sobota, 14 stycznia 2012

Sarah Silverman -- Aby jednym słowem podpalić cały świat.



Obudziłam się dzisiaj w paskudnym nastroju. Nie żeby złapał mnie SSP*, po prostu miałam ochotę komuś nakopać. Nie wiem... Może znacie to uczucie, kiedy ani podwójna dawka magnezu, ani kubek gorącej czekolady, ani ulubiony kawałek w radio... nie działa. No po prostu nie działa, ma się ochotę cisnąć glanem przez okno, dyndając spokojnie na to, że okno zamknięte na cztery spusty. I ten śnieg... Czy prosił kto o niego? W końcu nie po to wyemigrowałam na północ kraju, ażeby za oknem, w mym cudownym, choć zdechłym różanym ogrodzie, piętrzyły się Himalaje. W dodatku im więcej myślę o mojej niedawnej wycieczce i im dłużej z tej perspektywy przyglądam się gnojowisku, w którym żyję, bo inaczej tego nazwać się nie da, tylko doły, wieczne gęganie i sranie wokół ogona głupiego ludu, zupełnie jak w cud-miód PRL-u, tym coraz bardziej się ze mnie kopci. Ano tak, bo coraz większa we mnie rośnie ochota aby się urżnąć najtańszego bimbru, popalając jointa. Aż mnie skręca żeby komuś dowalić, tyle że za zimno, aby dupę z chaty wychylić, jeszcze mi życie nie zbrzydło.

Jestem wściekła tak bez powodu i z powodu tego, że tylko ja jedna zdaje się mieć ochotę coś rozp($%^&) ale jak na ironię nie mam do tego możliwości. Chcąc więc przetrwać jakoś tę moją przedmiesiączkową histerię, nie czyniąc przy tym w okolicy spustoszenia, wpadłam na pomysł aby w ramach "wentylu bezpieczeństwa" napisać parę słów o jednej z moich ulubionych amerykańskich komediantek, performerek występujących solo. Tak, tak, koffani.... W Stanach, bez względu na to czy wam się to uśmiecha czy nie, ludzie doświadczają prawdziwego kabaretu. W Polsce wystarczy pierdnąć a ludzie padają jak śledzie, nie mając nawet pojęcia, że śmieją się sami z siebie; śmiech ten jest podszyty żałością, rozpaczą, bo kiedy wracacie z kabaretów do domu, jedyne co możecie stwierdzić na marginesie, że kompletnie nic nie pamiętacie. Mózgi wyprane, dosłownie, jak i portfele, rundka z browarem zaliczona, poducha czy materac -- w zależności od przeżytych wspólnie lat -- wytarmoszony przy tanim pornosie ściągniętym z netu, i w s i o ... Viva, la Pologne

Słowa pewnej piosenki, tak przeraźliwie, so true...

Z "twórczością" Sary zapoznałam się jakiś czas temu, jeszcze na studiach, ale apogeum przypadło dwa lata temu. Po raz nie wiem który muszę rzec, że ona i ja, mamy ze sobą parę wspólnych cech, czy też życiowych doświadczeń. Uprzedzając domysły, nie mam na myśli gry w kabarecie, jedynie pewne szczegóły z życiorysu (Tutaj -- biografia w filmowym skrócie), które -- kiedy na nią patrzę -- zdają mi się podobne. Kluczem jednak do zrozumienia tej dziwnej relacji jest to, że jesteśmy w istocie całkowicie od siebie różne. Wiem, że to poplątane, ale podobnie jak z pewną znajomą ze studiów, która de facto również bawiła się w kabaret, przeszłyśmy swego czasu podobny rozgardiasz emocjonalny. Sarah miała o tyle szczęście, że otaczała ją koffająca rodzina, ja byłam sama. Nie próbuję się usprawiedliwiać, o co to, to nie. Kiedy kąsam, kąsam jak najbardziej świadomie. Wciąż jednak daleko mi do tej swobody,  którą ma Sarah. Ona jest lekiem na całe zło, jakie tzw. "poprawność polityczna" wyrządziła Ameryce i czyni także z naszym "poletkiem". Gdyby tylko społeczeństwo tego kraju otworzyło oczy. 
Oskarża się ją o rasizm, okrucieństwo a równie często o małostkowość i naiwność. Tymczasem nie dostrzegłam u niej ani cienia tych cech. Po prostu Sarah przeciera swoim słowem-żartem zabrudzone do granic możliwości partie konwenansów, czyniąc rzeczywistość bardziej klarowną, bez udawania, markowania, małpowania i pieszczenia się; usiłuje to krzywe zwierciadło swojego kraju ustawić z powrotem pod właściwym kątem. A nie jest to łatwe... Ilekroć bowiem spróbuje się powiedzieć ludziom: Hej, wasz system jest do bani, coś w nim kuleje, zgrywacie porządnych obywateli, ale jedyne co u was działa to: śmierć (polecam filmik) i podatki -- tylekroć "kończy się wasza kariera".

