Translate:

Archiwum bloga (Archives):

środa, 23 stycznia 2013

Łabędzi śpiew znaku: Część VI -- "Dobrze pisać to znaczy czynić myśl widzialną" (Ambrose Bierce).


Znalazłam w skorowidzu stare cytaty z książek Jacka Dukaja, które od rana chodziły własnymi ścieżkami po mojej głowie. Jeden z nich, bodajże z książki "Inne Pieśni", brzmi następująco: "Nie wystarczy, że odniosę zwycięstwo. Moi wrogowie muszą jeszcze przegrać". Prawda, że motywujący cytat? A ma wiele znaczeń... Dukaj należy do ścisłego grona moich ulubionych pisarzy, gdyż łączy w sobie zarówno nową erę pisarstwa z duchem dawnych pisarzy. Kiedy pomyślę o tym jak pisali dawni autorzy a jak wygląda w większości - niestety - dzisiejsze pisarstwo, z jednej strony odczuwam wielki smutek, rozczarowanie, ale też i pewność, że tym bardziej, jeśli któreś z Nas nosi w sobie potrzebę pisania, ma do tego dar, winien pisać, bo nigdy nie wiadomo, który z Nas okaże się drugim Dostojewskim, Proustem czy Szekspirem. Nigdy nie wiadomo, co komu pisane, często sami nie zdajemy sobie sprawy z własnych możliwości. Nie wierzę w sformułowania, że: pragnienie bycia wielkim w jakiejkolwiek dziedzinie, jest czymś nierozsądnym.

A dlaczego uważam, że pisarzy nigdy nie powinno zbrakować, ponieważ na wszystkie tysiące "piszących", może paru, każdego pokolenia, osiąga ten stopień doskonałości, który pozwala mu przejść do historii. Jakże często też nie spodziewał się ten czy ów, iż osiągnie taki sukces a jeszcze więcej, za swego życia była w ogóle nie znana. Piszę to po to, byście zrozumieli, że nie wszystko złoto, co się świeci. To, iż jednemu czy drugiemu, udaje się obecnie zaistnieć w świecie, jeszcze nie znaczy, że przejdzie on do historii. Z całym poważaniem, ale pisarzy, którzy święcili podobne do pani Rowling czy Meyer sukcesy w swoich dniach, było bez liku, przez pewien czas wszystkim zdawało się, że osiągną "nieśmiertelność", a tymczasem świat o nich zapomniał nim upłynęło sto lat. Nie twierdzę, że tak będzie akurat z pisarkami pokroju Rowling, wszak saga o młodym Czarodzieju przyciąga coraz to nowe rzesze dzieci, ale już taka Meyer, ze swą tandetną opowiastką o wynaturzonych kreaturach spod ciemnej gwiazdy, myślących tylko aby przelecieć główną bohaterkę, raczej nie ma co liczyć na to, że dorówna sławie np. Tolkienowi, ba, moim zdaniem, ona nie dorównuje nawet Grocholi. Gdyby wziąć do ręki książki pierwszej i drugiej pisarki, w oczy rzuca się od razu fakt, iż pani Meyer ma wyraźne problemy ze składnią, ciągiem zdarzeń oraz czymś takim jak "głębszy sens", ponadto nigdy nie uwierzę, że książki o zboczonych wampirokłakach mogą nauczyć kogokolwiek czegoś mądrego. To taka pornografia dla dzieci mroku w wydaniu książkowym. Potem się słyszy o nastolatkach pijących krew, bo im rzekomo smakuje, widzi się te wszystkie zakolczykowane jak prosięta gawiedzie, które uważają że ciemność, gothic, cmentarze, czerń są czymś naturalnym. Nie, także moje zdanie jest niezmienne. Pisarze pokroju Meyer, których niestety jest coraz więcej na rynku wydawniczym, są jak brudny osad na stawie. Niczym muł zalegają w naszej kulturze i z taką samą determinacją powinno się zwalczać ten rodzaj wynaturzonej sztuki. Niepotrzebnie wszak infekuje ona umysły, Ktoś w końcu za tym stoi, aby Ludzie uwierzyli, że mrok jest jedyną godną naśladowania, podążania... ścieżką.

W dzisiejszym poście chciałabym skupić się na samym "pisarstwie", bardziej nawet aniżeli na "książce" jako przedmiocie. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że od lat przebąkuję o napisaniu książki, lecz wciąż mnie coś przed tym powstrzymuje. Prawda jest taka, że napisałam już kilka grubych książek a opowiadań bez liku, wędrują sobie za mną te teksty aż na drugi koniec świata, bo są częścią mnie. A co mnie powstrzymuje przed ich publikacją?

