Translate:

środa, 23 stycznia 2013

Łabędzi śpiew znaku: Część VI -- "Dobrze pisać to znaczy czynić myśl widzialną" (Ambrose Bierce).


Znalazłam w skorowidzu stare cytaty z książek Jacka Dukaja, które od rana chodziły własnymi ścieżkami po mojej głowie. Jeden z nich, bodajże z książki "Inne Pieśni", brzmi następująco: "Nie wystarczy, że odniosę zwycięstwo. Moi wrogowie muszą jeszcze przegrać". Prawda, że motywujący cytat? A ma wiele znaczeń... Dukaj należy do ścisłego grona moich ulubionych pisarzy, gdyż łączy w sobie zarówno nową erę pisarstwa z duchem dawnych pisarzy. Kiedy pomyślę o tym jak pisali dawni autorzy a jak wygląda w większości - niestety - dzisiejsze pisarstwo, z jednej strony odczuwam wielki smutek, rozczarowanie, ale też i pewność, że tym bardziej, jeśli któreś z Nas nosi w sobie potrzebę pisania, ma do tego dar, winien pisać, bo nigdy nie wiadomo, który z Nas okaże się drugim Dostojewskim, Proustem czy Szekspirem. Nigdy nie wiadomo, co komu pisane, często sami nie zdajemy sobie sprawy z własnych możliwości. Nie wierzę w sformułowania, że: pragnienie bycia wielkim w jakiejkolwiek dziedzinie, jest czymś nierozsądnym.

A dlaczego uważam, że pisarzy nigdy nie powinno zbrakować, ponieważ na wszystkie tysiące "piszących", może paru, każdego pokolenia, osiąga ten stopień doskonałości, który pozwala mu przejść do historii. Jakże często też nie spodziewał się ten czy ów, iż osiągnie taki sukces a jeszcze więcej, za swego życia była w ogóle nie znana. Piszę to po to, byście zrozumieli, że nie wszystko złoto, co się świeci. To, iż jednemu czy drugiemu, udaje się obecnie zaistnieć w świecie, jeszcze nie znaczy, że przejdzie on do historii. Z całym poważaniem, ale pisarzy, którzy święcili podobne do pani Rowling czy Meyer sukcesy w swoich dniach, było bez liku, przez pewien czas wszystkim zdawało się, że osiągną "nieśmiertelność", a tymczasem świat o nich zapomniał nim upłynęło sto lat. Nie twierdzę, że tak będzie akurat z pisarkami pokroju Rowling, wszak saga o młodym Czarodzieju przyciąga coraz to nowe rzesze dzieci, ale już taka Meyer, ze swą tandetną opowiastką o wynaturzonych kreaturach spod ciemnej gwiazdy, myślących tylko aby przelecieć główną bohaterkę, raczej nie ma co liczyć na to, że dorówna sławie np. Tolkienowi, ba, moim zdaniem, ona nie dorównuje nawet Grocholi. Gdyby wziąć do ręki książki pierwszej i drugiej pisarki, w oczy rzuca się od razu fakt, iż pani Meyer ma wyraźne problemy ze składnią, ciągiem zdarzeń oraz czymś takim jak "głębszy sens", ponadto nigdy nie uwierzę, że książki o zboczonych wampirokłakach mogą nauczyć kogokolwiek czegoś mądrego. To taka pornografia dla dzieci mroku w wydaniu książkowym. Potem się słyszy o nastolatkach pijących krew, bo im rzekomo smakuje, widzi się te wszystkie zakolczykowane jak prosięta gawiedzie, które uważają że ciemność, gothic, cmentarze, czerń są czymś naturalnym. Nie, także moje zdanie jest niezmienne. Pisarze pokroju Meyer, których niestety jest coraz więcej na rynku wydawniczym, są jak brudny osad na stawie. Niczym muł zalegają w naszej kulturze i z taką samą determinacją powinno się zwalczać ten rodzaj wynaturzonej sztuki. Niepotrzebnie wszak infekuje ona umysły, Ktoś w końcu za tym stoi, aby Ludzie uwierzyli, że mrok jest jedyną godną naśladowania, podążania... ścieżką.

W dzisiejszym poście chciałabym skupić się na samym "pisarstwie", bardziej nawet aniżeli na "książce" jako przedmiocie. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że od lat przebąkuję o napisaniu książki, lecz wciąż mnie coś przed tym powstrzymuje. Prawda jest taka, że napisałam już kilka grubych książek a opowiadań bez liku, wędrują sobie za mną te teksty aż na drugi koniec świata, bo są częścią mnie. A co mnie powstrzymuje przed ich publikacją?

Na początku była to nieśmiałość. Pierwszy mój kontakt z wirtualnym światem przed przeszło 10 laty, zakończył się fiaskiem. Byłam wtedy bardziej naiwna i nieuodporniona na ataki ciem. Potem jednak, w miarę pisania różnych blogów, co rusz dowiadywałam się od ludzi, że powinnam pisać, że nie powinnam marnować swego talentu.
I w tym tkwi paradoks, bo podczas gdy Ci, którzy winni poszukiwać młodych artystów, stają im raz po raz na drodze, zwykli czytelnicy przeważnie mają o nich odmienne zdanie.
Niestety nawał nauki nie pozwalał mi nigdy skupić się na tym, co koffam najbardziej. Największą przeszkodą byłam wówczas dla siebie, ja sama. Wmawiałam sobie, że nic z tego nie będzie, że po co, na co? I tak płynął czas. Potem z kolei, kiedy wreszcie zaczęłam wysyłać do różnych gazet teksty (tyle że pod różnymi pseudonimami) i dostawać za to parę groszy, przekonałam się, że wcale nie jest ze mną tak źle. Musicie bowiem wiedzieć, że nawet dzisiaj ciężko mi uwierzyć w komplement drugiego człowieka. Przyjmuję je z tkliwością, oczywiście, ale wciąż we mnie tkwi ziarno nieufności, mam wrażenie, że kryje się za tym jakiś podstęp, jak to miało miejsce nie raz w przeszłości.

Niemniej doszło w końcu do tego, że zaczęłam wysyłać swoje teksty, różne, co by nie tracić czasu, na różnego rodzaju konkursy, czasami bardzo lokalne, związane z pracą bibliotek, do których należałam, także i do wydawnictw. Poza owymi konkursami, które pod rząd wygrywałam, nikt nie raczył się do mnie odezwać. Jedno wydawnictwo odpisało mi raz kiedyś, że "nie zajmuje się promowaniem polskiej literatury młodego pokolenia". Hm... Bardzo wymowne słowa, nie sądzicie? Tyle że za niedługi czas to smao wydawnictwo opublikowało kiepską "jakościowo" serię książek pewnej młodej studentki medycyny, której mamusia pracowała dla tego wydawnictwa. Hm...

Tak zwany po-lski rynek wprost ugina się też od nastoletnich pisarek/rzy, którzy mają problemy z ortografią (wiem, bo zdarzyło mi się poczytać ich "perełki"), niemniej pomimo to twierdzę, że wiek nie ma żadnego znaczenia, jeśli ktoś  n a p r a w d ę  ma talent. W końcu jednak otrzymałam odpowiedź od jednego wydawnictwa, mniejsza o nazwę. Zaprosili mnie do siebie, poczęstowali kawusią, ciastem, etc.... było nawet miło, tyle że usłyszałam od nich coś takiego: "POlacy nie są jeszcze gotowi na taką literaturę, nie dorośli do niej". Usłyszałam także, że dla tegoż wydawnictwa byłoby nawet niekorzystne, próbować opublikować moją książkę, aby nie dostać za to po łapach, jeśli wiecie co mam na myśli. Marketing swoją drogą, naturalnie. Więc co? W zamian zaproponowano mi, o czym już pisałam, pracę w tym wydawnictwie. Z tymże urobiona po pachy, nie miałam odtąd więcej czasu.... aby pisać. A więc był to podstęp?? [Pisałam o tym - Tutaj].