Kolejną ważną zaletą Sary jest to, że potrafi na głos mówić o rzeczach, które nam -- kobietom -- w dzisiejszym świecie, bez względu na tzw. "zakłamany stopień wyzwolenia" nie przystoi mówić. A więc... Nie wolno nam mówić, jak jest nam dobrze lub niedobrze i nie chodzi mi o seks oralny czy analny, ale o najprostsze rzeczy, jak np. że zbiera się nam na rzygi na widok buraczanych-rudych mord polityków, które szczerzą się jadem z zawidzianych w przelocie w supermarkecie ekranów plazmówek; albo że dynda nam co sobie pomyślą sąsiedzi na wieść że tuż przed lub po 30-ce jeszcze nie mamy chopa na stałe, albo że nie-święcimy jajek, bo wbrew obiegowej opinii, nie każdemu jajka kojarzą się z kurą, skoro nie jada drobiu a w domu trzyma jedynie psa o_O

Niektórych pewnie to zdziwi, ale jak dla mnie nie ma w tym żadnej pozy. Miałam pecha wychować się w domu, w którym nawet słowo "dupa" nie było mile widziane. Filmy o nieco pikantniejszym poczuciu humoru zawsze lądowały na cenzurowanym, znajomi o nieodpowiednim tonie czy wymowie, lądowali zwykle na śmietniku. Nauczyłam się pogardzać wszystkim co zdrożne, przez co do dzisiaj skręca mnie dosłownie, gdy biorę do ręki książkę, w której autor sobie używa. Nie twierdzę jednak, że w książkach winny być wulgaryzmy, chodzi mi o to, że mnie osobiście wychowano w bardzo, ale to bardzo sterylnym środowisku, przez co moje "moralne" oceny różnych dziedzin mogą być nie raz przesadzone, najczęściej zaś capią Domestosem. 


Od kilku lat, walcząc z tym purytanizmem w sobie, wyłącznie dla równowagi, zasłuchuje się w skeczach Sary, ale nie tylko, i wiecie co? Pomaga. W takich momentach jak ten dzisiaj, kiedy ledwo wstałam z łóżka miałam ochotę rozpierdolić pół świata na cztery, równe połówki a potem po kolei przemielić je w Czarnej Dziurze, chociaż na chwilę popuszczam pary. Krytycy Sary -- a ma ich wielu w Stanach -- mogą zarzucać jej co chcą, ale czynią tak wyłącznie dlatego, że zderzają się z jej argumentami, które nie są wyssane z palca. Nie są wszak aniołkami chociaż zgrywają coś przeciwnego; Sarah mówi im o ich chamstwie podszytym political correctness, mówi im o braku uczuć i przyzwoleniu na wchodzenie pewnych grup w dupę innym, bo tak akurat widzi się władzy; jest w stanie powiedzieć do słuchu zarówno tym, którzy negują Holocaust jak i samym Żydom, którzy pomimo iż pieją o odszkodowania za śmierć krewnych w IIWŚ, to jednak nie przeszkadza im, że jeżdżą Mercem czy BMV... Nie unika nawet tematów religijnych, ale nie po to, aby dokopać komukolwiek bo sama pochodzi z mieszanego związku: żydowsko-katolickiego X,D (skąd ja znam ten burdel?), ale właśnie po to, aby pod płaszczem moralności, odmienności, wzajemnego poszanowania, nie kopać poszanowania do wolności tych, którzy w tym cyrku brać udziału nie chcą.