Na początku była to nieśmiałość. Pierwszy mój kontakt z wirtualnym światem przed przeszło 10 laty, zakończył się fiaskiem. Byłam wtedy bardziej naiwna i nieuodporniona na ataki ciem. Potem jednak, w miarę pisania różnych blogów, co rusz dowiadywałam się od ludzi, że powinnam pisać, że nie powinnam marnować swego talentu.
I w tym tkwi paradoks, bo podczas gdy Ci, którzy winni poszukiwać młodych artystów, stają im raz po raz na drodze, zwykli czytelnicy przeważnie mają o nich odmienne zdanie.
Niestety nawał nauki nie pozwalał mi nigdy skupić się na tym, co koffam najbardziej. Największą przeszkodą byłam wówczas dla siebie, ja sama. Wmawiałam sobie, że nic z tego nie będzie, że po co, na co? I tak płynął czas. Potem z kolei, kiedy wreszcie zaczęłam wysyłać do różnych gazet teksty (tyle że pod różnymi pseudonimami) i dostawać za to parę groszy, przekonałam się, że wcale nie jest ze mną tak źle. Musicie bowiem wiedzieć, że nawet dzisiaj ciężko mi uwierzyć w komplement drugiego człowieka. Przyjmuję je z tkliwością, oczywiście, ale wciąż we mnie tkwi ziarno nieufności, mam wrażenie, że kryje się za tym jakiś podstęp, jak to miało miejsce nie raz w przeszłości.

Niemniej doszło w końcu do tego, że zaczęłam wysyłać swoje teksty, różne, co by nie tracić czasu, na różnego rodzaju konkursy, czasami bardzo lokalne, związane z pracą bibliotek, do których należałam, także i do wydawnictw. Poza owymi konkursami, które pod rząd wygrywałam, nikt nie raczył się do mnie odezwać. Jedno wydawnictwo odpisało mi raz kiedyś, że "nie zajmuje się promowaniem polskiej literatury młodego pokolenia". Hm... Bardzo wymowne słowa, nie sądzicie? Tyle że za niedługi czas to smao wydawnictwo opublikowało kiepską "jakościowo" serię książek pewnej młodej studentki medycyny, której mamusia pracowała dla tego wydawnictwa. Hm...

Tak zwany po-lski rynek wprost ugina się też od nastoletnich pisarek/rzy, którzy mają problemy z ortografią (wiem, bo zdarzyło mi się poczytać ich "perełki"), niemniej pomimo to twierdzę, że wiek nie ma żadnego znaczenia, jeśli ktoś  n a p r a w d ę  ma talent. W końcu jednak otrzymałam odpowiedź od jednego wydawnictwa, mniejsza o nazwę. Zaprosili mnie do siebie, poczęstowali kawusią, ciastem, etc.... było nawet miło, tyle że usłyszałam od nich coś takiego: "POlacy nie są jeszcze gotowi na taką literaturę, nie dorośli do niej". Usłyszałam także, że dla tegoż wydawnictwa byłoby nawet niekorzystne, próbować opublikować moją książkę, aby nie dostać za to po łapach, jeśli wiecie co mam na myśli. Marketing swoją drogą, naturalnie. Więc co? W zamian zaproponowano mi, o czym już pisałam, pracę w tym wydawnictwie. Z tymże urobiona po pachy, nie miałam odtąd więcej czasu.... aby pisać. A więc był to podstęp?? [Pisałam o tym - Tutaj].

Rzuciłam więc "te kwaśne winogrona w diabły" i nie żałuję tego. Mam to szczęście, że moje życie płynie inaczej niż dla większości ludzi. Raz w życiu zdarzyło mi się pracować i nie wspominam tego dobrze. Od samego początku, byłam wykorzystywana, podczas gdy inni się obijali. Zarówno pape jak i Emu mój koffany, powtarzają mi stale, że jeśli posiada się jakiś dar - nic więcej nie ma znaczenia. Bez względu na to, jak wielu ludzi powiedziałoby wam przeciwnie, jak wiele argumentów przytoczyliby przeciw waszym pasjom, prawda jest niezmienna i nie wolno wam zeń rezygnować: to jacy jesteśmy nie określa nasza praca, nawet nie wykształcenie, ani też dom, znajomi, narodowość, język, płeć, etc... lecz to, co kochamy, co jest naszą pasją. To właśnie czyni nas "wyjątkowymi", to jest naszym celem. Jedynym słusznym. Jeśli więc poddajemy się, zapominamy o nim tylko dlatego, że otaczają nas nienawistnicy, zachłanni na naszą życiową energię, bo sami jej nie mają lub chcą nam ją ukraść, bo koniunktura każe nam wierzyć, że "lepiej nie mieć marzeń", bo życie jest tylko dla materialistów, liczy się tylko pełny brzuch, etc. wówczas całe nasze życie staje się pozbawione sensu. A przecież nigdzie nie ma napisane, że narodzimy się ponownie, aby móc dopiąć swego innym razem. Dlatego właśnie trzymam się uparcie swojej pasji, miłości do Słowa, która zanika coraz bardziej w otaczającym nas świecie (co widać nawet w marnej jakości książkach), bo zakładam, że mam ograniczony czas. Jak każdy z Was, jestem tu tylko na chwilę. Także wierzcie w siebie, szukajcie tego, co "dobre" i wybierajcie z głową.