Rzuciłam więc "te kwaśne winogrona w diabły" i nie żałuję tego. Mam to szczęście, że moje życie płynie inaczej niż dla większości ludzi. Raz w życiu zdarzyło mi się pracować i nie wspominam tego dobrze. Od samego początku, byłam wykorzystywana, podczas gdy inni się obijali. Zarówno pape jak i Emu mój koffany, powtarzają mi stale, że jeśli posiada się jakiś dar - nic więcej nie ma znaczenia. Bez względu na to, jak wielu ludzi powiedziałoby wam przeciwnie, jak wiele argumentów przytoczyliby przeciw waszym pasjom, prawda jest niezmienna i nie wolno wam zeń rezygnować: to jacy jesteśmy nie określa nasza praca, nawet nie wykształcenie, ani też dom, znajomi, narodowość, język, płeć, etc... lecz to, co kochamy, co jest naszą pasją. To właśnie czyni nas "wyjątkowymi", to jest naszym celem. Jedynym słusznym. Jeśli więc poddajemy się, zapominamy o nim tylko dlatego, że otaczają nas nienawistnicy, zachłanni na naszą życiową energię, bo sami jej nie mają lub chcą nam ją ukraść, bo koniunktura każe nam wierzyć, że "lepiej nie mieć marzeń", bo życie jest tylko dla materialistów, liczy się tylko pełny brzuch, etc. wówczas całe nasze życie staje się pozbawione sensu. A przecież nigdzie nie ma napisane, że narodzimy się ponownie, aby móc dopiąć swego innym razem. Dlatego właśnie trzymam się uparcie swojej pasji, miłości do Słowa, która zanika coraz bardziej w otaczającym nas świecie (co widać nawet w marnej jakości książkach), bo zakładam, że mam ograniczony czas. Jak każdy z Was, jestem tu tylko na chwilę. Także wierzcie w siebie, szukajcie tego, co "dobre" i wybierajcie z głową.

"Jeśli pisarz zakocha się w Tobie, nigdy nie umrzesz".

Pisałam do szuflady różne rodzaje opowieści. Były w nich historyczne, obyczajowe, nostalgiczno-romantyczne, choć przyznaję bez bicia, marna ze mnie romantyczka. Pisałam też sf, różnego rodzaju fantasy, historie z pogranicza jawy i snu a nawet - o własnych przodkach. Po przyjeździe do Perth rychło znowu chwyciłam na pióro, tym razem przelewając na papier swoje własne doświadczenia od najmłodszych lat. Wątpię, bym kiedykolwiek podzieliła się tym z innymi. Co pragnę przekazać innym, piszę tutaj, na blogu i to chyba wystarczy. Jednak podczas ostatniej rozmowy z Em., zanim powrócił do przerwanych nagle obowiązków, usłyszałam na swój temat kilka krytycznych uwag i zapiekły mnie jego słowa, bo miał rację we wszystkim.

Wówczas to zaczęłam myśleć o tym, że może niewłaściwie dotąd zabierałam się za pisanie. Pewnym ludziom jest bardzo na rękę, aby książki takich jak ja -- przykładowo -- nigdy się nie ukazały. Podczas gdy co rusz publikują chłam o gotowaniu, o niańczeniu dzieci, o odchudzaniu oraz naiwne opowiastki dzieci, które ledwo potrafią odróżnić dobro od zła, a co dopiero napisać coś "znaczącego". Wmawia się jednak w ten sposób opinii publicznej, że książkę napisać może k a ż d y. Każdy...  a więc wszystkie takie Cichopki, Wałęsiaki, Ibisze, Kalicińskie, młodociani autorzy, tylko dlatego, że mają znajomości, mają przykładowo krewnych w jakichś wydawnictwach czy sterują władzą zza kurtyny, jednym słowem: Każdy. W pisarstwie - według takich agentów - nie ma ani nic wyjątkowego, ani wzniosłego. Sama też nieraz słyszałam z ust pseudo-autorytetów, iż lepsza taka książka z obrazkami o dbaniu o sylwetkę, niż jakiś gniot pani Tokarczuk. Dacie wiarę? Tak nam wmawiają, ale czy My w to wierzymy?

"Uprasza się nie wkurzać autorki ...  bo może Was wrzucić do swej książki a potem uśmiercić" ^^

Żeby jednak nie było, że poświęcam ten post wyłącznie wylewaniu z siebie jadu, bo tak nie jest, w końcu wciąż jeszcze istnieje trochę wspaniałych pisarzy - bez względu na płeć - i chwała im za to, którzy dla wielu są inspiracją, w tym i dla mnie, doszłam zatem do wniosku, że skoro mam wreszcie idealne miejsce, w którym w spokoju mogę oddać się wyłącznie pisaniu, pora poświęcić się już tylko temu. A skoro - także - wiem, że są tacy, którzy woleliby, abym nigdy nie publikowała, ba, którzy nie raz rzucają mi komplementy w starszych postach tu na Wookies, co bym "wreszcie dała sobie spokój z tym pisaniem", tym bardziej pisać będę i nie tylko dopracuję każdą z książek, które już stworzyłam, ale napiszę taką, od której oczy im spuchną, skoro się mnie boją... dam im do tego powód. ^ ^

Od początku szkoły średniej, nosiłam w sobie pewną opowieść, na którą składałyby się trzy księgi. Nie trylogia, nic z tych rzeczy, tylko trzy części jednego tomu, w którym zaistniałby zupełnie nowy świat. Świat z moich snów i doświadczeń. Bohaterowie tej krainy, tamtych czasów, nie są tożsami z żadnymi istotami znanymi z naszych książek, co bardzo mnie cieszy, bo choć koffam wielkich pisarzy i czerpię zeń zdrój mądrości, unikam jak ognia - kopiowania. Postacie z tej historii towarzyszą mi od lat, choć nigdy nie miałam odwagi spisać ich dziejów. Historia ta tkwi we mnie i czeka aż się odważę, aż się z nią zmierzę. Dotąd bałam się to zrobić, bo nie czułam się na siłach. Uważałam - i słusznie - że wciąż jeszcze za słaby mam warsztat, aby ubrać ich w materialne szaty. Tymczasem rośli ze mną, śnili mi się po nocach a ich wyimaginowane przygody, przenosiły mnie nie raz na jawie do krain odległych, pod innymi gwiazdami.

Em. twierdzi - gdyż opowiedziałam mu tę historię - że gdybym tylko nad tym usiadła, poświęciła na to tyle ile trzeba czasu, wówczas spełniłby się mój największy sen: Pokazałabym Innym, że wciąż jeszcze jest wiele światów do odkrycia i stworzenia na nowo, że nasza wyobraźnia jest nieskończona, ograniczenia są iluzją, wola jednostki jest w stanie skruszyć wszystkie góry. Tylko czy się odważę?? Tak długo karmię się tą opowieścią w duchu, umyśle i sercu, iż wydaje się mi ona najcenniejszym skarbem. Co jeśli ukażę go światu a on zostanie podeptany? No cóż... do odważnych świat należy. Kto nie próbuje, nic nie osiąga, a kto boi się ciem i tarantul, zapominając o innych, ten traci dwa razy więcej. Ludziom podobają się czasami najgorsze chały, ja przynajmniej mam pewność, że moja opowieść taka nie jest. Cóż zatem stoi mi na drodze? Wielcy nie raz pisali swoje książki dziesięć i więcej lat, lecz dzisiaj.... świat ich wspomina z łezką w oku i westchnieniem zachwytu. Fajnie by było na stare lata przeczytać własną - tę jedyną, właściwą - Opowieść.