Świat, w którym żyjemy jest porąbanym miejscem, czasami tak go nienawidzę, że aż przykro. Ale im większy jest nasz stopień zdenerwowania, tym większa wina tych, którzy ów stan sztucznie podkręcają. Nie dajcie się zatem zwieść, ani pustym głowom po drugiej stronie ekranu, ani tym na ambonach, nie wierzcie w teorie spiskowe ani w UFO, które ma baze w księżycu i wkrótce nas wysadzi w powietrze jak w Star Wars -- chyba że wszyscy wokół was zaczną zdychać jak muchy, wtedy będziecie mieli potwierdzenie -- Yes, indeed, this fucking World Ends; nie wierzcie strachom, kryzysom i inszym pitu-pitu, które tworzą jajogłowi wyłącznie po to, abyście rano bali się wyjść z domu; nie bójcie się w końcu mówić na głos, że coś jest do bani, że macie ich gdzieś, że rozpierdzielicie ten kram, zamiast przepraszać ze wstydem, że unieśliście się gniewem ("za przeproszeniem"). Nie bójcie się krzyczeć i wychodzić na ulice, nie bójcie się mówić chamskim ludziom prosto w twarz, że nimi gardzicie; nie zasłaniajcie oczu kiedy dzieje się źle, ale zakasujcie rękawy, bo wierzcie mi, tam gdzie żyjecie może być już tylko gorzej. Chyba że sami coś zmienicie... Nie bójcie się mówić że kochacie, nawet jeśli koffacie na opak; nie bójcie się domagać kary, chociaż zaklejają wam usta i każą iść w marszach milczenia. Kiedy rano wstaniecie z totalnym kurwiszonem na łbie i w środku, nie bójcie się coś zniszczyć, choćby to był ulubiony kubek po kawie albo proteza babci, bo jak długo żyjecie w tym popieprzonym świecie, gdzie każe się wam "łagodnieć" podczas gdy władni dymają wszystko co się rusza, ledwo się coś schyli; tak długo w tym bagnie nigdy się nic nie zmieni.

Chciałabym powiedzieć, że po napisaniu tego postu choć trochę mi ulżyło, ale nie zamierzam nikogo zwodzić. Połykajcie więcej pigułek, które wam polecają w reklamach a zobaczymy czyja potencja padnie na ryj do następnych świąt. Jestem tak samo wściekła jak byłam rano, ale wiem już, że problem tkwi we mnie a nie w tym, że żyję na buraczanym polu. Może jak zacznę na stałe pisać od prawej do lewej, jeśli przestanę być tak przeraźliwie wstrzemięźliwa, jeśli nauczę się mówić głośno i wyraźnie, zamiast co rusz kasować własne, pod wpływem emocji wyrzucone słowa, nie będę budzić się rano ze zgrzytem emocjonalnym na końcu języka? Wierzcie mi, gdyby wściekłość mogła wyzwolić orgazm z pewnością osiągnęłabym go w jednej minucie pięć razy. 

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że gdy próbuję ukoić swój wewn. gniew poczuciem humoru Sary -- TUTAJ macie próbkę -- niemal non stop widzę przed oczami pewien film z dziecięcych lat, nazywał się: "My Girl" ("Moja dziewczyna", 1991r.). Pamięta go ktoś? Z cudowną Anną Chlumsky i Macaulay'em Culkinem (słynny Kevin Sam w domu)... No więc ilekroć dopada mnie taki stan, jak obecnie, i ratuję się czy to skeczami Sary czy Billa Hicksa sprzed lat, tylekroć widzę ten film. Widzę małą Vadę, która odreagowując to, że nikt jej nie dostrzega, swój smutek, samotność, energię która ją rozsadzała, co rusz próbowała wprawić dorosłych (zwłaszcza ojca) w zapaść ze wstydu, konfabulując różne choroby... jak np. raka prostaty.

U Sary mamy do czynienia ze świadomym igraniem z ogniem za pomocą słów, który z kolei ja -- noszę w sobie a jak na razie nie ma on ujścia. Czasami się boję, że w przeciwieństwie do Sary, zamienię się w potwora, który wyszarpie komuś serce. Nie żebym tego chciała, nie żebym czerpała z tego przyjemność... no, może tak troszeczkę, ale po to wyłącznie żeby choć raz ktoś zauważył, że można chcieć więcej: Że ja -- do zdechłej szczoty -- chcę więcej. Bo wiem -- że mogę. Wkurwia mnie tylko fakt, że ilekroć przecieram tą szczotą zakurzoną przez lata szybę percepcji, od razu wyskakuje jak Filip z konopii jakiś cieć jeden z drugim, co by urobić mnie na swoją modłę; podobnież też wkurza mnie, że wciąż słyszę z ust bliskiej osoby, że coś jest poza moim zasięgiem -- chociaż kanion też miał być poza zasięgiem, a okazał się jedynie przecinkiem pośrodku dupy, którą mam ochotę powtarzać w kółko ledwo wróciłam do domu. Czy uwierzyłby mi gdybym powiedziała mu, że za rok niespełna już mnie tu nie będzie?
Nie wiem jak wy, ale ja mam ochotę krzyczeć a rozwalanie pustych butelek o przejeżdżający skład pociągu już mnie nie bawi....

