wtorek, 24 stycznia 2012

"The City of Ember" (Miasto Cienia) -- Jeanne DuPrau.



Przeczytałam kiedyś bardzo mądre słowa, które na zawsze odmieniły moje życie. Nie przytoczę ich tu kropka w kropkę, ale postaram się wyrazić je najlepiej jak potrafię. Gotowi? 
Nie ma takiej czarnej nocy, aby nie przebiła się przez nią odrobina światła. 
Myślicie zapewne... Phi, też mi odkrycie, ale jest tak wyłącznie dlatego, że nie znacie dalszego ciągu mej myśli. Wątpienie bierze się bowiem z tego, że od-uczono was wiary w moc sprawczą tego światła. Nazwijcie je jak chcecie. Jedni ubiorą je w szaty metafizyki, inni optymizmu, silnej woli skupionej na jakimś obiekcie, tak czy owak, światło zasadza się na waszej wierze weń, bo to umysł nadaje mu kształt. Zastanówcie się zatem przez chwilę, o ile częściej w waszym życiu pewność, że wszystko idzie lub pójdzie nie tak, jak trzeba jest silniejsza niż owe światło.... Uważacie, że zawodzi was umysł? Ha, właśnie w tym tkwi szkopuł. To wy oszukujecie samych siebie, czyż zatem nie dowodzi to, jak wielką moc ma wasz mózg? Pomyślcie nad tym, a gdy to już zrobicie, wsłuchajcie się w ciąg dalszy..... 
Każda dobra myśl, pragnienie, nadzieja, ma tysiąckrotną przewagę nad mrokiem, w który sami się wpędzacie. 
Wiem doskonale, że tak jest, bo sama przez całe życie skupiałam się wyłącznie na tym, co we mnie i naokoło mnie.... było złe. W głębi serca pragnęłam odmiany, żeby moje życie było udane, ale jak na złość, stale przytrafiały mi się tylko te złe, smutne rzeczy. Uwierzyłam bowiem, tak samą siebie zaprogramowałam, aby widzieć świat wyłącznie w czarnych barwach, że jestem nic niewarta, że niczego w życiu nie osiągnę, że z jakiegoś powodu wszyscy mnie nie znoszą, etc. Czy może zatem dziwić, że stale się potykałam, zderzałam z ludźmi, że spadałam z deszczu pod rynnę, i że w końcu, przez swój wewnętrzny, utajony lęk, doprowadziłam swój organizm na skraj przepaści? Nie, bo wiara mojego umysłu w to, co przesłonięte cieniem była silniejsza niż w to, czego pragnęło moje serce. I tylko dlatego, światełko w tunelu stale było poza moim zasięgiem. 

Pamiętacie ten żart? "Panie Boże, spraw, żebym wygrał na loterii, proszę, proszę, proszę". Na co ów Pan odpowiedział w końcu podirytowany temuż człowieczkowi: "Dobrze, dam ci fortunę.... Ale najpierw, do jasnej ciasnej, kup ten cholerny los". W tym tkwi cała magia, moi drodzy. Jeśli chcecie ujrzeć światło, ażeby szczęście do was przylgnęło, wpierw sami musicie uwierzyć, że jesteście szczęśliwi, że wszystko czego wam trzeba już jest wasze, a gdy mocno w to uwierzycie, pokochacie, przytulicie do swych serc, ciesząc się jak dziecko.... że "to" już gdzieś tam jest i czeka na was, choć jeszcze nie wie o tym, że jest wasze (tak zaklinam los od dawna i zawsze się sprawdza), zanim się obejrzycie, wasze życie zacznie się zmieniać, bo nieważne jak czarna jest noc, światło zawsze się przez nią przebije; jeśli tylko w nie uwierzycie, jeśli tylko to ono wypełni wasze życie po brzegi.


Zrozumienie podstawowej rzeczy, że to nie pech się za nami ciągnie, lecz my sami generujemy w swym życiu nieszczęścia stale o nich myśląc, obawiając się jutra, mając o sobie zaniżone mniemanie, nie jest prostą sprawą. Jako iż przez kilkanaście lat cierpiałam na depresję, na ów Syndrom Smutnej Pani, wiem jakie uroki rozpaczy mogą popieścić drutem kolczastym ludzki umysł i ciało, wiem jak można nisko upaść wyłącznie na własne życzenie, wiem czym jest samotność, w którą sami się wpędzamy, alienując się od innych za "jej" sprawą i czym jest paranoja, która czyni ze świata (w naszych oczach) tak przeraźliwe miejsce do mieszkania, iż najlepiej nie wstawać rano z łóżka. 

Ale znam też, bo tego doświadczyłam, czegoś przeciwnego, co pozwoliło mi po raz pierwszy w życiu spojrzeć na całą swą przeszłość z nowej, jaśniejszej perspektywy. Przeznaczenie? A cóż to takiego? Gdy dzisiaj o tym myślę, widzę jakim koszmarem jest dla ludzi przekonanie, wpajane im z pokolenia na pokolenie, w różnej tradycji, że gdzieś tam wysoko (albo nisko, jakkolwiek by na to patrzeć) istnieje jakaś św. księga czy zwój magiczny, na którym wiecznym piórem spisane są nasze dzieje od poczęcia, aż po zgon. Wiara w to, choć może się niektórym wydawać piękna (zwłaszcza gdy ich życie raczej obfituje w pomyślność) dla większości ludzi jest klinem, który nie pozwala im w żaden sposób ruszyć się z miejsca, aby coś zmienić. Jeśli są biedni, schorowani, nikt ich nie kocha, powtarzają sobie jak mantrę, aż w końcu zaczynają w to wierzyć (bo właśnie taką moc mają nasze myśli), że najwidoczniej taki ich los i na nic więcej nie zasługują. A to błąd, to nie tak, nigdy tak nie było i nie będzie. Nie ma żadnego zwoju losu, ani nici, która miałaby zostać o danej porze i miejscu przecięta, jesteście tylko Wy i wasze nieskończone możliwości, wasze dobre i złe uczucia oraz decyzje. To Wy kształtujecie swoje życie, na własne podobieństwo, to od was -- i od nikogo innego zależy -- czy życie to będzie się wiodło dobrze, czy źle. Pamiętajcie, że choć Rockefeller zaczynał od czyścibuta, już wtedy "wiedział" kim się stanie i trzymał się tej myśli jak liny; jeśli i wy się jej złapiecie, ujrzycie w swoim życiu cuda, dziwne zbiegi okoliczności, inspirujące myśli, miejcie tylko odwagę uwierzyć w siebie i gdy nadejdzie odpowiedni moment, skorzystajcie z okazji. 

Książka pani Jeanne DuPrau, natchnęła mnie swego czasu do głębokich przemyśleń. To jedna z tych powieści, które choć tworzone z myślą o młodych ludziach, działają na każdego, bez względu na wiek i płeć, jeśli tylko pozwoli się ponieść jej czarowi. Samo wyobrażenie, że gdzieś głęboko pod ziemią, od nie wiadomo jak dawna, istnieje ukryte miasto, w którym, stłoczeni jak śliwki w kompocie, żyją ludzie pozbawieni światła słonecznego, przekonani niezbicie, że poza ich kurczącą się cywilizacją nie ma już nic więcej, że zostali sami a wszędzie tylko mrok, jako żywo przypomina mi nasz obecny świat.