"Jeśli pisarz zakocha się w Tobie, nigdy nie umrzesz".

Pisałam do szuflady różne rodzaje opowieści. Były w nich historyczne, obyczajowe, nostalgiczno-romantyczne, choć przyznaję bez bicia, marna ze mnie romantyczka. Pisałam też sf, różnego rodzaju fantasy, historie z pogranicza jawy i snu a nawet - o własnych przodkach. Po przyjeździe do Perth rychło znowu chwyciłam na pióro, tym razem przelewając na papier swoje własne doświadczenia od najmłodszych lat. Wątpię, bym kiedykolwiek podzieliła się tym z innymi. Co pragnę przekazać innym, piszę tutaj, na blogu i to chyba wystarczy. Jednak podczas ostatniej rozmowy z Em., zanim powrócił do przerwanych nagle obowiązków, usłyszałam na swój temat kilka krytycznych uwag i zapiekły mnie jego słowa, bo miał rację we wszystkim.

Wówczas to zaczęłam myśleć o tym, że może niewłaściwie dotąd zabierałam się za pisanie. Pewnym ludziom jest bardzo na rękę, aby książki takich jak ja -- przykładowo -- nigdy się nie ukazały. Podczas gdy co rusz publikują chłam o gotowaniu, o niańczeniu dzieci, o odchudzaniu oraz naiwne opowiastki dzieci, które ledwo potrafią odróżnić dobro od zła, a co dopiero napisać coś "znaczącego". Wmawia się jednak w ten sposób opinii publicznej, że książkę napisać może k a ż d y. Każdy...  a więc wszystkie takie Cichopki, Wałęsiaki, Ibisze, Kalicińskie, młodociani autorzy, tylko dlatego, że mają znajomości, mają przykładowo krewnych w jakichś wydawnictwach czy sterują władzą zza kurtyny, jednym słowem: Każdy. W pisarstwie - według takich agentów - nie ma ani nic wyjątkowego, ani wzniosłego. Sama też nieraz słyszałam z ust pseudo-autorytetów, iż lepsza taka książka z obrazkami o dbaniu o sylwetkę, niż jakiś gniot pani Tokarczuk. Dacie wiarę? Tak nam wmawiają, ale czy My w to wierzymy?

"Uprasza się nie wkurzać autorki ...  bo może Was wrzucić do swej książki a potem uśmiercić" ^^

Żeby jednak nie było, że poświęcam ten post wyłącznie wylewaniu z siebie jadu, bo tak nie jest, w końcu wciąż jeszcze istnieje trochę wspaniałych pisarzy - bez względu na płeć - i chwała im za to, którzy dla wielu są inspiracją, w tym i dla mnie, doszłam zatem do wniosku, że skoro mam wreszcie idealne miejsce, w którym w spokoju mogę oddać się wyłącznie pisaniu, pora poświęcić się już tylko temu. A skoro - także - wiem, że są tacy, którzy woleliby, abym nigdy nie publikowała, ba, którzy nie raz rzucają mi komplementy w starszych postach tu na Wookies, co bym "wreszcie dała sobie spokój z tym pisaniem", tym bardziej pisać będę i nie tylko dopracuję każdą z książek, które już stworzyłam, ale napiszę taką, od której oczy im spuchną, skoro się mnie boją... dam im do tego powód. ^ ^

Od początku szkoły średniej, nosiłam w sobie pewną opowieść, na którą składałyby się trzy księgi. Nie trylogia, nic z tych rzeczy, tylko trzy części jednego tomu, w którym zaistniałby zupełnie nowy świat. Świat z moich snów i doświadczeń. Bohaterowie tej krainy, tamtych czasów, nie są tożsami z żadnymi istotami znanymi z naszych książek, co bardzo mnie cieszy, bo choć koffam wielkich pisarzy i czerpię zeń zdrój mądrości, unikam jak ognia - kopiowania. Postacie z tej historii towarzyszą mi od lat, choć nigdy nie miałam odwagi spisać ich dziejów. Historia ta tkwi we mnie i czeka aż się odważę, aż się z nią zmierzę. Dotąd bałam się to zrobić, bo nie czułam się na siłach. Uważałam - i słusznie - że wciąż jeszcze za słaby mam warsztat, aby ubrać ich w materialne szaty. Tymczasem rośli ze mną, śnili mi się po nocach a ich wyimaginowane przygody, przenosiły mnie nie raz na jawie do krain odległych, pod innymi gwiazdami.