Inne ciekawe filmy na moim profilu you tube



11 komentarze:

Dabarai pisze...

Mó Ulubiony Anglik BAARDZO tą paniąlubi, poleca też jej autobiografię "the Bedwetter", niestety, na razie przeczytaną w połowie. Jeśli chodzi o mnie to nie moje to klimaty, chociaż kilka razy jej skecze mnie rozśmieszyły. Ale za to mam ostatnio BZIKA na punkcie stand up comedy i oglądam nałogowo moich ulubionych comediants i comediennes - polecam Johna Bishopa i Sarę Millican. A niektóre polskie skecze przestały mnie śmieszyć jakiś czas temu, bo zabrakło mi kontekstu. Straszne. :)

Pozdrawiam!

Ewa pisze...

Basiu,
Umierałam z ciekawości i zajrzałam do Ciebie tak szybko, bez towarzyszącej mi zazwyczaj kontemplacji tematu...
Jutro wpadnę tu na dłużej, i na spokojnie przeczytam Twój wpis.
Mnie jet lag trzymał około miesiąca...
Buziaki przesyłam:)))

biedronka pisze...

Uwielbiam do Ciebie zaglądać!
Warto zmieniać świat w którym żyjemy.
Nie wiem jakiej muzyki słuchasz, ale zachęcam Cię do przesłuchania tego kawałka.
L.u.c jest jednym z tych polskich artystów, który nie dość, że jest niezwykle kreatywnym mężczyzną to jeszcze pokazuję nam, że nie musimy zgadzać się na syf!
http://www.youtube.com/watch?v=mt0hI0InPEY

Jego planeta Luc jest miejscem do którego Cię zapraszam.
Ja tam jestem już dość długo i chyba tylko dlatego jakoś ogarniam :)
Pozdrawiam :)

biedronka pisze...

http://www.youtube.com/watch?v=82uNhXRMzxA&feature=player_embedded

beatrix73 pisze...

Dobrze się czasami tak wyżyć - ja jestem kompletnym niewypałem jeśli o to chodzi. :(
Ale to że świat jest porąbany to prawda - i ja też go czasami nienawidzę - a najgorsze jest dla mnie udawanie. Ciągle trzeba udawać, żeby jakoś się wpasować....

Pozdrawiam, jak czytałam to, co napisałaś, to aż Cię słyszałam.... I nie dziwię się wkurzeniu - dobrze, że jesteś, jak trzeba to się wkurzaj... Ściskam. ;)

Barbara Silver pisze...

@ Dabarai :)

W Polsce nie ma kabaretów... Kiedyś sądziłam, że Mumio coś znaczą, ale od czasu jak poszli na komerchę, aż przykro. Dobrze że od ponad roku nie mam tv, przynajmniej nie muszę się wkurzać. Sarah ma specyficzne poczucie humoru, takie które parzy, jeśli wymienione przez nią słabostki ma się na sumieniu a wiadomo, każdy z nas ma... Ja ją jednak uwielbiam, ma wrodzony talent. Jeszcze nie miałam okazji przeczytać jej książki, ale jak uda mi się ją gdzieś dostać, na pewno to zrobię. Dzięki za polecenie nowych twarzy do obejrzenia. Poszukam i sprawdzę :)

Pozdrawiam serdecznie :)

Barbara Silver pisze...

@ Ewo :)

Witaj i wybacz, że zaniedbuję twojego bloga ale na usprawiedliwienie powiem, że mam zaległości dosłownie wszędzie. Za to spieszę z info, że swój głos na ciebie oddałam i życzę powodzenia w konkursie. :) :** Pozdrawiam :)

Barbara Silver pisze...

@ Biedronka ;)

Niestety muszę być z tobą szczera, nie przepadam za taką muzyką. Kwestia gustów. Ale jakiej słucham możesz znaleźć w opisie mojego profilu, w sekcji "Autor" z górnej-prawej str. bloga.