Dlatego piszę. Dlatego i Wy powinniście, jeśli macie ku temu zapał i predyspozycje. Lecz ostrzegam: Jeśli wierzycie w to tylko dlatego, iż kłamliwa agenda wmówiła Wam, że pisać może każdy... No cóż... Każdy z Nas ma inny dar - to jedyne, co mogę wam rzec; celem naszego życia jest odkryć jaki i podążać za nim właśnie, jak za Przewodnią Gwiazdą, bo każdy z Nas jest inny. Czego Wam życzę z całego serca, miejcie odwagę i nie rezygnujcie nigdy z marzeń :) 
 



____________________________


Poprzednie części z cyklu "Łabędzi śpiew znaku":


wtorek, 15 stycznia 2013

"Hobbit: Czyli tam i z powrotem" - John Ronald Reuel Tolkien. Tylko ten nie ma blizn, kto nie walczy.


"Rise Above"  by  Steve De La Mare  ©


Odpływy i przypływy. Jestem jak ocean, którego odwieczny cykl znaczy naszą planetę. Jednak tym się od niego różnię, iż jedyne, co jest we mnie niezmienne -- to moja zmienność. Nie potrafię przeżywać, czegokolwiek, w sposób "letni". Kiedy się cieszę, zarażam swym szczęściem wszystko i wszystkich dookoła, przez co sami się sobie dziwią, ci, którzy stanęli na mej drodze, skąd w nich tyle szczęścia, przecież zawsze sądzili, że nie ma w nich już żadnej nadziei. Kiedy się gniewam, z mych ust i oczu sypią się skry, zamieniam się wtedy w tajfun, piekielne harce wyprawiają moje zmysły, gdy ciskając ogniem wokół, trawię świat po kawałeczku, aż w najtwardszych sercach puszczają spoiwa i cały świat zamienia się w chaos. Tak też kiedy rozpaczam, kiedy cierpię, płaczą ze mną obcy mi ludzie, choć nic wokół nich nie powinno dawać im do tego powodu. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, moje metafory winny być przyjmowane z dystansem, gdyż często jedno słowo w moim świecie oznacza coś zupełnie innego w waszym. A jednak tak się dzieje...

Cios był potężny i zadał mi głębokie rany, ponieważ nie zaatakowali mnie ci, po których się tego spodziewałam. Gdy leżąc na plaży, wpatrywałam się w gwiazdy o jakich w PL nawet śnić się nie da, przyszło mi do głowy porównanie, które najlepiej odpowiada temu, czego doświadczyłam, przed czym musiałam się bronić, bo gdybym tego nie uczyniła, mrok zalałby całe moje wnętrze. To jak z tonącym statkiem. Jeśli jest szansa na uratowanie, kosztem zalanych pokładów... Taki też miałam sen zanim nastąpił atak, cóż za zbieg okoliczności, Wprawdzie śnił mi się statek kosmiczny a nie Costa Concordia, lecz wymowa tamtego snu była taka sama: Cień będzie chciał wtargnąć do twego serca i uczyni to podstępem, ze strony, której nie będziesz się spodziewać. We śnie roztropny kapitan odciął sekcję w której pozostało jeszcze kilkanaście osób. Los wytypował ich na chybił trafił. Do tej pory przypominam sobie ich zdumione twarze, gdy pojęli, że ceną za udaną misję jest ich własne życie. Ja to mam sny... o_O

I tak też pomyślałam leżąc na plaży kilkanaście godzin temu, czując na skórze pierwsze promienie słońca. Drżałam, bo świt zdawał się wypalać ze mnie, z mego poranionego ciała (i duszy) resztki jadu, który wsączono we mnie wbrew mej woli. Dziś już wiem, że zawdzięczam życie szybkiej decyzji, zimnej krwi, którą zachowałam i że byłam gotowa pozwolić obumrzeć we mnie czemuś, aby ocalić resztę, Siebie. Nie zamierzam was oszukiwać. Znienawidziłam ludzi przez te kilka dni. Znienawidziłam tak bardzo, iż gotowa byłam (w wyobraźni, bo inaczej się nie da), wypalić rozżarzonym prętem ropiejącą ranę, która tworzy wasz mikrokosmos. Poświęcić wszystko i wszystkich, aby ocalić... Siebie? Nie... Dlatego zamilkłam. A jak Wy zachowalibyście się gdyby uchodziła z was krew? Gdyby wszystkie wasze wysiłki zostały obrócone przeciwko wam i to nie przez tych, którzy czynią źle, ale przez tych, którzy są krzywdzeni?

Tego dnia, aby nie stracić woli, aby się nie poddać, poświęciłam część siebie. Wiem już na pewno, że w miejscu, gdzie mnie zraniono nie zatli się więcej światło. To martwa tkanka i będzie ona znaczyć moje Ja odtąd po kresu czas. Nie ucieknę od tego, nie odwrócę czasu. Wiedza o ludziach wsiąkła za głęboko i w tym miejscu na próżno szukać litości, zrozumienia. To "ciemny las", wielkie Pustkowie, do którego nie zamierzam więcej zaglądać. Groźby i oszczerstwa już mnie nie zranią, bo przejrzałam na oczy. Byłam dotąd jak dziecko, które nic jeszcze nie wie. Wprawdzie wiedziałam, że świat dzieli się na dobrych i złych, ale tak poza tym, wszystkie moje sądy, nacechowane były "wiarą w człowieka". Nie będę się nad tym rozwodzić. A okrzyk rozpaczy, który kierowałam w Pustkę, co by przebudzić Dobro (jej esencję), aby doznać jakiegoś olśnienia, czekając dowodu, że jest w mym istnieniu jakiś głębszy sens, już nie jest mi potrzebny. Nauczyła mnie bowiem ta lekcja tego, iż bez względu na to czy jest na tym świecie dobro czy nie, ba, choćbym była ostatnią, która doń uparcie zmierza, chłoszcząc się o poranku pokorą, więcej nie będę wyglądała znaków. Nie potrzeba mi dowodu, nie potrzeba szalupy, ani liny. Dobro jest we mnie. Nie o to chodzi w życiu, aby się słaniać na nogach, żyjąc wyłącznie na przekór nicości, ale żeby z nią walczyć. Dzień po dniu, na przekór cierpieniu, na przekór pogardzie, kpinom, szyderstwom, jawnym i ukrytym atakom, na przekór w końcu samemu sobie, bo Nicość zwycięża wtedy, kiedy mówimy sobie: Dosyć. Ja nie chcę, nie godzę się na taki koniec. Choćbym była ostatnia, cała w bliznach, poszarpana, opluta, wzgardzona, ile mi sił starczy, będę gryźć, kąsać i atakować. Moim celem światło, moją wiarą nadzieja, moją zbroją miłość i prawda, więc bez względu na otaczający mnie mrok nie przestanę napierać. Będę jak gza ;D

Zło jest tchórzliwe, pamiętajcie o tym. Atakuje jak wąż zawsze z ukrycia, czuje się pewnie wyłącznie w stadzie, na co dzień ledwo słyszalne, nabiera sił mocą przewodów, reflektorów i opłaconych agentów. Ono pożera to, co zdrowe, lecz niezabezpieczone, wmawiając nam, że nic nam z tej strony nie grozi. Zachęca, byśmy rychlej upadli, a uderza prosto w serca poprzez tych, na których nam zależy. Czy ceną za święty spokój ma być powolne gnicie od środka? Przebiegunowanie naszego "ja"? Nigdy!