Em. twierdzi - gdyż opowiedziałam mu tę historię - że gdybym tylko nad tym usiadła, poświęciła na to tyle ile trzeba czasu, wówczas spełniłby się mój największy sen: Pokazałabym Innym, że wciąż jeszcze jest wiele światów do odkrycia i stworzenia na nowo, że nasza wyobraźnia jest nieskończona, ograniczenia są iluzją, wola jednostki jest w stanie skruszyć wszystkie góry. Tylko czy się odważę?? Tak długo karmię się tą opowieścią w duchu, umyśle i sercu, iż wydaje się mi ona najcenniejszym skarbem. Co jeśli ukażę go światu a on zostanie podeptany? No cóż... do odważnych świat należy. Kto nie próbuje, nic nie osiąga, a kto boi się ciem i tarantul, zapominając o innych, ten traci dwa razy więcej. Ludziom podobają się czasami najgorsze chały, ja przynajmniej mam pewność, że moja opowieść taka nie jest. Cóż zatem stoi mi na drodze? Wielcy nie raz pisali swoje książki dziesięć i więcej lat, lecz dzisiaj.... świat ich wspomina z łezką w oku i westchnieniem zachwytu. Fajnie by było na stare lata przeczytać własną - tę jedyną, właściwą - Opowieść.

Dlatego piszę. Dlatego i Wy powinniście, jeśli macie ku temu zapał i predyspozycje. Lecz ostrzegam: Jeśli wierzycie w to tylko dlatego, iż kłamliwa agenda wmówiła Wam, że pisać może każdy... No cóż... Każdy z Nas ma inny dar - to jedyne, co mogę wam rzec; celem naszego życia jest odkryć jaki i podążać za nim właśnie, jak za Przewodnią Gwiazdą, bo każdy z Nas jest inny. Czego Wam życzę z całego serca, miejcie odwagę i nie rezygnujcie nigdy z marzeń :) 
 



____________________________


Poprzednie części z cyklu "Łabędzi śpiew znaku":


wtorek, 15 stycznia 2013

"Hobbit: Czyli tam i z powrotem" - John Ronald Reuel Tolkien. Tylko ten nie ma blizn, kto nie walczy.


"Rise Above"  by  Steve De La Mare  ©


Odpływy i przypływy. Jestem jak ocean, którego odwieczny cykl znaczy naszą planetę. Jednak tym się od niego różnię, iż jedyne, co jest we mnie niezmienne -- to moja zmienność. Nie potrafię przeżywać, czegokolwiek, w sposób "letni". Kiedy się cieszę, zarażam swym szczęściem wszystko i wszystkich dookoła, przez co sami się sobie dziwią, ci, którzy stanęli na mej drodze, skąd w nich tyle szczęścia, przecież zawsze sądzili, że nie ma w nich już żadnej nadziei. Kiedy się gniewam, z mych ust i oczu sypią się skry, zamieniam się wtedy w tajfun, piekielne harce wyprawiają moje zmysły, gdy ciskając ogniem wokół, trawię świat po kawałeczku, aż w najtwardszych sercach puszczają spoiwa i cały świat zamienia się w chaos. Tak też kiedy rozpaczam, kiedy cierpię, płaczą ze mną obcy mi ludzie, choć nic wokół nich nie powinno dawać im do tego powodu. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, moje metafory winny być przyjmowane z dystansem, gdyż często jedno słowo w moim świecie oznacza coś zupełnie innego w waszym. A jednak tak się dzieje...

Cios był potężny i zadał mi głębokie rany, ponieważ nie zaatakowali mnie ci, po których się tego spodziewałam. Gdy leżąc na plaży, wpatrywałam się w gwiazdy o jakich w PL nawet śnić się nie da, przyszło mi do głowy porównanie, które najlepiej odpowiada temu, czego doświadczyłam, przed czym musiałam się bronić, bo gdybym tego nie uczyniła, mrok zalałby całe moje wnętrze. To jak z tonącym statkiem. Jeśli jest szansa na uratowanie, kosztem zalanych pokładów... Taki też miałam sen zanim nastąpił atak, cóż za zbieg okoliczności, Wprawdzie śnił mi się statek kosmiczny a nie Costa Concordia, lecz wymowa tamtego snu była taka sama: Cień będzie chciał wtargnąć do twego serca i uczyni to podstępem, ze strony, której nie będziesz się spodziewać. We śnie roztropny kapitan odciął sekcję w której pozostało jeszcze kilkanaście osób. Los wytypował ich na chybił trafił. Do tej pory przypominam sobie ich zdumione twarze, gdy pojęli, że ceną za udaną misję jest ich własne życie. Ja to mam sny... o_O