Ludzie, których nazywacie "władnymi", politycy i inni przywódcy, podsycają w was wizje rodem z koszmarów; jeszcze inni zasypują stertą śmieci, z których jedyny pożytek jest taki, że wierząc w nie, tracicie bezpieczny grunt pod stopami. Jedyne o czym wówczas myślicie to, o: nieszczęściach, spiskach, nikczemnościach, bólu; całe wasze życie zaczyna wytyczać jeden, przeraźliwy kalendarz strachu. Tego nigdy nie potrafiłam pojąć. Rzecz zdumiewająca, że choć sama na ten czas mogę powiedzieć, że zarzuciłam wiarę w dawne dogmaty, to jednak moje życie, nagle, stało się piękniejsze, pełne spokoju i nadziei. Nie twierdzę, że jest idealne, jeszcze troszkę mi brakuje, ale.... Widzę jak na dłoni ten "strach", w którym Oni - Was trzymają, w którym, jak w kokonie, sama żyłam przez dekady i jest mi tak przeraźliwie żal, że nie mogę was pociągnąć ku sobie, abyście i wy stanęli na szczycie świata patrząc prosto w słońce, abyście i wy ujrzeli spadające gwiazdy z nieba, tę czarowną melodię wszechświata, którą wysyła ku mnie, bo nauczyłam się "słyszeć" jego wołanie. Nauczyłam się "widzieć" i uczę się "czuć", przez co widzę jak piękni, pełni mocy i miłości jesteśmy, jak niewiele nam brakuje do wyzwolenia, doskonałości, jak wielki potencjał nosimy w sobie. 

Tymczasem żyjecie jak ci ludzie z miasta Ember, głęboko zakopani w swoim smutku, strachu, negacji, paranoi, żyjecie namiastką życia, odmawiając samym sobie szczęścia, wierzycie bowiem złudnie, że wasze szczęście zależy od kogoś innego; od zarobionych pieniędzy, od szczytów kariery, od tego wszystkiego, co samo przyjdzie do was jak przyciągnięte magnesem, jeśli tylko uwierzycie, że możecie i tego właśnie pragniecie, bo nie ma rzeczy niemożliwych. 
Chcecie przykładów? Dam wam bardzo prozaiczny, bo zapewne wielu z was myśli sobie w tej chwili, że szczęście wewnętrzne to i owszem, ale nie żeby nagle manna zaczęła z nieba spadać. Mój pape ponad czterdzieści lat temu, przez własną głupotę, stracił prawo jazdy. Pędził wówczas szalone życie, w głowie mu były wyłącznie kobiety, imprezki i przede wszystkim jego.... motocykl. Któregoś dnia jadąc z takowej imprezki nadział się na patrol. Dojrzał go wcześnie, więc zszedł przed zakrętem z motoru i udawał, że go prowadzi. Mieszkał w małej mieścinie, znał tego milicjanta a on jego, ale idąc doń przeczuwał, że chyba tym razem "wpadł po uszy". I co się stało? Milicjant rzeczywiście był miły, ale rzekomy kolega, który jechał z pape na tym motorze, zaczął pleść jak najęty trzy po trzy i wydało się, że jadą z imprezy, pan-władza poczuł alkohol, potem okazało się, że pape nie wziął ze sobą prawa jazdy, wiecie jak to jest...  Z deszczu, pod rynnę.

Milicjant miał jednak serce i gdy następnego dnia pape stawił się na posterunku z dowodem, władza zabrała mu go zaledwie na kilka miesięcy, tylko po to, aby nie musiał zdawać kolejny raz egzaminu. Takie przepisy, ale i dobra wola człowieka. Niestety mój pape był wówczas strasznym lekkoduchem. W międzyczasie przeprowadził się na południe kraju i jak powiedział mi przed rokiem, nie chciało mu się wracać do rodzinnego miasteczka. Macie pojęcie? Olał (brzydko mówiąc) prawo jazdy, a miał zarówno na samochód jak i na motor. Dla porównania chyba każdy z was słyszał jak dzisiaj trudno je zdobyć...

Minęło czterdzieści lat. W międzyczasie doznał rozległego udaru. Już kiedyś pisałam wam o tym, że skazywano go na wózek, lecz zawziął się i wnet zaczął biegać; inni nie mieli tyle szczęścia, choć mieli górę pieniędzy, skończyli jak warzywa (były lata 80'). Czym różnił się od nich mój pape? Wredna mamuśka przylazła doń do szpitala i z jadem powiedziała mu: Ha, widzisz? Już nigdy nie wstaniesz z tego łóżka. Nie mówiła tego przekornie, był czas że wręcz kłóciła się z personelem szpitala, aby nie wypuszczali go do domu. Koffana żonka, czyż nie? Wtedy to pomyślał sobie: Zobaczysz, wstanę i się z tobą rozwiodę. Po paru miesiącach zaczął biegać po parku i wyrzucił laskę do śmietnika. Już wtedy przeczuwał, że nie był to zwykły "zbieg okoliczności". Tak zaczęła się cała seria dziwnych "trafów" w jego i moim życiu. Ale wracając do sedna....

Dokładnie rok temu, zaczął nagle, z dnia na dzień, mówić że jaka szkoda, że nie ma prawa jazdy, że tak bardzo chciałby choćby z rok pojeździć sobie samochodem. I nagle coś go tknęło. Wbrew wszelkiej logice, napisał do urzędu miejskiego w dawnym miasteczku z zapytaniem: Czy mają tam jeszcze jego prawo jazdy? Dosłownie na drugi dzień przyszła odpowiedź, że tak, mają. Ale wiecie co jest w tym zaskakujące? To, że chociaż o nic w pierwszym mailu (słownie) nie poprosił, obiecali mu przysłać je do urzędu miasta na południe, gdzie akurat mieszkaliśmy, tak iżby tylko sobie po nie poszedł i odebrał. Pape zbaraniał z zaskoczenia. Po czterdziestu latach.... Nie obchodziło ich w ogóle, czy jest zdrowy, w jaki sposób je stracił, nie było mowy o żadnym egzaminie, nic.... Dwa tyg. później udał się do UM po odbiór. Ale to jeszcze nic.... Okazało się, że chciano mu wręczyć tylko prawo jazdy na samochód, a on przecież miał także i na motor. Logika nakazywałaby nie przeginać i cieszyć się tym, co ma, no bo i tak nie wsiądzie już na motor. Ale nie... Pape poszedł w zaparte. Przepraszając go najmocniej przysłali mu potem kompletne prawo jazdy do domu. Cóż jednak z tego, że je otrzymał, skoro nie mieliśmy kasy na kupno samochodu. Tuż po otrzymaniu prawka, pape natknął się przez przypadek na wymarzonego Forda na placu przed sklepem i bach, kupił go za niecałe  2000 zł. Resztę latem zeszłego roku, opisywałam na blogu. Nadal myślicie, że jedyne co jest w waszym zasięgu to tylko szczęście duchowe?