Ja wiem jedno i doświadczyłam tego dobitnie na własnej skórze, ten tylko nie doznaje ran, kto stoi bezczynnie i pozwala, aby zaraza objęła jego organizm bez walki. Potem i tak zginie, ale na kolanach, żebrząc o litość. Ja nie zamierzam nikogo błagać o litość. Moim pancerzem światło, więc żadna ciemność mi nie straszna. Powiem nawet więcej, przetoczę się ja po jej grzbiecie z całym impetem, wyrywając krwawe jej ochłapy na wszystkie strony. Każda (moja) rana się zasklepi a im będzie głębsza, tym dobitniej odczuję, że mam rację a  r e s z t a  się myli. Nie urodziłam się wszak, żeby stygnąć za życia, lecz aby świecić coraz jaśniej i jaśniej, bo koffam życie z całej duszy! A gdy przyjdzie czas wypalę swym płomieniem ślepia tej przebrzydłej hydrze, odetnę jej łeb a na śmierdzącym truchle zatańczę triumfalny taniec. I nie potrzeba mi na to żadnego dowodu z gwiazd, z nieba, skądkolwiek bądź. Choćbym była ostatnia w swoim rodzaju, na przekór całemu światu, podniosę się ten raz i następne sto, a za każdym razem gniew mój dosięgnie Zła tysiąc razy bardziej.

"Hobbit or there and back again" by Pervandr

Tym bardzo długim wstępem...., chciałabym teraz przejść do "Hobbita" a wybrałam go na dzisiejszą notkę ze szczególnego dla mnie powodu. Nie wiem czy za sprawą intuicji, czy może życiowych doświadczeń z książkami, podczas kilku dni wylizywania głębokich ran, instynktownie sięgnęłam po to właśnie dzieło Tolkiena. Potrzebowałam na gwałt "dobrej energii", twardego gruntu pod stopami w postaci "tego, co najszlachetniejsze" a przecież nie sposób odmówić Tolkienowi daru do zapalania w sercach zgaszonych przez podmuch zła, żagwi. On niczym ciepły, lecz potężny podmuch na morzu, pcha łódź ku odległym przystaniom, napełniając ducha nową siłą i wiarą w to, że Dobro jednak zawsze na końcu zwycięża. Za to właśnie koffam Tolkiena, choć tak wielu dzisiaj go deprecjonuje, wyszydza. Znak czasów?

Gardzę za to (wybaczcie tę dosadność) ludźmi, którzy oceniając go w płytki, jakże urojony przez jad w nich samych, sposób, starają się mu uwłaczać, iż zbyt wyraźnie zaznaczył granicę między tym, co dobre a tym, co złe. Niektórych - jak twierdzą - dosłownie obrzydza i nudzi, iż elfy są tak przeraźliwie doskonałe a sługi Ciemności aż ociekają gnojem. No cóż... Prosta rzecz, którą widać nie każdy pseudo-fan fantastyki pojmuje, iż Tolkien był człowiekiem starej daty, który nie dość że sam napatrzył się na wojnę jedną i drugą, o czym zresztą jest "Władca Pierścieni" (o tym innym razem), to starał się też na dobitkę pobudzić naszą własną wyobraźnię. W tym celu właśnie, tak przynajmniej uważam prywatnie, słowa wypowiadane w jego dziełach są piękne, nawet gdy padają z ust ciemnych i podejrzanych typów. Na próżno szukać w Hobbicie czy gdzie indziej u Tolkiena, słów wulgarnych, scen drastycznych, w jakie celuje współczesna literatura aż za nadto. Jednak pełno ci ich w istocie na kartach jego powieści, ale żeby je ujrzeć, wpierw należy znać "dokładną" różnicę między Dobrem a Złem, a nie, podążając za bzdetami "poprawności politycznej", pieprzyć farmazony o "wielu odcieniach szarości". 

Wybaczcie mi, ale według mojego kanonu wartości albo się jest dumnym Sługą Światła albo wycieraczką Sił Ciemności i naprawdę nie ma tu większego znaczenia, czy w swej dobroci co rusz się potykacie, wybijając sobie zęby i tłukąc kolana, przez co sumienie, co rusz drapie was od środka, bo żaden z Nas nie jest jak kryształ przecież, ani też jak mocno Siły Ciemności koffają Mozarta, Van Gogha czy insze cudo naszej kultury, jeśli w głębi przeżarci są przez mrok. To są tylko "słabości" a nie istota każdego z Nas. Dobro to łza, którą czujecie pod powieką na wieść, że kolejni zwyrodnialcy zamordowali swoje nowo narodzone dziecko, czy gdy jakiś łachudra skatował biedne zwierzę... Zło nigdy się nie wzrusza, Ono czerpie radość z Waszych łez.

Bohaterowie książki "Hobbit" i filmu (Bilbo Baggins, 13 krasnoludów i Gandalf)

Nie zawiodłam się na Tolkienie i tym razem. Który to już raz czytam tę książkę? Sama nie wiem. Brzegi jej postrzępione, zakładka wciąż ta sama, choć aromat kadzidełek dawno zeń wywietrzał. Kartki wciąż kremowe, choć dużo bardziej nasycone różanym olejkiem, którym nasączona jest ściereczka, którą czyszczę swoje ukoffane perły co dwa tygodnie. Słowa układają się w równym szeregu, jak na musztrze, przywołując przygody dzielnego, choć zrazu dość opornego do wojaży Bilba.

Chciałabym móc opisać wam sny, które miałam przez lata o własnym gniazdku pod leśnym pagórkiem oraz o wrażeniach, jakie towarzyszyły mi przy seansach kinowych, gdy byłam w szkole średniej, a trylogia Jacksona, święciła sukcesy, jednak z racji tego iż już rozpisałam się za bardzo, napiszę o tym innym razem, jeśli nie zapomnę. Powiem tylko tyle, że zawsze kiedy zaczynam czytać "Hobbita" nachodzi mnie ochota na "racuchy" z cukrem pudrem i bez względu na to jak czarna władałaby mą duszą ciemność, moc bijąca z tej książki ratuje mnie z opresji. To czysta magia, lepiej nie da się tego opisać. :)

Jak mawiał Bilbo: "jeśli chce się coś znaleźć, trzeba po prostu szukać". Święte słowa. Ja szukałam przez wiele lat odpowiedzi na wiele pytań, na to przykładowo: "Dlaczego ludzie stale łączą się w stado, tworzą prawa, nakazy i zakazy, normy i wartości, skoro każdy z Nas jest dokładnym egoistą a więc rozsądniej by było Nam rozpierzchnąć się na cztery strony świata czy Universum?". Szukałam też "przyczyny" dla której warto koffać i szanować ludzi na przekór całemu złu, jakie tworzą i jak powiedział inny bohater, z zupełnie innej bajki, znalazłam więcej niż byłam w stanie udźwignąć. Zupełnie jak Bilbo, kiedy dotarł do kresu swej podróży i pojął, że nie da rady dowieźć do domu góry złota, która przypadła mu w udziale. Na cóż więc tak się szarpał? Na co całe to cierpienie, ryzyko, strach przed śmiercią, przed utratą przyjaźni, przed zagubieniem drogi powrotnej do domu? Może na to, iż całe nasze życie to "droga", która niczym inicjacja przygotowuje nas na coś zgoła odmiennego, ważniejszego?

Dzięki Tolkienowi wiem, już że tak naprawdę żadna z tych rzeczy, które tak koffamy, których tak pożądamy nie ma znaczenia. Jest bowiem "coś, przed czym w świecie nic nie uciecze, co gnie żelazo, przegryza miecze, pożera ptaki, zwierzęta, ziele, najtwardszy kamień na mąkę miele, królów nie szczędzi, rozwala mury, poniża nawet najwyższe góry" ("Hobbit"). To - Czas. Jedyną sprawą, za którą warto wylewać pot, łzy i krew, jest "słuszna sprawa". Bez względu na to, co to jest w danej epoce świata, warto jej służyć i wspierać jej posłańców. Warto nieść promień światła w miejsca, gdzie dotąd królował mrok i zapomnienie. Warto szarpać się, upadać, by znowu móc powstać, bo to właśnie jest esencją życia. To ciągła walka o przetrwanie. Ten tylko ginie naprawdę, kto daje się pokonać samemu sobie i ze strachu, poniżenia, ze skulonym ogonem, zamiast dać sobie i innym czas na regenerację, nie wraca z nowym zapasem energii. Jeśli posiada się dar do podnoszenia na duchu innych, tego nauczył mnie Tolkien, trzeba też samemu poderwać się z kolan, nie dlatego, że "coś jest lub nie jest nam pisane", ale dlatego, że warto żyć dla samego życia. Tylko głupiec czeka na oklaski lub linę zrzuconą z nieba.