I tak też pomyślałam leżąc na plaży kilkanaście godzin temu, czując na skórze pierwsze promienie słońca. Drżałam, bo świt zdawał się wypalać ze mnie, z mego poranionego ciała (i duszy) resztki jadu, który wsączono we mnie wbrew mej woli. Dziś już wiem, że zawdzięczam życie szybkiej decyzji, zimnej krwi, którą zachowałam i że byłam gotowa pozwolić obumrzeć we mnie czemuś, aby ocalić resztę, Siebie. Nie zamierzam was oszukiwać. Znienawidziłam ludzi przez te kilka dni. Znienawidziłam tak bardzo, iż gotowa byłam (w wyobraźni, bo inaczej się nie da), wypalić rozżarzonym prętem ropiejącą ranę, która tworzy wasz mikrokosmos. Poświęcić wszystko i wszystkich, aby ocalić... Siebie? Nie... Dlatego zamilkłam. A jak Wy zachowalibyście się gdyby uchodziła z was krew? Gdyby wszystkie wasze wysiłki zostały obrócone przeciwko wam i to nie przez tych, którzy czynią źle, ale przez tych, którzy są krzywdzeni?

Tego dnia, aby nie stracić woli, aby się nie poddać, poświęciłam część siebie. Wiem już na pewno, że w miejscu, gdzie mnie zraniono nie zatli się więcej światło. To martwa tkanka i będzie ona znaczyć moje Ja odtąd po kresu czas. Nie ucieknę od tego, nie odwrócę czasu. Wiedza o ludziach wsiąkła za głęboko i w tym miejscu na próżno szukać litości, zrozumienia. To "ciemny las", wielkie Pustkowie, do którego nie zamierzam więcej zaglądać. Groźby i oszczerstwa już mnie nie zranią, bo przejrzałam na oczy. Byłam dotąd jak dziecko, które nic jeszcze nie wie. Wprawdzie wiedziałam, że świat dzieli się na dobrych i złych, ale tak poza tym, wszystkie moje sądy, nacechowane były "wiarą w człowieka". Nie będę się nad tym rozwodzić. A okrzyk rozpaczy, który kierowałam w Pustkę, co by przebudzić Dobro (jej esencję), aby doznać jakiegoś olśnienia, czekając dowodu, że jest w mym istnieniu jakiś głębszy sens, już nie jest mi potrzebny. Nauczyła mnie bowiem ta lekcja tego, iż bez względu na to czy jest na tym świecie dobro czy nie, ba, choćbym była ostatnią, która doń uparcie zmierza, chłoszcząc się o poranku pokorą, więcej nie będę wyglądała znaków. Nie potrzeba mi dowodu, nie potrzeba szalupy, ani liny. Dobro jest we mnie. Nie o to chodzi w życiu, aby się słaniać na nogach, żyjąc wyłącznie na przekór nicości, ale żeby z nią walczyć. Dzień po dniu, na przekór cierpieniu, na przekór pogardzie, kpinom, szyderstwom, jawnym i ukrytym atakom, na przekór w końcu samemu sobie, bo Nicość zwycięża wtedy, kiedy mówimy sobie: Dosyć. Ja nie chcę, nie godzę się na taki koniec. Choćbym była ostatnia, cała w bliznach, poszarpana, opluta, wzgardzona, ile mi sił starczy, będę gryźć, kąsać i atakować. Moim celem światło, moją wiarą nadzieja, moją zbroją miłość i prawda, więc bez względu na otaczający mnie mrok nie przestanę napierać. Będę jak gza ;D

Zło jest tchórzliwe, pamiętajcie o tym. Atakuje jak wąż zawsze z ukrycia, czuje się pewnie wyłącznie w stadzie, na co dzień ledwo słyszalne, nabiera sił mocą przewodów, reflektorów i opłaconych agentów. Ono pożera to, co zdrowe, lecz niezabezpieczone, wmawiając nam, że nic nam z tej strony nie grozi. Zachęca, byśmy rychlej upadli, a uderza prosto w serca poprzez tych, na których nam zależy. Czy ceną za święty spokój ma być powolne gnicie od środka? Przebiegunowanie naszego "ja"? Nigdy!