Jeśli przyjrzycie się w spokoju temu, co obecnie zaprząta uwagę wszystkich -- trudno nie nadziać się na wieści ze świata, jak i z naszego własnego podwórka -- być może dostrzeżecie, że żyjecie pod wielkim szklanym kloszem. To, co wartościowe, zostało tak skutecznie przed wami zamaskowane, iż żeby do tego dotrzeć, myślicie sobie, wpierw musielibyście rozbić głową ów niewidzialny mur. Pod kopułą tego dziwnego świata pewni ludzie, maluczcy w sumie, gdyż esencją ich życia jest wszystko to, co negatywne (tak mocno wierzą w opary absurdu, iż narzucają go bezimiennym masom), tkwią wygodnie umoszczeni w samym sercu, jak tłusty pająk w sieci, pławiąc się w pozorach kontroli. Myślą, że jak zamkną ludziom plac zabaw, to ludzie przestaną się bawić. Jak zniszczą im zabawki, to ludzie utracą pamięć dziecięcych lat a gdy uwierzą, że wszędzie poza szklanym kloszem tylko pomór i zagłada, z pewnością będą drżeli nawet w snach. Wiecie co? Ja już się nie lękam snów, bo nauczyłam się w nich budować mosty ponad rzeką paradoksów, nauczyłam się latać, choć na co dzień wszyscy mi mówią, że "świata zmienić się nie da". ;) Może i nie da się zmienić w pojedynkę.... Ale to, że światem targają wojny, nieszczęścia, ból i cierpienie, jest tworem nas samych, bo tak się bojąc, iż to się stanie, sami to do siebie ściągamy. Wszechświatem rządzą naprawdę proste prawa, choć niewzruszone, jeśli stale się o czymś myśli, bez znaczenia jest czy tego pragniecie czy wręcz przeciwnie. Strach lgnie do strachu, złość do złości, itd. Czy naprawdę muszę tłumaczyć, o czym trzeba myśleć, żeby nastały lepsze dni?


Gdzieś ponad tym wszystkim, w każdym z nas, tak jak w głównych bohaterach filmu "The City of Ember", płonie iskierka nadziei, że nie musi tak być, że nie zawsze tak było, że gdzieś, dawno temu, zgubiliśmy po drodze prawdziwe rozumienie naszego istnienia, i choć przez tysiąclecia, pojawiali się w naszym świecie ludzie, którzy znali na to odpowiedź, my -- nie mogliśmy lub nie chcieliśmy ich słuchać. Nauczono nas bać się. Każdego oddechu, każdego słowa, każdej myśli niezgodnej z odgórnie przyjętym kanonem. To właśnie po to dano nam święte zwoje, ale ci, którzy je dla nas tłumaczyli, to właśnie ci sami, którzy karmią się naszym strachem. Gdybym miała ich do czegoś przyrównać, pierwsze moje skojarzenie zawiodłoby mnie do świata przyrody. 
Mrówki są bardzo pracowitymi stworzeniami, ich światem rządzi lojalność względem wspólnoty, ale w chęci swej dominacji są tak przebiegłe, iż wykorzystują gatunki innych owadów, aby ich karmiły. Bywa tak, że gdy już podtuczą swoją trzódkę, składają w jej ciele jajeczka, tak by ich młode, mogły się żywić nieszczęsnym, nie mogącym nic na to poradzić, stworzeniem. My, ludzie, podobnie czynimy z trzodą chlewną. Zaś nas -- ogół -- pasą "Pasterze". Ludzie rzekomo światli i wszechpotężni, w istocie przykurcze ewolucji, którzy choć posiadają miliony, do dzisiaj nie znajdują szczęścia albo pojmują je na opak. Są ślepi i głusi, ale jedna cecha ich charakteru dominuje, pozwala im się panoszyć. Wyczuwają -- gdyż sami go produkują -- Wasz strach. Sycą się nim, dzięki niemu podtrzymują w sobie przekonanie, że są od Was lepsi, mądrzejsi, potężniejsi. W przyrodzie, moi drodzy Pasterze, czy tego chcecie czy nie, panuje odwieczna równowaga. Ani wy, ani nawet miliony innych bytów, nie są w stanie naruszyć tego Prawa. Skoro żywicie się strachem i negacją, tylko to i nic innego do was powróci. My zaś, ci którzy uczą się otwartości, miłości, współczucia i szczęścia, zawsze będziemy od was potężniejsi. Bo nie ma takiej czarnej nocy, aby nie przebiła się przez nią odrobina światła.
 
Wierzę gorąco, gdyż każda komórka mnie powtarza mi to dzień w dzień, że pomiędzy tym jacy jesteśmy a tym jakimi pragniemy być jest jedynie odległość między jednym punktem światła a drugim. Światłem jest nasza wolna jak ptak, myśl. Wiem jak trudno jest uwierzyć, gdy nasze życie nie jest idealne, że może być lepiej, o wiele lepiej, ale problem nie tkwi w "możliwości, potencjalności" tego aktu, ale w potędze naszej myśli. Dlaczego niby część ludzi na świecie, która naprawdę w coś wierzy, tak często doświadcza stanów uniesienia potwierdzających (według nich) słuszność ich wiary? Ponieważ mocno w to wierzą i podobnie jak z placebo to coś im się objawia. Co nie znaczy, że niewierzący tego nie doświadczają.... 

Czy marzyliście kiedykolwiek o czymś? Np. w dzieciństwie o jakiejś zabawce albo wycieczce? Jeśli mocno wierzy się w siebie i w to czego pragniemy, nie ma bata, żeby nasze życie nie zaczęło się w końcu układać. I w tym tkwi owa "odległość / dystans" między jednym punktem światła (myśli) a drugim. Pomiędzy tym wszystkim jest tylko.... Wszechświat; ale nie jako ogranicznik, ocean nie do przebycia.... O nie. Czy słyszeliście kiedyś poszum radiowy? Chyba nie sądziliście, że w kosmosie panuje cisza? A skoro my słyszymy Wszechświat..? Resztę, dopiszcie sobie sami.... Pamiętajcie tylko, że Pasterze bywają źli i dobrzy. Ale bez względu na to ile latarni na drodze waszego życia rozbiją Ci pierwsi, drudzy -- zawsze w miejsce jednej, wzniosą tysiąc. Świat nie jest bowiem taki, jak wam go prezentują, ludzie nie są ani dobrzy, ani źli z natury, są po prostu.... wystraszeni i samotni. Z tych dwóch rzeczy rodzi się jeszcze większe cierpienie i tak bez końca, chyba że.... Ktoś wreszcie -- i oby były nas miliardy -- zacznie tworzyć świat od nowa, ubierając go w dawno zapomniane szaty miłości i pokoju, bo nie ma takiej ciemności, aby nie przebiła się przez nią odrobina światła.




czwartek, 19 stycznia 2012

"Morze u poetów" -- Zbigniew Jankowski. ....Duc in Altum.....



Sen sprzed dwóch dni nie daje mi spokoju. Wyzwolił we mnie niepokój i zaskoczenie, jak zawsze zresztą, kiedy zderzę się z symbolicznym aspektem mojej nieświadomości. Zupełnie jak gdyby wewnątrz mnie, gdzieś głęboko, za żelaznymi prętami odwiecznej klatki, spoczywała inna ja, jakby wiedziała więcej i chciała mnie przestrzec. Tylko przed czym? Przed kim? Nie wierzę, że sny przychodzą z zewnątrz. Sny są częścią nas samych, tyle że wypływają z krainy na wyższym poziomie naszej percepcji. Być może są fizycznym dowodem ukrytego wymiaru, uśpionymi genami, kodem zapisanym w nas przed nastaniem opowieści pt. Homo sapiens; być może kiedyś uda się nam aktywować tę część nas samych albo... ktoś nam w tym pomoże. (?)