"Syf", moja droga, jaki mamy w tym smutnym kraju jakim jest PL można różnie rozpatrywać, ale bez względu na stopień degrengolady, jak długo społeczeństwo tego zadupia wszechświata będzie znosić kłamstwa i złodziejstwo i nie rozpie... tego cyrku, tak długo będę miała o nim jak najgorsze zdanie. Wstyd mi, że tutaj mieszkam, nie zwg. na to kto rządzi, bo to kwestia sprawnego oszustwa i tyle, ale wstyd mi za to, że oszust dochodzi do władzy, oszustwo jest wszędzie wokół a polskie bydełko tylko barszcz i trawę wpieprza i dynda na to. Naprawdę nie wiem jak już nazywać ten naród, samo określenie: buraki -- to za mało. Dlaczego? Why, Oh, Why? Nie potrafią Polacy wziąć przykładu z Grecji? Z Węgier czy -- moje ulubione -- z Rumunii??

Mimo wszystko dziękuję, że podzieliłaś się ze mną tymi linkami. Chociaż nie słucham tego rodzaju muzyki, to jednak cieszę się że miałam okazję w ogóle usłyszeć o tym panu. A co do filmiku drugiego... Smutne, ale wszystko co mówił R.P już się sprawdza, na naszych oczach. :( A to przecież dopiero początek roku. Jak długo ktoś nie usunie od władzy zdrajcę Obamę, tak długo Ameryka będzie się staczać. Na co ci ludzie jeszcze czekają?

Pozdrawiam :)

Barbara Silver pisze...

@ Beatrix73 :)

Moja nerwica trwa nieprzerwanie odkąd musiałam wrócić do PL. Nie ma nic gorszego, dla w miarę normalnego, wolnego, inteligentnego człowieka, rezygnować z "normalności" na rzecz karykatury wolności i demokracji. To tak jak z powietrzem, jadąc na prowincję czujemy się wspaniale, wracając do miasta od razu astma.

Pozdrawiam serdecznie :)

Ewa pisze...

Na tej stronie jestem już czwarty raz i za każdym razem coś mi przeszkadza w napisaniu komentarza:(
Najpierw chcę Ci podziękować za głos w konkursie na bloga roku, do którego zgłosiłam się w ostatniej chwili i już po kilku dniach wyrobiłam sobie opinię na temat tego przedsięwzięcia. Ale o tym nie będę się rozpisywać, bo nie temat.
Jedyne , co mnie cieszy w tym wszystkim, to miłe maile od osób, które chętnie go czytają. Reszta jest mniej ważna.

Natomiast "Aby jednym słowem podpalić świat" rozwaliło mnie całkowicie. Ten tekst jest lepszy niż niejeden kabaret. Dałabym wiele, żeby zobaczyć Ciebie z glanem w ręce, albo jointem i szklaneczką bimbru w drugiej, ciskającej dziarsko przekleństwami.
I wiedz, że z dziką rozkoszą dołączyłabym do tego przedstawienia.

Na kabarety nie chodzę, bo za darmo życie funduje nam takowy.
Mam nad Tobą przewagę. Jaką? A no taką, że na pewne nieprawidłowości się uodporniłam przeżywszy ponad pół wieku. Teraz patrzę jak mój syn się męczy i nieraz chciałabym, żeby sobie ulżył słownie...

Głupota ludzka nie ma granic do tego stopnia, że nie jesteś w stanie z nią walczyć, bo jest tak głupia, że niczego nie zrozumie, i w jeszcze większą głupotę i samouwielbienie popada.

Zdążyłaś już poznać życie, więc przykładów głupoty nie będę przytaczać.

Ale za to przyciskam Cię mocno do mojego serca :)))

Barbara Silver pisze...

@ Ewo ;)

Oj masz nade mną przewagę... Przeżyłaś o wiele więcej lat, ale tylko fizycznie... Ja coraz częściej czuję, że mam starą duszę lub jak mawiałyśmy z kumpelami na studiach, "starą dupę", przez co kiedy się złoszczę, złoszczę się nie na samą głupotę, bo to jedyna rzecz na świecie, która się nie zmienia, ale na "tchórzostwo", które wręcz przeciwnie, pogłębia się z roku na rok.

Pozdrawiam i dzięki za ciepłe słowo, Ewuniu. Trzymaj się i powodzenia raz jeszcze w konkursie życzę. :)) :**