Kadr z filmu "Hobbit" (Gandalf w podziemiach Gór Mglistych i Król Goblinów)

Kolejną ważną lekcją zapisaną w "Hobbicie" jest to, iż każdy z Nas posiada w sobie wielkie pokłady męstwa, nawet jeśli nie podejrzewa siebie o to. To, jacy naprawdę jesteśmy, wypływa na wierzch dopiero wtedy, gdy los rzuci nas w wir wielkich / przełomowych zdarzeń. Niczym stop żelaza, który czeka na wprawną rękę kowala, tak i nasze "ja", ten nieoszlifowany diament, czeka byśmy przebudzili jego blask. Ale życie nas nie rozpieszcza. Przeważnie niewiele daje okazji do zrzucenia zakurzonych szat, także i Zło, zasnuwa nasze oczy gęstą zasłoną, szepcząc do ucha, że to lub tamto jest dla nas zbyt ciężkie. Po co się wychylać, po co ryzykować? Mało to jest na świecie szaleńców? Niech Oni głupieją na barykadach wielkich idei, lepszy jest milusi domek, herbatka lub kawcia na stole, gazetka lub książka i ciepło bijące z kominka. To wszystko prawda ... a jednak jeśli Wam się zdaje, że to właśnie jesteście "Wy-My", grubo się mylicie. Ja też się mylę co rusz.

Prawda o nas samych rzadko ukazuje swoje oblicze pod wpływem tak prostych zwyczajów, zachowań, słabości. One upodabniają nas wszystkich do siebie; zamieniają nas w tresowane pudle. Tym właśnie się stajemy, żyjąc w bezpiecznym schronieniu, dogadzając swym brzuszkom, małym rozumkom, maleńkim pragnieniom, powszednim przyzwyczajeniom. Wszyscy - na jedną modłę. Nie zrozumcie mnie, źle... Chodzi mi oto, że stajemy się tacy, kiedy "nic więcej już Nas nie porusza". Udomowione koty i psy, co najwyżej tchórzofretki. Ile razy w naszym życiu pojawił się cień i przygoda? Ile razy poczuliśmy ostrze noża wbite w plecy (metaforycznie), gdy ratując kogoś lub samą ideę, nadstawialiśmy karku? No... może czyniliśmy to dla złota, dla stanowiska, dla fury i komóry... ale One wszystkie już dawno przeminęły, nie mają dzisiaj już żadnej wartości, bo wszyscy je mają, a przynajmniej wszyscy za nimi gonią. To nie są prawdziwe skarby.

Skarb wciąż ukryty, leży głęboko w trzewiach świata, lecz żeby doń dotrzeć, wpierw jak Bilbo i jego kompania, należy przedrzeć się przez ciemność gór i lasów, gdzie czatują wściekłe tarantule. Trzeba przechytrzyć Olbrzymy korporacji, których pełno wokół, prześcignąć sforę wilków, żądnych waszej krwi, najpewniej z zawiści oraz chciwych, choć pięknych elfów oraz innych ludzi, dla których Wasza przygoda znaczy tyle, co nic, by na samym końcu, pokusić się o Arcyklejnot, na którym Smaug okrutny, smoczysko przesławne, niczym Zło w jądrze ciemności, spoczywa. A skarbem - może być wszystko. Dla mnie np. jest nim Wiedza.

Wzorem każdego śmiałka, który wyrusza w daleką, pełną niebezpieczeństw drogę, a tym jest życie, zebrałam się więc w sobie - jestem pewna, że w porównaniu z większością Was i tak zajęło mi to niewiele czasu - opatrzyłam ciężkie rany, płaty bandaży zbroczonych czerwiem krwi oddałam oceanowi, jako ofiarę za swą własną lekkomyślność, by zostawiwszy za sobą ciemne miejsca duszy, które zabrała ze sobą ta "walka", po raz kolejny przekonać Was, że warto żyć, że warto być, zmagać się z każdym dniem, walczyć ze Złem, w jakiejkolwiek przyjdzie do Was postaci; walczyć też przede wszystkim o swoje szczęście. Upadamy wszak po to, aby otrzepać się i iść dalej. Przecież nikt nie obiecywał, w żadnej mądrej księdze nie pisał, że przeprawa przez ocean życia będzie lekka i przyjemna. Z góry trzeba założyć, że żadne z Nas nie wróci z tej podróży cały i zdrów, lecz to od Nas zależy, moi mili czy dotrwamy do końca pełni sił, godności, ze śpiewem na ustach, czy będziemy pełznąć ku bram wieczności jak ślepiec. Nam po prostu nie wolno dać ustrzelić się stojąc w miejscu, naszym przeznaczeniem biec, zdobywać, odkrywać, chłonąć. Walczyć ze Złem, czyli - Nicością w każdej sekundzie swego istnienia, co by nie zgasiła w nas nadziei. Nie wolno się poddawać, nie wolno łatwo rezygnować z marzeń, nie warto odwracać się plecami od miłości, nawet jeśli przychodzi późno i nie tak, jak sobie wyśniliśmy. Szczęście nie jest bowiem lądem czy królestwem o takiej nazwie, nie jest też złotem, srebrem czy brylantem. Szczęście bywa tak ulotne...

Szczęście ma tyle imion ile jest ludzi, więc z całą pewnością życie pędzone na modłę wszystkich innych, takim nie jest. Możecie siedzieć w swych norach do zasranej śmierci, karmiąc się wyłącznie przygodami innych, albo wyjść z domu, przekroczyć próg i pozwolić, aby nogi zaniosły was na drugi koniec świata. I bez względu na to, w co wierzycie, co wiecie, do czego próbujecie przekonać innych, liczcie się zawsze z tym, że nikt wam nie uwierzy a pierwsi zranią na bank ci, których będziecie chcieli chronić. Pamiętajcie tylko o jednym, że rany nie są powodem do ucieczki, co najwyżej do zastanowienia: Widać pancerz Twój szczerozłoty bratku, miał jakiś feler, ot co!

piątek, 4 stycznia 2013

"Prometeusz" (by Ridley Scott, 2012) - "Ciekawość dotycząca egzystencjalnych problemów, nazywa się żądzą wiedzy. A tej .... nigdy dosyć".




Albert Einstein, na którego często się powołuję, gdyż jest kopalnią cytatów (ale nie tylko dlatego), powiedział kiedyś, że najważniejsze w naszym życiu jest to, aby nie utracić dziecięcej ciekawości, która, niczym delikatna roślinka, potrzebuje przede wszystkim pełnej wolności. Zdolność zadawania pytań, szukania nań odpowiedzi a w konsekwencji konstruowania logicznych, daleko idących (czasami) wniosków, jest paliwem, które napędza ludzkość jak długo chodzi ona w wyprostowanej pozycji, odkąd po raz pierwszy podrapała się po głowie, dumając nad naturą rzeczy. Oczywiście od samego początku, zdolność ta była hamowana na wszelkie możliwe sposoby, przez grupy-środowiska, którym nie w smak było, aby niepokorna trzoda podważała głoszone przez nich "hasła". Z tego też powodu, łatwo sobie wyobrazić "hipotetycznego" buntownika, który dawno temu, jak dawno, tego nikt nie wie, po raz pierwszy zakrzyknął BASTA i postanowił otworzyć oczy innym, obchodząc bandyckie "anty-prawo" w taki sposób, aby choć raz to trzoda mogła ogrzać się w blasku prawdy. Ale takich wyjątków było więcej, moi Koffani. 