Nie mogę pozbyć się uczucia, które towarzyszy mi od dzieciństwa, odkąd zaczęłam świadomie myśleć. A mianowicie, że powinnam się zbierać.... Coś każe mi uciekać, stale mnie ostrzega, wskazuje w snach drogę, każe biec, skryć się, jakbym była pod czyimś bacznym okiem albo, jakby ktoś mnie szukał. Jakie to szczęście, że w snach, ten ktoś mnie nie dostrzega. Im częściej dopadają mnie takie przeczucia, tym częściej widzę oczami wyobraźni -- morze. Kiedyś się go lękałam, dzisiaj, ledwo o nim pomyślę, przychodzi uspokojenie. Zamykam więc oczy i słyszę, jak jego fale szepczą do mnie inwokację w prastarym języku, którego nikt już nie pamięta. Podobnie odczuwam, kiedy latem przechadzam się po lesie. Poszum wiatru kołysze mnie łagodnie, a gdy się skupię, słyszę swoje imię, to, którego nikt nie zna, to najdroższe, utajone, którym mnie przyzywa.
Czy wiatr może być przekaźnikiem dla naszego - Ja - tkwiącego głęboko? Czy głębia morska może dać schronienie, kiedy przymus bycia częścią materii, świata ludzi, przytłacza? 
Nie macie pojęcia, jak duszę się żyjąc tu i teraz, jak mnie męczy udawanie, że bycie jednym z was mnie zadowala, jak niepojętym jest dla mnie to, co dla was tak zwyczajne. Zakładanie rodziny, budowanie domu, szukanie stabilizacji, dóbr i przyjemności; dla mnie największą przyjemnością byłoby, gdybym mogła zrzucić tę skórę i zamienić się w kroplę oceanu; albo przynajmniej być podmuchem wiatru, który raz łagodny, innym razem zdmuchnąłby z was całą tę wrodzoną pogardę dla tej ziemi. Czy naprawdę tego nie widzicie, że nie jesteście jej częścią i to stąd tak silna w was chęć dewastacji, karczowania i naginania do swojej woli? Czy tak trudno pojąć, że nie jesteście częścią odwiecznej "równowagi"? 


Kiedyś nie rozumiałam dlaczego mi się "to" przytrafia... Sny na jawie i nocą, odnoszące się do morza oraz związany z nim wysiłek, aby przetrwać, trud włożony w każde pociągnięcie za linę, pot z czoła i krew na dłoniach, kiedy twarda, szorstka, wrzynała się w skórę, a potem nagłe ukojenie, kiedy morze wyrzucało mnie na brzeg, całą i zdrową. Później jednak woda wkomponowała się w moją codzienność, pisałam kiedyś o tym (Tutaj), nauczyłam się ją szanować i podziwiać. Dzisiaj traktuję ją jako ostatni bastion na tej planecie, której cywilizacji homo sapiens nie udało się jeszcze zbadać, tym bardziej, okiełznać. Chociaż wiemy tak wiele o swoim organizmie, morza i oceany zdają się dla nas zbyt rozległym terenem do badania, do szukania w nich odpowiedzi, ale czyż trudno się dziwić tej godnej pogardy bezmyślności, lenistwu, skoro mózg, który każdy nosi pod czerepem (choć w różnym stadium rozwoju) stanowi dla nas jeszcze większą terra incognita? Przykre, prawda? Do czego zmierzam? 
Trudno mi to ująć w słowa, ale przypomina mi się ów seans hipnozy, której poddałam się wiele lat temu na wycieczce z ciotką do Norwegii, niestety nie pamiętam już, w którym poście pisałam o tym. O ile nie ufam szarlatanom bawiącym się ludzką psychiką, o tyle rezultat tamtej sesji do dzisiaj mnie zastanawia. Ja i morze, daleka wyprawa morska sprzed wielu wieków... Czy to dlatego ilekroć przejeżdżam koło jakiegoś portu przechodzą mnie dreszcze? Ciągnie mnie zwłaszcza do doków, gdzie pracują wyłącznie marynarze, gdzie trwa załadunek. Słowo "spedycja" ciśnie mi się na usta ilekroć pomyślę o takiej pracy, widzę też oczami wyobraźni rosłych mężczyzn z papierosem w ustach i siłujących się w asyście przekleństw z jakimiś linami. Mam wrażenie, że kiedyś byłam jednym z nich... Widzę sceny, których w realu nigdy nie doświadczyłam. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale morze wydaje mi się bliższe niż mój własny dom z dzieciństwa, niż las, który koffam, niż pape, niż ja sama... Strach bierze się tylko stąd, iż morze nieomal stało się moim grobem, ale czy może być, abym kiedyś, dawno temu, naprawdę w nim umarła?

No cóż... gdybanie... Książka, którą mam wam dzisiaj do zaprezentowania, została ubrana w szatę graficzną aż w 1977r. i od tego czasu "leżakowała" w miejskiej bibliotece. Od ponad trzydziestu lat nikt się nią nie zainteresował. Szok, ale... Pomyślałam sobie, być może morska tematyka wierszy nie jest niczyją ulubioną. Jak się domyślacie, biorąc ją do ręki aż zapiszczałam z ekscytacji. Był bodajże czerwiec (ub.r.). Czułam ów wewnętrzny przymus zanurzenia się w morzu. Patrząc na wstrętne gęby ludzi wokoło, szukałam ratunku w ciszy i odosobnieniu. Szukałam ucieczki, choć wtedy jeszcze byłam pewna, że jedyna ucieczka jaka mnie spotka, to ta na drugą stronę. 

Książka "Morze u poetów" jest wspaniałym zbiorem wierszy -- różnych twórców -- na temat morza i około morza. Znajdziecie w tej zgrabnej antologii (o ile w ogóle uda się wam dostać tę książkę w bibliotece) wybrane wiersze takich autorów jak: Jarosław Iwaszkiewicz, Antoni Słonimski, Julian Przyboś, Mieczysław Jastrun, Adam Ważyk, Anna Świrszczyńska, Leon Szwed, Anna Kamieńska, Tadeusz Różewicz, Tadeusz Kubiak czy Wisława Szymborska; itd. Sednem całości jest zaś to, że autor -- pan Zbigniew Jankowski -- również poeta i eks-marynarz, starał się wyciągnąć od każdego z tychże i wielu innych, których nie wymieniłam poetów parę słów wyjaśnienia, co też każdy skwapliwie uczynił. [Dla ciekawych tego poety: link1 i link2]. Przed każdym zbiorem kilku wybranych wierszy o morzu, znajdziemy słowa wyjaśnienia, czy też wspomnień związanych z morzem tychże wybitnych literatów. Czytając je, z radością wprost odkrywałam, że w wielu aspektach nie różnią się one od moich własnych uczuć na temat morza, albo ujawniły mi coś czego nie potrafiłam dotąd wyartykułować. Niesamowite doświadczenie. Wspaniała antologia. Dlaczego czekałam tyle czasu, aby podzielić się z wami tą książką? Znowuż kłania się samo... morze, i jego zmienność.
"Morze z wyspami się przemienia
W świat wysp przetkanych morzami, bo
Już nie wiadomo, czego więcej,
Czy skał, czy fal, czy drzew, czy mew --- 
Każde się z nich rozrasta w stado.
Świat nasycony równowagą:
Ostrowy z bujną wegetacją
Obok bez jednej trawki są,
Morze grzywiaste w czas mistralu,
W czas martwy jest zastygłą rtęcią"
-- Jerzy Zagórski (fragment wiersza "Królestwo ryb").