Ja wiem jedno i doświadczyłam tego dobitnie na własnej skórze, ten tylko nie doznaje ran, kto stoi bezczynnie i pozwala, aby zaraza objęła jego organizm bez walki. Potem i tak zginie, ale na kolanach, żebrząc o litość. Ja nie zamierzam nikogo błagać o litość. Moim pancerzem światło, więc żadna ciemność mi nie straszna. Powiem nawet więcej, przetoczę się ja po jej grzbiecie z całym impetem, wyrywając krwawe jej ochłapy na wszystkie strony. Każda (moja) rana się zasklepi a im będzie głębsza, tym dobitniej odczuję, że mam rację a  r e s z t a  się myli. Nie urodziłam się wszak, żeby stygnąć za życia, lecz aby świecić coraz jaśniej i jaśniej, bo koffam życie z całej duszy! A gdy przyjdzie czas wypalę swym płomieniem ślepia tej przebrzydłej hydrze, odetnę jej łeb a na śmierdzącym truchle zatańczę triumfalny taniec. I nie potrzeba mi na to żadnego dowodu z gwiazd, z nieba, skądkolwiek bądź. Choćbym była ostatnia w swoim rodzaju, na przekór całemu światu, podniosę się ten raz i następne sto, a za każdym razem gniew mój dosięgnie Zła tysiąc razy bardziej.

"Hobbit or there and back again" by Pervandr

Tym bardzo długim wstępem...., chciałabym teraz przejść do "Hobbita" a wybrałam go na dzisiejszą notkę ze szczególnego dla mnie powodu. Nie wiem czy za sprawą intuicji, czy może życiowych doświadczeń z książkami, podczas kilku dni wylizywania głębokich ran, instynktownie sięgnęłam po to właśnie dzieło Tolkiena. Potrzebowałam na gwałt "dobrej energii", twardego gruntu pod stopami w postaci "tego, co najszlachetniejsze" a przecież nie sposób odmówić Tolkienowi daru do zapalania w sercach zgaszonych przez podmuch zła, żagwi. On niczym ciepły, lecz potężny podmuch na morzu, pcha łódź ku odległym przystaniom, napełniając ducha nową siłą i wiarą w to, że Dobro jednak zawsze na końcu zwycięża. Za to właśnie koffam Tolkiena, choć tak wielu dzisiaj go deprecjonuje, wyszydza. Znak czasów?

Gardzę za to (wybaczcie tę dosadność) ludźmi, którzy oceniając go w płytki, jakże urojony przez jad w nich samych, sposób, starają się mu uwłaczać, iż zbyt wyraźnie zaznaczył granicę między tym, co dobre a tym, co złe. Niektórych - jak twierdzą - dosłownie obrzydza i nudzi, iż elfy są tak przeraźliwie doskonałe a sługi Ciemności aż ociekają gnojem. No cóż... Prosta rzecz, którą widać nie każdy pseudo-fan fantastyki pojmuje, iż Tolkien był człowiekiem starej daty, który nie dość że sam napatrzył się na wojnę jedną i drugą, o czym zresztą jest "Władca Pierścieni" (o tym innym razem), to starał się też na dobitkę pobudzić naszą własną wyobraźnię. W tym celu właśnie, tak przynajmniej uważam prywatnie, słowa wypowiadane w jego dziełach są piękne, nawet gdy padają z ust ciemnych i podejrzanych typów. Na próżno szukać w Hobbicie czy gdzie indziej u Tolkiena, słów wulgarnych, scen drastycznych, w jakie celuje współczesna literatura aż za nadto. Jednak pełno ci ich w istocie na kartach jego powieści, ale żeby je ujrzeć, wpierw należy znać "dokładną" różnicę między Dobrem a Złem, a nie, podążając za bzdetami "poprawności politycznej", pieprzyć farmazony o "wielu odcieniach szarości". 

Wybaczcie mi, ale według mojego kanonu wartości albo się jest dumnym Sługą Światła albo wycieraczką Sił Ciemności i naprawdę nie ma tu większego znaczenia, czy w swej dobroci co rusz się potykacie, wybijając sobie zęby i tłukąc kolana, przez co sumienie, co rusz drapie was od środka, bo żaden z Nas nie jest jak kryształ przecież, ani też jak mocno Siły Ciemności koffają Mozarta, Van Gogha czy insze cudo naszej kultury, jeśli w głębi przeżarci są przez mrok. To są tylko "słabości" a nie istota każdego z Nas. Dobro to łza, którą czujecie pod powieką na wieść, że kolejni zwyrodnialcy zamordowali swoje nowo narodzone dziecko, czy gdy jakiś łachudra skatował biedne zwierzę... Zło nigdy się nie wzrusza, Ono czerpie radość z Waszych łez.

Bohaterowie książki "Hobbit" i filmu (Bilbo Baggins, 13 krasnoludów i Gandalf)

Nie zawiodłam się na Tolkienie i tym razem. Który to już raz czytam tę książkę? Sama nie wiem. Brzegi jej postrzępione, zakładka wciąż ta sama, choć aromat kadzidełek dawno zeń wywietrzał. Kartki wciąż kremowe, choć dużo bardziej nasycone różanym olejkiem, którym nasączona jest ściereczka, którą czyszczę swoje ukoffane perły co dwa tygodnie. Słowa układają się w równym szeregu, jak na musztrze, przywołując przygody dzielnego, choć zrazu dość opornego do wojaży Bilba.