Historia ludzkości zna o wiele więcej postaci, nazwisk i pseudonimów, dzięki którym coś odmieniało się na korzyść trzody, dzięki hasłom których, podpalano świat płomieniem rewolucji, buntu, obywatelskiego nieposłuszeństwa. Działo się tak wielokroć w przeszłości i znowuż dziać się będzie, gdyż człowiek ulepiony z przyciężkiej gliny, naturę ma krnąbrną. Jak długo się da wciąga w siebie ołowiane przesądy, żelazne przepisy, które niczym kajdany pętają jego kończyny, by któregoś dnia, jednym, stanowczym szarpnięciem zrzucić bandyckie jarzmo z karku i sięgnąć ostrzem po krtań tego, który ośmielił się wierzyć, iż ulepiony jest z lepszej gliny, przez co ma prawo, deptać kości swoich braci ciężkimi buciorami podkutymi blachą. 

Według mnie "Prawo", które w danej chwili obowiązuje wokół Nas, moi Koffani, nie powinno Nas ograniczać, gdyż napisało je bandyckie plemię; plemię pyszałków w krawacikach, w koloratkach lub inszych szatach religijnych, z liczadłem w ręce, mierząc życie Twoje i Moje, na procenty. A skoro dorwali się Oni "bezprawnie" do koryta, stojąc nad Nami w rozkroku, czyż naprawdę jesteśmy im cokolwiek winni? Czy naprawdę coś - względem Nich - musimy??? Według mnie tak jak nie można zgwałcić prostytutki, tak i nie sposób okraść złodzieja, ani zabić mordercy. Zaczynam więc doskonale rozumieć gangsterów, lichwiarzy i wszelkiej innej maści ludków z tzw. półświatka. Przyglądając się im z boku, całkiem neutralnie, dochodzę do wniosku, że Oni jedyni żyją dzisiaj w zgodzie z "literą i duchem tegoż prawa". Brawo, Chłopcy i Dziewczęta. Jak długo bierzecie pod włos tę skundloną zarazę, która nazywa się Systemem, to Wy jesteście moim (zbiorowym) Bohaterem. 

Lecz nie wyłączam z tego wszystkich Innych, którzy w taki czy w inny sposób, stają okoniem względem szamba, które nas otacza, a które nazywa się: Państwem, Porządkiem, Przepisem, Powołaniem.... Świat (System), który znamy po prostu musi - to "oczywista - oczywistość" - być zgniecionym, zmasakrowanym, przeobrażonym, odmienionym.... a co plugawego w nim wciąż się ostanie, zostanie jak chwast wyrwane z korzeniami. Wierzę, że tak będzie... a uczyni to prosta, jakże naturalna dla człowieka myślącego... "Ciekawość". Oni też się jej boją... I słusznie.

Na pierwszy post w nowym roku, wspaniałym 2013 (oszołomom, które wierzą w stworzony przez durnowaty kler mit o pechowej 13 - dziękuję i odsyłam na stronę kozaczek.pl), wybrałam pewien kontrowersyjny film, jako iż Sylwester, mnie osobiście, bez względu na to gdzie jestem i co robię, zawsze niesamowicie dołuje, choć tego nie okazuję wprost. Druga rzecz, że Emu musiał opuścić mnie na parę miesięcy, obowiązki wezwały.
A dołuje nie tylko z tej racji, iż miesięcy winno być 13.... mniejsza o detale, ale dlatego, że tego dnia świat skacze jak małpa kopniakiem zrzucona z drzewa, chlejąc na potęgę, obrzygując później co popadnie a rankiem, dnia następnego, pamięta z nocki poprzedniej piąte przez dziesiąte. Nie ma nic złego w dobrej zabawie, ale tylko prymityw chleje dla samego chlania, nie ograniczając się do symbolicznego toastu, tak iż cuchnie odeń jak z gorzelni na kilometr. Jakież to uwłaczające istocie ludzkiej... Niby mamy XXI w. a wciąż "tańczymy" jak nam zagrają.

Do tego dochodzą jeszcze modne na całym świecie od tysięcy lat fajerwerki. Powinien być jakiś przepis, który zezwalałby wyłącznie na takie pokazy na rynku miasta i wyłącznie z kieszeni merostwa, po cóż jeszcze "prywatnie" dokładać do takich głupot, skoro tak czy owak, każdy płaci podatki?? W takim Sydney przykładowo jak co roku niebo zasnuła feeria barw a ludzie, jakże odmiennie od buractwa na północnej półkuli, bawili się kulturalnie niemal do rana, nad brzegiem Tasmana. Po prostu poezja. 

Osobiście spędziłam tamtą noc w gronie nowych znajomych (średnia wieku między 30 a 70 lat, nie licząc paru brzdący) i nie było libacji, nie było ekscesów, bólu głowy nazajutrz, luk w pamięci, etc. To się nazywa "kulturalna zabawa", pełna śpiewu i tańca, czułych uścisków i życzliwych rozmów. Pape miał okazję pogaworzyć w dawno nieużywanym przezeń rosyjskim dialekcie z pewną sympatyczną panią, ja zaś zadumałam się o świcie, kiedy Jutrzenka rozjaśniła moje i mojego Emu, lico. Jakżebym chciała, w tamtej chwili, móc wstrzymać świat jednym przyciskiem, aby namieszać nieco Innym w tej ich tępej, cielęcej radości. Tak jak Ona... rozkręcić tę durną planetkę w odwrotną stronę i puścić, niech tak, od teraz, się kręci. A, co??







Właściwie nie planowałam oglądać tego filmu. Kiedy wchodził do kin, po zapoznaniu się z trailerami, stwierdziłam, że Ridleyowi coś siadło na mózg i że za pięć minut wycofa to coś z obiegu, jako przedwczesny Prima Aprilis. Pierwsze skojarzenie bowiem, jakie może się nasunąć przeglądając spoty na YT, to iż reżyser na przekór mądrzejszym od siebie sugeruje, aby zaniechać naszej ludzkiej dociekliwości, a więc że nie dość, że stanął po stronie kapłonów-penisów i ich służek w garniturkach, to na dodatek chyba musiał mieć coś wspólnego z przedwczesną (?) śmiercią swego brata, w końcu w cieniu takiej dominy, trudno drugiemu twórcy utrzymać się na fali. Ale rzecz jasna nie neguję nowotworu czy co go tam toczyło... w takim wypadku skok na główkę z mostu wydaje się całkiem rozsądnym rozwiązaniem, zważywszy np. na poziom Służby Zdrowia w Polandii oraz kto i z jakiego pustynnego kraju, Was leczy. Ale cóż... ja nie o tym. 

Dałam się jednak skusić na ów film, powodowana bądź co bądź sentymentem do Ridleya, którego "Łowca Androidów", wywarł na mnie ogromne wrażenie i wciąż jest jednym z moich ulubionych filmów, jak i Nostromo (I część Obcego) czy choćby "Legenda" (tyle że bez tego dupka w czerwonym, nie przepadam za Timem Curry, który zaczynał swą karierę w filmach porno). Ponadto i chyba przede wszystkim, obejrzałam "Prometeusza" z wrodzonej ciekawości, którą nasycić może tylko spełnienie, nawet jeśli uznam potem ów film za niewart uwagi. Tak więc Emu wypożyczył dvd z Blu Raya, ja zaopatrzyłam nas w pokaźne kubły prażonej i pewnej nocki wrzuciliśmy, że się tak wyrażę, mięso na ruszt. I co?