"Morze jest zawsze pierwszym stopniem do transcendencji"

Właśnie na tym zasadza się cały sens jego istnienia. Jest przestrzenią rozległą i łagodną, to znowuż spienioną, drapieżną, ale jednakowo osobową, którą przez tysiąclecia ludzie personifikowali z bóstwem. Jest tajemnicą niezgłębioną, bo choć ufni w swoje nowoczesne sonary, pływamy po nim z buńczuczną miną, jakże często zderzamy się ze skałami lub osiadamy na mieliźnie, tak jakby morze chciało nas ukarać, za pychę. Z jednej strony przyciąga do siebie, ale przecież -- jakby się nad tym zastanowić -- nie jest stałe. To przecież nie woda jest owym magnesem, który porządkuje nasze dni. Pomimo że woda jest wszędzie, nawet w kosmosie, w odległych punktach czaso-przestrzeni, to nie ona jest celem poszukiwań, co najwyżej jakąś bramą. 
Kiedy byłam mała, pape straszył mnie (oczywiście na swój sposób, w postaci żartu), że byłoby fajnie przepłynąć wpław nad Rowem Marjańskim czy nad inną głębią, i o ile pamiętam, wtedy nie było dla mnie nic gorszego do wyobrażenia. Dzisiaj czuję jak wyrywa się moje serce, aby tam popłynąć, zanurkować, móc odkryć przyczynę mojego niepokoju i stawić jej czoło, chociaż wiem, że to niemożliwe. Głębia działa na mnie tak samo jak Czarna Dziura w przestrzeni.... Jeden stopień dalej, na Zakazane Terytorium (<-- click)
Jan Brzękowski, zdradził w w.w. antologii, że w młodości o mało a utonął by opodal wyspy Patmos, lecz z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu, nie czuł strachu. Być może po prostu nie miał świadomości, jak blisko był wówczas śmierci, tak jak ja, w dzieciństwie; ale gdy tak sobie nad tym myślę, dochodzę do wniosku, że pewniejszym powodem tego stanu jest to, że wszyscy nosimy w sobie wspomnienie życia płodowego, czyż nie unosiliśmy się wtedy w wielkim oceanie?? Teraz już nie dziwi mnie, że koffam ten prawdziwy a nawet, że mój wzrok tak łatwo kieruje się ku przestrzeni kosmicznej. Skoro wszystko płynie....

"Wielkie religie, wielkie idee tylko nad żywiołem mórz i oceanów mogły się narodzić. Tylko oceany i morza kojarzyły się z oceanem powietrza i z oceanami czarnej przestrzeni, w której płynęły Księżyc i Mleczne Drogi gwiazd" -- Adam Ważyk (cytat z książki)

We mnie zarówno "strach", jak i "uwielbienie", kiedy myślę o morzu, są jednym. Podobnież jak poeta, wierzę, że nie trzeba koniecznie wznosić się do nieba, aby je poczuć, gdyż wszyscy żyjemy w kosmosie i kosmos jest w nas (<-- click). Nasze wartości, przekonania czy zwyczaje zdają się kotwicą, ale bywa i tak, że nie pragniemy się zatrzymywać w wędrówce; tak jest ze mną. Jak bym sama była brzegiem siebie i obszaru, nad którym stoję, jakbym sama była własnym progiem, którego przekroczyć mi nie wolno, słowa te przytaczam za Zbigniewem Bieńkowskim, ale właśnie przez to, że nie wolno, tak bardzo pragnę zanurzyć się cała w odmętach morskich, stać się ich częścią. Uciec czy raczej powrócić do stanu pierwotnego, tam, gdzie wszystko się zaczęło... O takim stanie ducha naprawdę trudno się pisze, podobnież jest ze snami. Kiedy zaczynamy ubierać je w słowa, przestają być snami, czyż nie? Człowiek, który rodzi się, spada w marzenie, jak wpada do morza.... Trzeba więc iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem -- i tak ewig -- usque ad finem, aby:
"(...) Przemierzyć wszystkie wody, aby odnaleźć moją kołyskę, w której mała muszla przemówi szumem wszystkich mórz i oceanów" -- Leon Szwed (frag. wiersza "Morze czwarte"). Ponieważ....

"Sól jest we krwi i w morzu, kość jest wapienną skałą, 
Więźniem mojego serca jest ręki mej gest.
Chcę gorzkiej, ale prawdziwej wiedzy o tym, co jest,
Gdy wiele z tego, czym byłem, nigdy nie istniało"
-- Mieczysław Jastrun (fragm. wiersza "Rozmowa z morzem").

 

Morze (lub ocean) stanowi większą część tej planety a mimo to ludziom wciąż się wydaje, że są jej panami. Toczą boje na słowa i pociski, knują i upadlają siebie nawzajem, podczas gdy jeden krok dalej, zaczyna się przestrzeń, którą najwięksi poeci i filozofowie określali przejściem do innego wymiaru. Na wykresach mądrzy naukowcy przedstawią dzisiaj przekrój przez cały glob, ale prawda jest taka, że wiedzą o -- rzekomo -- własnym domu mniej niż o brudzie za swoimi uszami. Więc żrą i wydalają, produkują swoje kopie w paroksyzmach stęków i jęków a czas płynie, jak rzeka, wprost do wielkiego oceanu, który każdego roku podnosi swój pułap. Co rusz zalewa ich domy, ale im wciąż się zdaje, że żyjąc na małym skrawku, wyplutej przez morze ziemi, są bezpieczni. Nie zawsze tak było....
Dawno temu, o czym nie pamiętacie, niemal całą ziemię przykrywała woda. Jestem pewna, że któregoś dnia upomni się ona o swoją część, zabierze to, co się jej słusznie należy. W morzu tkwi bowiem pierwsza przyczyna i największa zagadka, także o nas samych, na razie czeka, w uśpieniu, jak w klatce, ale wierzcie mi lub nie, czuję każdym zmysłem, jak pręty tej klatki powoli się wyginają, słyszę ciche zawodzenie jej mieszkańców, dałabym wszystko, aby pomóc im się wydostać na zewnątrz. Wy też byście ich usłyszeli, ale większość z was patrzy w inną stronę i nie słyszy niczego, bo nie ma odwagi czy rozumu, aby zadać odpowiednie pytania. Tylko poeci, bajarze w szantach i filozofowie z czasów Talesa czy Pitagorasa, potrafili zanurzyć się w pra-oceanie i pojęli, że problem naszej egzystencji nie tkwi w tym, że "jesteśmy sami", wręcz przeciwnie... Nigdy nie byliśmy sami, jesteśmy po prostu bardzo młodzi a żeby biec, wpierw trzeba nauczyć się chodzić.


sobota, 14 stycznia 2012

Sarah Silverman -- Aby jednym słowem podpalić cały świat.



Obudziłam się dzisiaj w paskudnym nastroju. Nie żeby złapał mnie SSP*, po prostu miałam ochotę komuś nakopać. Nie wiem... Może znacie to uczucie, kiedy ani podwójna dawka magnezu, ani kubek gorącej czekolady, ani ulubiony kawałek w radio... nie działa. No po prostu nie działa, ma się ochotę cisnąć glanem przez okno, dyndając spokojnie na to, że okno zamknięte na cztery spusty. I ten śnieg... Czy prosił kto o niego? W końcu nie po to wyemigrowałam na północ kraju, ażeby za oknem, w mym cudownym, choć zdechłym różanym ogrodzie, piętrzyły się Himalaje. W dodatku im więcej myślę o mojej niedawnej wycieczce i im dłużej z tej perspektywy przyglądam się gnojowisku, w którym żyję, bo inaczej tego nazwać się nie da, tylko doły, wieczne gęganie i sranie wokół ogona głupiego ludu, zupełnie jak w cud-miód PRL-u, tym coraz bardziej się ze mnie kopci. Ano tak, bo coraz większa we mnie rośnie ochota aby się urżnąć najtańszego bimbru, popalając jointa. Aż mnie skręca żeby komuś dowalić, tyle że za zimno, aby dupę z chaty wychylić, jeszcze mi życie nie zbrzydło.