Chciałabym móc opisać wam sny, które miałam przez lata o własnym gniazdku pod leśnym pagórkiem oraz o wrażeniach, jakie towarzyszyły mi przy seansach kinowych, gdy byłam w szkole średniej, a trylogia Jacksona, święciła sukcesy, jednak z racji tego iż już rozpisałam się za bardzo, napiszę o tym innym razem, jeśli nie zapomnę. Powiem tylko tyle, że zawsze kiedy zaczynam czytać "Hobbita" nachodzi mnie ochota na "racuchy" z cukrem pudrem i bez względu na to jak czarna władałaby mą duszą ciemność, moc bijąca z tej książki ratuje mnie z opresji. To czysta magia, lepiej nie da się tego opisać. :)

Jak mawiał Bilbo: "jeśli chce się coś znaleźć, trzeba po prostu szukać". Święte słowa. Ja szukałam przez wiele lat odpowiedzi na wiele pytań, na to przykładowo: "Dlaczego ludzie stale łączą się w stado, tworzą prawa, nakazy i zakazy, normy i wartości, skoro każdy z Nas jest dokładnym egoistą a więc rozsądniej by było Nam rozpierzchnąć się na cztery strony świata czy Universum?". Szukałam też "przyczyny" dla której warto koffać i szanować ludzi na przekór całemu złu, jakie tworzą i jak powiedział inny bohater, z zupełnie innej bajki, znalazłam więcej niż byłam w stanie udźwignąć. Zupełnie jak Bilbo, kiedy dotarł do kresu swej podróży i pojął, że nie da rady dowieźć do domu góry złota, która przypadła mu w udziale. Na cóż więc tak się szarpał? Na co całe to cierpienie, ryzyko, strach przed śmiercią, przed utratą przyjaźni, przed zagubieniem drogi powrotnej do domu? Może na to, iż całe nasze życie to "droga", która niczym inicjacja przygotowuje nas na coś zgoła odmiennego, ważniejszego?

Dzięki Tolkienowi wiem, już że tak naprawdę żadna z tych rzeczy, które tak koffamy, których tak pożądamy nie ma znaczenia. Jest bowiem "coś, przed czym w świecie nic nie uciecze, co gnie żelazo, przegryza miecze, pożera ptaki, zwierzęta, ziele, najtwardszy kamień na mąkę miele, królów nie szczędzi, rozwala mury, poniża nawet najwyższe góry" ("Hobbit"). To - Czas. Jedyną sprawą, za którą warto wylewać pot, łzy i krew, jest "słuszna sprawa". Bez względu na to, co to jest w danej epoce świata, warto jej służyć i wspierać jej posłańców. Warto nieść promień światła w miejsca, gdzie dotąd królował mrok i zapomnienie. Warto szarpać się, upadać, by znowu móc powstać, bo to właśnie jest esencją życia. To ciągła walka o przetrwanie. Ten tylko ginie naprawdę, kto daje się pokonać samemu sobie i ze strachu, poniżenia, ze skulonym ogonem, zamiast dać sobie i innym czas na regenerację, nie wraca z nowym zapasem energii. Jeśli posiada się dar do podnoszenia na duchu innych, tego nauczył mnie Tolkien, trzeba też samemu poderwać się z kolan, nie dlatego, że "coś jest lub nie jest nam pisane", ale dlatego, że warto żyć dla samego życia. Tylko głupiec czeka na oklaski lub linę zrzuconą z nieba.

Kadr z filmu "Hobbit" (Gandalf w podziemiach Gór Mglistych i Król Goblinów)

Kolejną ważną lekcją zapisaną w "Hobbicie" jest to, iż każdy z Nas posiada w sobie wielkie pokłady męstwa, nawet jeśli nie podejrzewa siebie o to. To, jacy naprawdę jesteśmy, wypływa na wierzch dopiero wtedy, gdy los rzuci nas w wir wielkich / przełomowych zdarzeń. Niczym stop żelaza, który czeka na wprawną rękę kowala, tak i nasze "ja", ten nieoszlifowany diament, czeka byśmy przebudzili jego blask. Ale życie nas nie rozpieszcza. Przeważnie niewiele daje okazji do zrzucenia zakurzonych szat, także i Zło, zasnuwa nasze oczy gęstą zasłoną, szepcząc do ucha, że to lub tamto jest dla nas zbyt ciężkie. Po co się wychylać, po co ryzykować? Mało to jest na świecie szaleńców? Niech Oni głupieją na barykadach wielkich idei, lepszy jest milusi domek, herbatka lub kawcia na stole, gazetka lub książka i ciepło bijące z kominka. To wszystko prawda ... a jednak jeśli Wam się zdaje, że to właśnie jesteście "Wy-My", grubo się mylicie. Ja też się mylę co rusz.