A tam dziwna sceneria przenosząca nas w czasie do młodej Ziemi, na niebie dynda się dziwnie podobny do islamskiego półksiężyca statek Obcych i poza wspaniałymi widokami pierwotnej gleby, rzek i wodospadów, autorstwa polskiego "director of photography", niejakiego -- Dariusza Wolskiego (zna ktoś??), które zachwycają, nie sposób mu odjąć chwały, pierwsze wrażenia miałam mieszane. Że niby co? Blady cwaniaczek popełnia uświęcone sepuku w wyniku, którego rozpadają się jego atomy, wpada do pierwotnej zupy (jak mawiają ewolucjoniści), dając początek życiu na Ziemi??? O_o A ponoć, cytując Jokera, to ja mam kiepskie żarty. Niemniej ok, idea ciekawa, żywcem wszak zerżnięta od Dänikena, jakby ktoś jeszcze nie wiedział... W sumie cały ten film to kompilacja Dänikenowskich i nie tylko hipotez, które starają się zrekonstruować dzieje naszego rodzaju w możliwie najdziwaczniejszy sposób, bo w końcu aby obalić taką ideę, wpierw należałoby wymyślić o niebo głupszą i bardziej zakręconą, co ciężko sobie wyobrazić. Aż strach się bać, czyż nie?

Nawet On się ze mną zgadza....

Opowieść, którą serwuje nam Scott przenosi nas rychło w odległą - z tego punktu - przyszłość, do końca XXI wieku. Grupa archeologów na czele z:  Elizabeth ("El") Shaw (aktorka znana z cyklu "Millenium") oraz Charlie Hollowayem, dokonuje przełomowego odkrycia, gdzieś na północy Szkocji (czyżby poza kamiennymi rytami mieściło się tam coś jeszcze??), z którego na pewno bardzo ucieszyłby się Däniken, potwierdzającego liczne odwiedziny na naszej planecie (od Starożytności) istot z innej galaktyki. Ochrzczeni przez naszych poszukiwaczy (jak miło) - Inżynierami (czy to dlatego chłopcy z HAARPA bawią się w bogów?? Hm... I'm curious...), mieli nauczyć Nas wszystkiego, począwszy od uprawy marchewki, kończąc na budowaniu "kompletnie nam niepotrzebnych" kamiennych molochów, wskazujących dokładny czas na Syriuszu, podczas gdy my sami, do dzisiaj, nie potrafimy ustawić raz a dobrze letni i zimowy czas na zegarkach. Wow. 

Zwabieni więc obietnicą przyjacielskiego bankietu z Obcymi, o czym świadczyć mają skalne rysunki sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat, nasi śmiałkowie wskakują na statek kosmiczny - jakże przebiegle nazwany "Prometeuszem" - i podróżując we śnie kriogenicznym, zdani na łaskę "androida-Davida", jakże typowego "Aryjczyka", po trzech latach lądują na nieznanej planecie, która wydaje się być raczej księżycem, ale któż by dbał o szczegóły w dobie efektów specjalnych, by wnet wcisnąć palec między drzwi, co uruchomi serię niefortunnych wypadków. I na tym właściwie mogłabym zakończyć ów opis. Puenta jest jasna: 

"I na co ci było, ty niepokorny człowieczku, lecieć gdzie cię nie chcieli, wpychając nos w nie swoje sprawy, czyż nie wiesz, że Kosmos cały aż tętni życiem, pełno tam skończonych sukinkotów, które tylko czają się na okazję, aby wyssać ci mózg i zainfekować swoimi odchodami całą Ziemię???". 

Takie jest mniej więcej przesłanie Ridleya. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła i lepiej zostać w domu, tam gdzie ciepło, wygodnie, gdzie ktoś Nami dyryguje, steruje, obracając wszystkie teleskopy-sondy, wielkie kosmiczne "Oko" na małą, błękitną planetkę, na ludzików jeszcze mniejszych, kręcąc wieczne reality show, szpiegując, podglądając, podsłuchując, manipulując, aż w końcu ziści się upragniony Raj cwaniaczków z wszelkich tych CIA etc, o tym mianowicie, że: "cel Ich osiągnięty będzie dopiero wtedy, kiedy wszystko w co wierzy opinia publiczna na świecie, będzie jednym, wielkim kłamstwem". Bylebyśmy nigdy nie marzyli o gwiazdach, tam jest dżungla, dzieci.... Dziki, nieznany ląd pełen potworów... (A tu ich nie ma??? Błua ha-ha-ha)... "Terra Incognita" dla niedorozwojów, które uwierzą we wszystko, co im tylko zaśpiewa redaktor - modny - aktor.  Tutaj siedźcie.

"Prometheus chamber" by Rado Javor

Jakie to szczęście, że wciąż zdarza mi się myśleć samodzielnie. Nie wiem jak długo, w końcu nie jestem ze skały, jak każdy człek mam swoje ograniczenia, ale jak długo potrafię, bronię się nogami i rękoma przed takimi "propagandowymi" bzdetami. Umysł oczyszczam z banialuk, że coś "jest nie dla Nas". Bzdura. Wszystko, co Nas otacza stworzone jest z materii (pomińmy w tej chwili niewidzialną ciemną energię, materię, etc), a więc opiera się na takiej samej fizyce, jaką znamy i szanujemy. Czyż zbieranie okruszków w wielkim lesie, jakim bez dwóch zdań jest Wszechświat, może być poza naszym zasięgiem? Nie chodzi mi o czaso-przestrzeń, która jeszcze bardzo, ale to bardzo długo będzie naszym kamieniem filozoficznym, lecz o samo prawo do dziwowania się, katalogowania cudów zachodzących w przestrzeni, budowania w oparciu o nie coraz to piękniejszych konstrukcji naukowych, które kiedyś w końcu poniosą nas do innych gwiazd - czego jestem pewna. 

Czyż samo badanie, łuskanie, zapamiętywanie, dziwowanie się i spekulowanie, jak i sam zachwyt, jest czymś "czego Nam nie wolno"?? Wybaczcie mi, durne kapłony-penisy, bez względu na to w jakiego bożka wierzycie, ale Ja nie kupuję takiej definicji. Jako agnostyk powiem nawet więcej: Jeśli (bo kto wie, jeśli nikt tak naprawdę nie wie??) jakiś Bóg rzeczywiście istnieje, mam uwierzyć, że będzie Nas karał za to, że Go szukamy???? Ba, że zbieramy porzucone przezeń (jak mawiał z kolei Einstein) okruchy??? Cóż  w tym zdrożnego? Cóż może być zakazanego? Skoro jeszcze 100 tyś. lat temu nasz mózg był wielkości orzeszka, by w XX w. rozszczepić atom i posłać człowieka na Księżyc, cóż pozwala niektórym wierzyć, że nic więcej na Nas już nie czeka i na nic więcej nie zasługujemy?? 

Jakże to płytkie i wredne rozumowanie, gdy położy się na szalę ogrom naszego Uniwersum. Trzeba szaleńca, aby uwierzyć, że wszystko to, to tylko plansza dla odwrócenia uwagi i że nie kryje się za tym jakiś większy, głębszy sens. Dokładnie tak - trzeba debila do kwadratu. Oto czym są Ci, którzy tak sugerują. Oznaczeni jak typowe bydło, znaczkami rodem z nazistowskich Niemiec, bo czymże symbole religijne są wobec swastyki, skoro jedno i drugie ma na celu oznakowanie napiętnowanych?, próbują kreślić naszą przyszłość, rozmieniając szanse na kości i kamień łupany. Jakie to patetyczne, nie sądzicie??

To kim był Budda???
Ale żeby nie było, że tylko najeżdżam, zrównuje z błotem, pora abym podzieliła się z Wami paroma - nieco bardziej optymistycznymi - uwagami na temat. Z filmu zostało wyciętych kilkanaście scen, w tym np. scena z trailera, gdzie Guy Pearce w młodszej odsłonie przemawia przed tłumem jak gwiazda pop, opisując dzieje mitycznego Prometeusza, który chociaż sam tytan, prawie że na równi z bogami, schylił się ku dużo słabszym śmiertelnikom i poświęcił dla nich swoje życie, wykradając z Olimpu ogień i inne akcesoria potrzebne do przetrwania. 