Jestem wściekła tak bez powodu i z powodu tego, że tylko ja jedna zdaje się mieć ochotę coś rozp($%^&) ale jak na ironię nie mam do tego możliwości. Chcąc więc przetrwać jakoś tę moją przedmiesiączkową histerię, nie czyniąc przy tym w okolicy spustoszenia, wpadłam na pomysł aby w ramach "wentylu bezpieczeństwa" napisać parę słów o jednej z moich ulubionych amerykańskich komediantek, performerek występujących solo. Tak, tak, koffani.... W Stanach, bez względu na to czy wam się to uśmiecha czy nie, ludzie doświadczają prawdziwego kabaretu. W Polsce wystarczy pierdnąć a ludzie padają jak śledzie, nie mając nawet pojęcia, że śmieją się sami z siebie; śmiech ten jest podszyty żałością, rozpaczą, bo kiedy wracacie z kabaretów do domu, jedyne co możecie stwierdzić na marginesie, że kompletnie nic nie pamiętacie. Mózgi wyprane, dosłownie, jak i portfele, rundka z browarem zaliczona, poducha czy materac -- w zależności od przeżytych wspólnie lat -- wytarmoszony przy tanim pornosie ściągniętym z netu, i w s i o ... Viva, la Pologne

Słowa pewnej piosenki, tak przeraźliwie, so true...

Z "twórczością" Sary zapoznałam się jakiś czas temu, jeszcze na studiach, ale apogeum przypadło dwa lata temu. Po raz nie wiem który muszę rzec, że ona i ja, mamy ze sobą parę wspólnych cech, czy też życiowych doświadczeń. Uprzedzając domysły, nie mam na myśli gry w kabarecie, jedynie pewne szczegóły z życiorysu (Tutaj -- biografia w filmowym skrócie), które -- kiedy na nią patrzę -- zdają mi się podobne. Kluczem jednak do zrozumienia tej dziwnej relacji jest to, że jesteśmy w istocie całkowicie od siebie różne. Wiem, że to poplątane, ale podobnie jak z pewną znajomą ze studiów, która de facto również bawiła się w kabaret, przeszłyśmy swego czasu podobny rozgardiasz emocjonalny. Sarah miała o tyle szczęście, że otaczała ją koffająca rodzina, ja byłam sama. Nie próbuję się usprawiedliwiać, o co to, to nie. Kiedy kąsam, kąsam jak najbardziej świadomie. Wciąż jednak daleko mi do tej swobody,  którą ma Sarah. Ona jest lekiem na całe zło, jakie tzw. "poprawność polityczna" wyrządziła Ameryce i czyni także z naszym "poletkiem". Gdyby tylko społeczeństwo tego kraju otworzyło oczy. 
Oskarża się ją o rasizm, okrucieństwo a równie często o małostkowość i naiwność. Tymczasem nie dostrzegłam u niej ani cienia tych cech. Po prostu Sarah przeciera swoim słowem-żartem zabrudzone do granic możliwości partie konwenansów, czyniąc rzeczywistość bardziej klarowną, bez udawania, markowania, małpowania i pieszczenia się; usiłuje to krzywe zwierciadło swojego kraju ustawić z powrotem pod właściwym kątem. A nie jest to łatwe... Ilekroć bowiem spróbuje się powiedzieć ludziom: Hej, wasz system jest do bani, coś w nim kuleje, zgrywacie porządnych obywateli, ale jedyne co u was działa to: śmierć (polecam filmik) i podatki -- tylekroć "kończy się wasza kariera".

Kolejną ważną zaletą Sary jest to, że potrafi na głos mówić o rzeczach, które nam -- kobietom -- w dzisiejszym świecie, bez względu na tzw. "zakłamany stopień wyzwolenia" nie przystoi mówić. A więc... Nie wolno nam mówić, jak jest nam dobrze lub niedobrze i nie chodzi mi o seks oralny czy analny, ale o najprostsze rzeczy, jak np. że zbiera się nam na rzygi na widok buraczanych-rudych mord polityków, które szczerzą się jadem z zawidzianych w przelocie w supermarkecie ekranów plazmówek; albo że dynda nam co sobie pomyślą sąsiedzi na wieść że tuż przed lub po 30-ce jeszcze nie mamy chopa na stałe, albo że nie-święcimy jajek, bo wbrew obiegowej opinii, nie każdemu jajka kojarzą się z kurą, skoro nie jada drobiu a w domu trzyma jedynie psa o_O

Niektórych pewnie to zdziwi, ale jak dla mnie nie ma w tym żadnej pozy. Miałam pecha wychować się w domu, w którym nawet słowo "dupa" nie było mile widziane. Filmy o nieco pikantniejszym poczuciu humoru zawsze lądowały na cenzurowanym, znajomi o nieodpowiednim tonie czy wymowie, lądowali zwykle na śmietniku. Nauczyłam się pogardzać wszystkim co zdrożne, przez co do dzisiaj skręca mnie dosłownie, gdy biorę do ręki książkę, w której autor sobie używa. Nie twierdzę jednak, że w książkach winny być wulgaryzmy, chodzi mi o to, że mnie osobiście wychowano w bardzo, ale to bardzo sterylnym środowisku, przez co moje "moralne" oceny różnych dziedzin mogą być nie raz przesadzone, najczęściej zaś capią Domestosem. 


Od kilku lat, walcząc z tym purytanizmem w sobie, wyłącznie dla równowagi, zasłuchuje się w skeczach Sary, ale nie tylko, i wiecie co? Pomaga. W takich momentach jak ten dzisiaj, kiedy ledwo wstałam z łóżka miałam ochotę rozpierdolić pół świata na cztery, równe połówki a potem po kolei przemielić je w Czarnej Dziurze, chociaż na chwilę popuszczam pary. Krytycy Sary -- a ma ich wielu w Stanach -- mogą zarzucać jej co chcą, ale czynią tak wyłącznie dlatego, że zderzają się z jej argumentami, które nie są wyssane z palca. Nie są wszak aniołkami chociaż zgrywają coś przeciwnego; Sarah mówi im o ich chamstwie podszytym political correctness, mówi im o braku uczuć i przyzwoleniu na wchodzenie pewnych grup w dupę innym, bo tak akurat widzi się władzy; jest w stanie powiedzieć do słuchu zarówno tym, którzy negują Holocaust jak i samym Żydom, którzy pomimo iż pieją o odszkodowania za śmierć krewnych w IIWŚ, to jednak nie przeszkadza im, że jeżdżą Mercem czy BMV... Nie unika nawet tematów religijnych, ale nie po to, aby dokopać komukolwiek bo sama pochodzi z mieszanego związku: żydowsko-katolickiego X,D (skąd ja znam ten burdel?), ale właśnie po to, aby pod płaszczem moralności, odmienności, wzajemnego poszanowania, nie kopać poszanowania do wolności tych, którzy w tym cyrku brać udziału nie chcą.


Świat, w którym żyjemy jest porąbanym miejscem, czasami tak go nienawidzę, że aż przykro. Ale im większy jest nasz stopień zdenerwowania, tym większa wina tych, którzy ów stan sztucznie podkręcają. Nie dajcie się zatem zwieść, ani pustym głowom po drugiej stronie ekranu, ani tym na ambonach, nie wierzcie w teorie spiskowe ani w UFO, które ma baze w księżycu i wkrótce nas wysadzi w powietrze jak w Star Wars -- chyba że wszyscy wokół was zaczną zdychać jak muchy, wtedy będziecie mieli potwierdzenie -- Yes, indeed, this fucking World Ends; nie wierzcie strachom, kryzysom i inszym pitu-pitu, które tworzą jajogłowi wyłącznie po to, abyście rano bali się wyjść z domu; nie bójcie się w końcu mówić na głos, że coś jest do bani, że macie ich gdzieś, że rozpierdzielicie ten kram, zamiast przepraszać ze wstydem, że unieśliście się gniewem ("za przeproszeniem"). Nie bójcie się krzyczeć i wychodzić na ulice, nie bójcie się mówić chamskim ludziom prosto w twarz, że nimi gardzicie; nie zasłaniajcie oczu kiedy dzieje się źle, ale zakasujcie rękawy, bo wierzcie mi, tam gdzie żyjecie może być już tylko gorzej. Chyba że sami coś zmienicie... Nie bójcie się mówić że kochacie, nawet jeśli koffacie na opak; nie bójcie się domagać kary, chociaż zaklejają wam usta i każą iść w marszach milczenia. Kiedy rano wstaniecie z totalnym kurwiszonem na łbie i w środku, nie bójcie się coś zniszczyć, choćby to był ulubiony kubek po kawie albo proteza babci, bo jak długo żyjecie w tym popieprzonym świecie, gdzie każe się wam "łagodnieć" podczas gdy władni dymają wszystko co się rusza, ledwo się coś schyli; tak długo w tym bagnie nigdy się nic nie zmieni.

