziemię Obiecaną" z Sewerynem i Olbrychskim, na pewno będziecie wiedzieli o czym mowa) przy ulicy Champa. Jej piaskowy kolor oraz podpadające pod orient wykończenia, mogą budzić w gościach sentyment za stylem wiktoriańskim, ale ledwo się wejdzie do środka, uderzają nas w oczy nowoczesne, choć bardzo piękne przestrzenie, głównie w jasnych, tchnących świeżością i energią życiową, kolorach. Jednym słowem: ambrozja dla oczu. Jako że nie było czasu, musieliśmy się ograniczyć wyłącznie do zwiedzania hallu. Dlatego też zdjęcia poniżej pochodzą z sieci. Ponoć niedawno występował na tej scenie także znany amerykański komik, aktor i prowadzący tv-show, Jay Leno (którego oglądałam przez wiele lat na NBC).



Prawda, że piękne? Połączenie klasyki z nowoczesnością :)
I na tym w zasadzie zakończyła się moja wizyta w Denver. Żałuję, że nie było mi dane obejrzeć jakiejś opery, przykładowo: Jezioro Łabędzie, ale cóż, mieliśmy sztywny grafik. Przed kolejnym dniem, musieliśmy jeszcze zrobić spore zapasy jedzenia na trwającą tydzień podróż na południowy-zachód. Jako że w samym Denver ceny były wygórowane z myślą o świętach, postanowiliśmy zrobić zakupy w Colorado Springs (poniżej), jakąś godzinkę drogi od Denver. 



Za jakąś godzinkę, dwie, wybieramy się na Skywalk i jestem cała w nerwach. Pomimo iż koffam otwarte przestrzenie, to jednak świadomość stania nad półtorakilometrową przepaścią, widząc jej dno pod swymi stopami, raczej średnio mi się uśmiecha. W dodatku E. ciągle się śmieje, że to dlatego nie pozwalają wnosić na platformę widokową aparatów i innych ciężkich sprzętów, co by szkiełko nie pękło, a nie iż boją się, że się szkiełko porysuje :C I jak tu nie stchórzyć?? Ale postaram się być dzielna, w końcu ile razy w życiu ma się okazję sterczeć "nad" a nie na dnie?, Kanionu Kolorado?? Później czeka nas dwu (plus/minus) godzinna podróż do Las Vegas (ale szczerze uprzedzam, nie jestem pewna, czy zdecyduję się na lot helikopterem). Wprawdzie to tylko godzinka lotu nad Kanionem, ale potrzebuję wypocząć przed powrotem do pl-świrlandii. Także jeszcze nie podjęłam ostatecznej decyzji. Zobaczy się w praniu. Na koniec podrzucam dwa filmiki z sieci, jeden opisuje zwięźle Muzeum (w.w), drugi to muzyczna retrospekcja wokół sceny opery z Denver. Next time odezwę się dopiero po powrocie. Miłego oglądania i słuchania :))


8 komentarze:

nutta pisze...

W raju wszystkie drapieżniki były łagodne jak baranki. I to odwieczne pytanie nacjonalistów i szowinistów: Jakiej narodowości byli Adam i Ewa?

Niesamowite widoki, przestrzeń i kruchość człowieka.
Opera rzeczywiście interesująco zaprojektowana.
Pozdrawiam:)

Ewa pisze...

Lot helikopterem koniecznie! To dopiero będą wrażenia, nie powiesz mi, że się boisz. Przejechałaś taki kawał drogi i nie nie zobaczysz tego cudu natury z góry ?!
Pozdrawiam i jak zwykle emocjonujących przygód życzę :)))

IwoX pisze...

Witaj Basiu,
Cudownie czyta się Twoje posty z podróży:)Kiedy patrzę w gwiazdy, które po prostu uwielbiam, czuję to, o czym piszesz - nostalgię, tęsknotę, pragnienie bycia gdzieś tam, daleko w przestrzeniach... Mam świadomość tego, że w kosmosie toczy się niesamowite życie gwiazd, życie świata, którego jesteśmy maleńką częścią, ale nierozerwalnie z nim związaną. Cieszę się, że Twój rok 2012 rozpoczął się tak niesamowicie i mam nadzieję, że wszystkie jego miesiące przyniosą Ci wiele niezwykłych chwil.
Pozdrowienia serdeczne, z ciągle nie zimowej Polski:)

beatrix73 pisze...

Z zazdrością (ale taką dozwoloną) czytam o Twoich wrażeniach i z zachwytem oglądam zdjęcia - żywcem jak z amerykańskich filmów wycięte. A Ty to wszystko widzisz - niesamowite. Czekam na więcej....
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

Dobrochna pisze...

Raj to dla mnie życie bez strachu.Wierzę,że jesteś w raju, Basiu.I ładujesz akumulatory.Wiedza,dobroć, odważny wysiłek- to niemal ideał( za Bertrandem Russellem), a Kolorado....da się wyrazić magię?!Serdeczności.

Olga83 pisze...

Raz jeden byłam w muzeum hist. naturalnej, ale we Francji. Jakoś nie ciekawi mnie ten przedział historii, jak już to przy okazji spaceru po większym muzeum, jako pewnego rodzaju mała, przechodnia ekspozycja. Ale to opisane przez ciebie z planetarium dodatkowo zrobiło na mnie wrażenie, bo ostatni raz widziałam gwiazdy w takiej ilości jeszcze w Polsce w planetarium. Opera wspaniała, słyszałam o niej, tak się składa. Zdarza mi się szyć ciuchy także i na takie występy. Poza jazzem kocham też muzykę klasyczną. :)
Naprawdę wspaniała podróż, Basiu. Sama chciałabym kiedyś zobaczyć Kanion.
Pozdrawiam i całuję serdecznie :*

Kamil Joven pisze...

To mnie nie ma zaledwie pięć tygodni, a ta już za ocean ucieka! :D Jestem oszołomiony Twoimi postami, zaraz będę się w nich zagłębiał, jak na razie próbuję ogarnąć skalę tego szaleństwa, lubię takie akcje jak ta, którą podjęłaś Ty ;)
Sam planuję w tym roku przejść przez dwa kraje, na co wyznaczę sobie przynajmniej miesiąc wakacji. Co z pracą? Jak będzie trzeba - rzucę. Nie, żebym uciekał z Hiszpanii. Pracę znajdę nową. Ale żaden obowiązek nie stanie mi na drodze do marzeń, odkrywania świata i tym samym samego siebie. Oby tylko wyszło wszystko dobrze, bo ostatnio borykam się ze zdrowiem, na szczęście hiszpańska służba zdrowia mimo kryzysu jest miliardy razy lepsza od polskiej i jedyna moja rola w tym wszystkim to leżeć, a oni biegają wokół mnie w jednoosobowej sali podobnej do pokoju hotelowego i nie wyszczuplają z tej okazji mojego portfela. Ot, kraj "w kryzysie"! :)

W każdym razie, zazdroszczę podróży, zaraz zabieram się do lektury :)

Ewa pisze...

@ Kamil Joven
ZDROWIA, ZDROWIA i jeszcze raz ZDROWIA :)
I niech żadna siła nie przeszkodzi Ci w realizacji Twoich zamierzeń podróżniczych !!!

Z całego serca życzę Ci tego :)))