Prawda o nas samych rzadko ukazuje swoje oblicze pod wpływem tak prostych zwyczajów, zachowań, słabości. One upodabniają nas wszystkich do siebie; zamieniają nas w tresowane pudle. Tym właśnie się stajemy, żyjąc w bezpiecznym schronieniu, dogadzając swym brzuszkom, małym rozumkom, maleńkim pragnieniom, powszednim przyzwyczajeniom. Wszyscy - na jedną modłę. Nie zrozumcie mnie, źle... Chodzi mi oto, że stajemy się tacy, kiedy "nic więcej już Nas nie porusza". Udomowione koty i psy, co najwyżej tchórzofretki. Ile razy w naszym życiu pojawił się cień i przygoda? Ile razy poczuliśmy ostrze noża wbite w plecy (metaforycznie), gdy ratując kogoś lub samą ideę, nadstawialiśmy karku? No... może czyniliśmy to dla złota, dla stanowiska, dla fury i komóry... ale One wszystkie już dawno przeminęły, nie mają dzisiaj już żadnej wartości, bo wszyscy je mają, a przynajmniej wszyscy za nimi gonią. To nie są prawdziwe skarby.

Skarb wciąż ukryty, leży głęboko w trzewiach świata, lecz żeby doń dotrzeć, wpierw jak Bilbo i jego kompania, należy przedrzeć się przez ciemność gór i lasów, gdzie czatują wściekłe tarantule. Trzeba przechytrzyć Olbrzymy korporacji, których pełno wokół, prześcignąć sforę wilków, żądnych waszej krwi, najpewniej z zawiści oraz chciwych, choć pięknych elfów oraz innych ludzi, dla których Wasza przygoda znaczy tyle, co nic, by na samym końcu, pokusić się o Arcyklejnot, na którym Smaug okrutny, smoczysko przesławne, niczym Zło w jądrze ciemności, spoczywa. A skarbem - może być wszystko. Dla mnie np. jest nim Wiedza.

Wzorem każdego śmiałka, który wyrusza w daleką, pełną niebezpieczeństw drogę, a tym jest życie, zebrałam się więc w sobie - jestem pewna, że w porównaniu z większością Was i tak zajęło mi to niewiele czasu - opatrzyłam ciężkie rany, płaty bandaży zbroczonych czerwiem krwi oddałam oceanowi, jako ofiarę za swą własną lekkomyślność, by zostawiwszy za sobą ciemne miejsca duszy, które zabrała ze sobą ta "walka", po raz kolejny przekonać Was, że warto żyć, że warto być, zmagać się z każdym dniem, walczyć ze Złem, w jakiejkolwiek przyjdzie do Was postaci; walczyć też przede wszystkim o swoje szczęście. Upadamy wszak po to, aby otrzepać się i iść dalej. Przecież nikt nie obiecywał, w żadnej mądrej księdze nie pisał, że przeprawa przez ocean życia będzie lekka i przyjemna. Z góry trzeba założyć, że żadne z Nas nie wróci z tej podróży cały i zdrów, lecz to od Nas zależy, moi mili czy dotrwamy do końca pełni sił, godności, ze śpiewem na ustach, czy będziemy pełznąć ku bram wieczności jak ślepiec. Nam po prostu nie wolno dać ustrzelić się stojąc w miejscu, naszym przeznaczeniem biec, zdobywać, odkrywać, chłonąć. Walczyć ze Złem, czyli - Nicością w każdej sekundzie swego istnienia, co by nie zgasiła w nas nadziei. Nie wolno się poddawać, nie wolno łatwo rezygnować z marzeń, nie warto odwracać się plecami od miłości, nawet jeśli przychodzi późno i nie tak, jak sobie wyśniliśmy. Szczęście nie jest bowiem lądem czy królestwem o takiej nazwie, nie jest też złotem, srebrem czy brylantem. Szczęście bywa tak ulotne...

Szczęście ma tyle imion ile jest ludzi, więc z całą pewnością życie pędzone na modłę wszystkich innych, takim nie jest. Możecie siedzieć w swych norach do zasranej śmierci, karmiąc się wyłącznie przygodami innych, albo wyjść z domu, przekroczyć próg i pozwolić, aby nogi zaniosły was na drugi koniec świata. I bez względu na to, w co wierzycie, co wiecie, do czego próbujecie przekonać innych, liczcie się zawsze z tym, że nikt wam nie uwierzy a pierwsi zranią na bank ci, których będziecie chcieli chronić. Pamiętajcie tylko o jednym, że rany nie są powodem do ucieczki, co najwyżej do zastanowienia: Widać pancerz Twój szczerozłoty bratku, miał jakiś feler, ot co!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...