Chciałabym powiedzieć, że po napisaniu tego postu choć trochę mi ulżyło, ale nie zamierzam nikogo zwodzić. Połykajcie więcej pigułek, które wam polecają w reklamach a zobaczymy czyja potencja padnie na ryj do następnych świąt. Jestem tak samo wściekła jak byłam rano, ale wiem już, że problem tkwi we mnie a nie w tym, że żyję na buraczanym polu. Może jak zacznę na stałe pisać od prawej do lewej, jeśli przestanę być tak przeraźliwie wstrzemięźliwa, jeśli nauczę się mówić głośno i wyraźnie, zamiast co rusz kasować własne, pod wpływem emocji wyrzucone słowa, nie będę budzić się rano ze zgrzytem emocjonalnym na końcu języka? Wierzcie mi, gdyby wściekłość mogła wyzwolić orgazm z pewnością osiągnęłabym go w jednej minucie pięć razy. 

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że gdy próbuję ukoić swój wewn. gniew poczuciem humoru Sary -- TUTAJ macie próbkę -- niemal non stop widzę przed oczami pewien film z dziecięcych lat, nazywał się: "My Girl" ("Moja dziewczyna", 1991r.). Pamięta go ktoś? Z cudowną Anną Chlumsky i Macaulay'em Culkinem (słynny Kevin Sam w domu)... No więc ilekroć dopada mnie taki stan, jak obecnie, i ratuję się czy to skeczami Sary czy Billa Hicksa sprzed lat, tylekroć widzę ten film. Widzę małą Vadę, która odreagowując to, że nikt jej nie dostrzega, swój smutek, samotność, energię która ją rozsadzała, co rusz próbowała wprawić dorosłych (zwłaszcza ojca) w zapaść ze wstydu, konfabulując różne choroby... jak np. raka prostaty.

U Sary mamy do czynienia ze świadomym igraniem z ogniem za pomocą słów, który z kolei ja -- noszę w sobie a jak na razie nie ma on ujścia. Czasami się boję, że w przeciwieństwie do Sary, zamienię się w potwora, który wyszarpie komuś serce. Nie żebym tego chciała, nie żebym czerpała z tego przyjemność... no, może tak troszeczkę, ale po to wyłącznie żeby choć raz ktoś zauważył, że można chcieć więcej: Że ja -- do zdechłej szczoty -- chcę więcej. Bo wiem -- że mogę. Wkurwia mnie tylko fakt, że ilekroć przecieram tą szczotą zakurzoną przez lata szybę percepcji, od razu wyskakuje jak Filip z konopii jakiś cieć jeden z drugim, co by urobić mnie na swoją modłę; podobnież też wkurza mnie, że wciąż słyszę z ust bliskiej osoby, że coś jest poza moim zasięgiem -- chociaż kanion też miał być poza zasięgiem, a okazał się jedynie przecinkiem pośrodku dupy, którą mam ochotę powtarzać w kółko ledwo wróciłam do domu. Czy uwierzyłby mi gdybym powiedziała mu, że za rok niespełna już mnie tu nie będzie?
Nie wiem jak wy, ale ja mam ochotę krzyczeć a rozwalanie pustych butelek o przejeżdżający skład pociągu już mnie nie bawi....

Inne ciekawe filmy na moim profilu you tube



środa, 11 stycznia 2012

"Mity greckie" -- Robert Graves. Część III: Pallas Athena -- Wojownicza bogini-dziewica


"Jasmine -- Mystic and Rider" -- Donato Giancola

Muszę się z wami czymś podzielić, zanim przejdę do sedna dzisiejszego postu. Ledwo wróciłam z zagranicy, odezwały się we mnie sprzeczne uczucia. To w tym sensie -- i żadnym innym -- potrzebowałam odrobinę czasu, aby się zaaklimatyzować. Jako że moim światem jest ten wewnętrzny (umysł), inaczej zapewne niż większość z was układam w sobie emocje (a przynajmniej próbuję, jeśli w ogóle możliwa jest pełna nad nimi kontrola), w każdym razie -- co mnie samą niezmiernie zdziwiło -- poza naturalnym uczuciem spełnienia, iż ziściło się jedno z moich wielkich marzeń, naszła mnie również chandra, którą niczym nie potrafiłam sobie wytłumaczyć. Tak jakby część mnie, stojąc tam, na krawędzi kanionu poczuła najczystszą z radości, dziecięcą euforię, lecz po chwili do głosu doszła znacznie starsza część mnie i na radości tej położył się cień. Cień snów, które nawiedziły mnie właśnie tam, pod rozgwieżdżonym niebem Kolorado. Nie były to miłe sny, lecz nachalne, złowieszcze, i tak realne, jak realnym jest dla was każdy dzień. Miałam cichą nadzieję, że przynajmniej tam -- będę od nich wolna. Ale niestety.

Ostatni raz lunatykowałam mając "naście" lat. Pamiętam, że odwiedziłam wówczas nieżyjącą już babcię. To ona streściła mi rano, co się ze mną działo w nocy, jak bardzo ją przeraziłam, bo o ile słyszała już o lunatykowaniu, pierwszy raz w życiu miała do czynienia z osobą, która przy otwartych oczach, mówiąc na głos dość wyraźnie, żywo reagowała. Bała się mnie budzić, ale jednocześnie nie odmówiła sobie nawoływać mnie z cicha, licząc na to, że sama nagle się zbudzę.
Piszę wam o tym z tego względu, iż jednej nocy opodal kanionu, przytrafiło mi się coś równie dziwnego. Jako że spaliśmy w camperze stłoczeni jak wiewiórki ziemne, nie trudno było, aby ktoś kogoś zbudził, niemniej mnie udało się ominąć dosłownie wszystkich i śpiąc otworzyć drzwi na zewnątrz. A że od wyjścia do ziemi dzieliło mnie co najmniej 30-40 cm... No cóż... Nie trudno się domyślić reszty. Jednak zdziwię was, gdyż nawet wtedy się nie zbudziłam. Raban jaki powstał -- bo wychodząc, zahaczyłam o coś -- zbudził jednak Emanuela. To właśnie ta łajza przywlokła mnie z powrotem na legowisko i dla pewności pozamykała wszystkie wyjścia na klucz. Kto wie, gdzie bym zaszła, gdyby nie on... na bosaka... O_O Rankiem odkryłam: guza na głowie i czerwoną krechę na czole, musiałam w coś wyrżnąć po drodze.  :?