Wychodząc więc z tego założenia, odtwórca roli Petera Weylanda (założyciela tej samej korporacji, która wysłała dzielną Ellen Ripley w kosmos) tłumaczy, że wreszcie przyszła pora na ludzi, aby na równi z owym Prometeuszem, wymówili posłuszeństwo starym schematom. Owi mityczni bogowie, mieli bowiem posiadać podobną do naszej technologię, która pozwalała im latać w powietrzu, startować w kosmos, uzdrawiać, wskrzeszać, jednym słowem czynić cuda, które obecnie są normą na zapleczu geo-inżynierów, genetyków, etc. Czyż zatem nie jesteśmy obecnie - równi Bogom?? To nie moja konkluzja, ale Weylanda, więc jakby co z reklamacjami do Ridleya Scotta. 

W wersji Blu Ray można także zapoznać się z innymi wyciętymi celowo, dla komerchy, scenami. Ponoć w pierwszym scenariuszu tego filmu, miano sugerować iż sam Jezus, największy idol wszech czasów, miał być takowym "Inżynierem". Wtedy więc nie dziwi końcówka filmu, z której dowiadujemy się, co planowali po przeszło 2 tyś. absencji kosmicznej, uczynić z nami w ramach "podziękowania", jego pozbawieni pigmentu ziomale. Kurczątko, sama bym się wściekła, gdyby przykładowo któraś z moich zmyślonych, literackich postaci, nagle wymsknęła się spod mojej kontroli i uczyniła coś, czego dla niej lub dla innej nie przewidziałam w planach. Ale cóż, o ile w moim wypadku kara jaka mogłaby na nią spaść, ograniczałaby się raczej do gumki lub klawisza "backspace", o tyle w przypadku mocarnych Inżynierów, reakcja, była jakże adekwatna do ich rozmiarów. Aha, bo jeszcze nie wspomniałam... Znacie zapewne legendy o... Olbrzymach, którzy kiedyś mieli zamieszkiwać Ziemię? Otóż tym właśnie są owi Inżynierowie. Troszku nas przerastają wzrostem i muskulaturą... aż strach pomyśleć, co jeszcze mają większe?? O_O

W takim aspekcie "żądza wiedzy" nabiera nowego znaczenia.... X,D

Sama nie wiem dlaczego, ale pomimo tych wszystkich mankamentów, głupkowatych idei, kiczowatych scen zmutowanych ofiar bliskiego spotkania z bronią biologiczną Inżynierów a także plastikowych ról, takich jak np. rola Charlize Theron - której dosłownie nie znoszę (z racji gry aktorskiej - a właściwie jej braku), bynajmniej nie z powodu wyglądu, bo jest piękną kobietą; drażni mnie jej kretynizm, w życiu prywatnym, który co rusz rzutuje na moje o niej zdanie, kiedy już zapomnę o jej poprzednim, równie głupim wyskoku... ona tworzy kolejny - pomimo to bawiłam się na filmie przednio. Nie dość, że wybuchałam śmiechem dosłownie do pięć-dziesięć minut, to jeszcze miałam okazję naprodukować "teorii spiskowych" [moich własnych, zaręczam, że milion razy sensowniejszych niż te bzdety z you tube], za całe życie. 

Np. wymyśliłam taką... kto mnie zna, tego wcale "ona" nie zdziwi. Mam na tym punkcie obsesję i pławię się w niej z rozkoszą, jak Kleopatra kąpiąca się w mleku i miodzie. Otóż... Uwagę moją przykuła "dziwna" obsada tegoż filmu a już konkluzja na końcu okazała się wprost wyborna, gdyby tylko była jakimś cudem zamierzona przez Ridleya, padłabym mu z uwielbienia do nóżek. A co tam, wystawiłabym mu z platyny, cóż mu po złocie, cudniejszy posąg, jak ten który zdobi najsłynniejsze w NY lodowisko przy Rockefeller Center. A więc... Czytajcie uważnie:

Statek "Prometeusz" miał trzech pilotów:  Janka (nie mam pojęcia dlaczego zalatuje polszczyzną, ask Ridley) = kapitana o ciemnej karnacji, po prostu czarnoskóry zeń koleszka; Ravela (Ravla??) = rasy żółtej oraz niejakiego Chance'a (= grający go aktor ma irańsko-brytyjskie pochodzenie). Włączając w to:  samą Charlize Theron = (pochodząca z RPA - Niemka, żyjąca na stałe w USA) oraz urodzonego w niegdysiejszym RFN, Michaela Fassbendera, który że tak powiem traci kompletnie głowę w tej produkcji (lecz chyba ze względu na rolę nazisty w "Bękartach Wojny", przypadł do gustu Hollywood - aż ciarki przechodzą, jak przypomnę sobie, że przecież Hollywood budowali Żydzi), ułożyła mi się w głowie taka oto szalona wizja. Niech mnie per Scott poprawi, jeśli coś przeinaczę. Wszyscy trzej piloci ponoszą gwałtowną, jakże męczeńską śmierć, poświęcając się rzekomo dla dobra ludzkości, zaś poza w.w. Davidem, któremu widać pisane więcej zbroić, panna Theron doznaje przymusowego odchudzania-spłaszczania (co by nie pozbawiać was frajdy ;). Jakże by było cudownie, gdyby ten symboliczny sposób upadku trzech powyższych ras i ideologii, mógł ziścić się w naszym świecie. Wielkie KA-BOOM świetlanego statku zderzającego się ze ścianą Obcej materii, która opadłszy na ziemię, zwalcowałaby uciekających z przerażenia nazistowskich bękartów, którym znowuż się marzy "panowanie nad światem". Ech... Ale oczywiście to tylko moje szalone wizje, nad kubełkiem prażonej z polewą karmelową. 

Tak to jest jak się ma wybujałą wyobraźnię, cóż ja biedna, krucha mogę wiedzieć o prawdziwych intencjach Ridleya Scotta, który łącząc w postaci Inżynierów modne na świecie szaraki, greckie i mezopotamskie olbrzymy oraz walkę ras (jaka nam nastała, choć większość nie zdaje sobie z tego kompletnie sprawy), przemycił do kina coś pomiędzy chorą SF-telenowelę bez happy endu (na razie, bo za dwa lata ma wejść - ponoć - do kin druga część "Prometeusza") a dwuznaczną interpretację wypadków, które mogą nas spotkać, choć nie muszą. Jak będzie w istocie? Czy "przeklętą trójcę" z IIWŚ w końcu szlag trafi na amen, czy może stanie się dokładnie na odwrót i nastanie nam nowa, wcale nieświetlana era, w której zero nadziei i szans na gwiezdne wybawienie? Jak zawsze, nie tylko na początku tego roku, ludzkość kolebie się między jednym biegunem (+) a drugim (-). Gdzie jestem Ja w tej chwili? Ano wierzę, jak zawsze wiarą naiwną, wiarą sceptyczną, jak tu u agnostyka nie lubiącego słowa "ateizm", że 2013 będzie dobrym dla mnie i dla Was rokiem, z tej prostej racji, iż 13 nie jest pechową liczbą, tak jak placebo nie jest lekarstwem. Pomóc sobie lub zaszkodzić możemy na tysiące sposobów, jeśli w coś uwierzymy lub zwątpimy, dlatego zawsze trzeba mieć oczy szeroko otwarte, uszy nadstawione (ponoć ciekawskie zwierzątka, znaczy się ... czujne, żyją najdłużej), umysł czysty i skory do nauki, bo znaków wokół nas bez liku, które mówią, z której strony przyjść może zagrożenie, trzeba je tylko rozpoznać. Wpierw jednak trzeba być ich ....  "ciekawym". 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...