"Ashlingb" -- Donato Giancola
Teraz jednak muszę wytłumaczyć dlaczego tak się stało. Otóż... Miałam tamtej nocy bardzo dziwny sen; dziwny w tym sensie, iż sny które miewam w niemal 100% składają się ze znanych mi symboli, tymczasem ten właśnie nie miał żadnych, a jednak zwykłym snem, głupawym zlepkiem sytuacji z jawy, nie był. Czułam za to bardzo wyraźnie każde towarzyszące mi w nim uczucie. Np:
"Strach" -- kiedy jakaś grupa ludzi (nie widziałam kim byli) porwała mnie z ulicy i przytrzymując na siłę w jakimś pomieszczeniu czy zaułku za ręce, pochyloną, tak iż dostrzec mogłam tylko własne odbicie w kałuży u mych stóp, zdawała się kroić mnie na żywca. Czułam ból w okolicy karku, ale nie mogłam nic zrobić... 
Kiedy jednak skończyli, nagle wspomnienie bólu rozmyło się w niebycie, ja zaś, znalazłam się na powrót wśród ludzi. Szłam wolnym krokiem wraz z dwoma innymi osobami (kobietą i mężczyzną) po jakimś placu targowym. Zewsząd otaczały nas bogato zastawione stragany z owocami, warzywami i czym tylko dusza zapragnie. W powietrzu unosił się kuszący aromat przypraw i dźwięk wielu, różnych języków, doprawdy poza wrażeniami zmysłowymi, nie byłam w stanie dostrzec w tym gąszczu ani jednej, tak charakterystycznej dla mych snów, rzeczy (przeważnie są to symbole: kanciaste, geometryczne albo mitologiczne). Odczuwałam jednak całą sobą, że jest mi dobrze, że jestem wśród swoich, i że nie muszę się niczego obawiać, pomimo iż byłam całkowicie "obca". I w tym tkwi cały szkopuł. 
Po pierwsze: Nie znałam ludzi, z którymi zwiedzałam ów targ jak podczas urlopu a jednak byliśmy sobie bliscy. Po drugie: Ciężko mi powiedzieć w jakim byli wieku, gdyż raz miałam wrażenie, że byliśmy dziećmi (rówieśnikami), później z kolei, że byliśmy dorośli. Kiedy zaczęłam to sobie uświadamiać, nagle stanęliśmy naprzeciw pięknego straganu, pełnego towaru. I znowuż nie mam pojęcia, co nań sprzedawano. Ważne jednak jest coś innego. Każde z nas miało w dłoni jakiś przedmiot, połyskujący w słońcu, dzięki któremu mogliśmy kupić co tylko chcieliśmy. Tyle że owe "rzeczy" dali nam... Oni, ci którzy wcześniej zadali mi ból. Teraz jednak nie miało to dla mnie znaczenia. Podczas gdy owa dwójka próbowała mnie ostrzegać, abym nie korzystała z tego "daru" (kurczę... jak tak teraz myślę, kojarzy mi się on z jakąś "złotą kartą bankową"), ja czułam głęboko w sobie pewność, że mogę korzystać do woli, bez ograniczeń. 
"Obernewtyn " -- Donato Giancola
Powiem wam jedno, musiało mi być naprawdę dobrze w tym śnie, skoro zaczęłam lunatykować, aż w końcu spadłam na zamroczony pysk. Drugi sen, nie był jednak tak miły...

Przydarzył mi się dosłownie dzień później. Wyobraźcie sobie wielkie zgromadzenie ludzi, przeważnie młodych, na wzgórzu, ciemną, gwieździstą nocą. Siedząc na trawie i rozmawiając w podekscytowaniu, czekaliśmy jak gdyby na jakieś przedstawienie. A przed nami, poniżej, wyrastał od ziemi ku niebu wielki budynek, prawie jak drapacz chmur, tyle że z kamienia; dziwne w tym było to, iż zbudowano go pośrodku głuszy. Wokół tylko wzgórki i rozległe błonie. 

Budynek ów dzielił się na dwie części, do której prowadziły dwa różne wejścia. Gdzieś z lewej strony kręcili się jacyś starzy, posępni ludzie, byli wśród nich także kapłani (takich jakich znamy na co dzień). Coś miało zaraz się wydarzyć, coś wspaniałego... Ale wtedy, przed czasem, niezgodnie z planem, otworzyły się inne drzwi. W przeciwieństwie do tych pierwszych, panował wokół nich mrok... Zaczęliśmy więc szybko uciekać ku drugim drzwiom, ku światłu, do środka budynku, widząc jak z mroku wybiegali ku nam jacyś dziwni ludzie w białych okryciach głowy (kapeluszach, czapkach; znak rozpoznawczy?). A kiedy zajmowaliśmy już większą powierzchnię dolnego piętra budynku, czując, że jesteśmy osaczeni, zaczęłam nagle krzyczeć do tłumu, czy ktoś ma jakiś nóż albo cokolwiek czym moglibyśmy się bronić? I o dziwo, znalazł się taki. Chwyciłam go i kiedy te dziwne postacie w białych kapturach, czapkach lub maskach wpadły za nami do środka.... raz-ciach-ciach... i resztę domyślcie się sami. Jedno było dla mnie tylko klarowne z tego snu, dźwięczało mi w głowie jeszcze na długo po przebudzeniu... To mianowicie, że: "Muszę ich bronić". Ale kogo? Dlaczego? Przed kim??

Jakiś czas temu, miałam sposobność obejrzeć film "Immortals" ("Bogowie i herosi"), twórców świetnego -- nie da się ukryć -- filmu: "300". Widzieliście? Ale o ile w tamtym przypadku widowisko okazało się godne mej uwagi, oceniam je bardzo wysoko, zarówno jeśli chodzi o zdjęcia, sekwencje walki, wyraziste postacie, a nawet muzykę... O tyle "Immortals" głęboko mnie rozczarował. Praktycznie pod każdym względem, więc nie będę się rozwodzić, ale w sposób najboleśniejszy odczułam totalne przekręcenie historii, ba, takie ułożenie losów gł. bohaterów, iż w jednym czasie spotykają się herosi, bogowie etc, którzy zgodnie z wiedzą mitologiczną nie mieli prawa znajdować się w tej samej dekadzie/scenie. Ponadto przemieszano role, które są im od wieków przypisane, zafałszowując dosłownie wszystko, co można było zafałszować... Poza imionami, oczywiście. Żałość chwyta...

Gdyby nie chodziło o mitologię, może byłabym w stanie to przełknąć, ale kiedy wezmę pod uwagę, jak skutecznie w dzisiejszych czasach zmienia się historię w podręcznikach, tak iż np. wmawia się ludziom, że Aleksander Wielki nie był -- Grekiem, a od co najmniej 200 lat, tyle że obecnie mocniej niż w XIX w. wprowadza się w błąd miliony na świecie, ucząc ich bzdur o Ariach podbijających Indie, czy afrykańskim pochodzeniu zabytków grecko-semickich, sami przyznacie, można się deko zirytować. 
Weźmy przykładowo takiego Hyperiona (który w "Immortals" staje się nagle śmiertelnym królem... a nie tytanem czy też bogiem planetarnym = Słońce, którym ongiś w mitach był), tenże wściekły sadysta ma chrapkę -- nawet nie na rodzącą się powoli Helladę, ale na całą ludzkość... A jakże. Zabawne jest w jego postaci to -- mam na myśli ów film -- iż znając dzieje Odyseusza, można przypomnieć sobie, jak bohater Homera, brał tegoż Hyperiona za Heliosa. Mamy więc młodego boga słońca, po raz drugi. Tymczasem Hyperion wg. twórców "Immortals" jest jakby zaprzeczeniem owej mocy, ażeby ją pozyskać musi bowiem wpierw uwolnić spod góry Tartar uwięzionych tam przy ostatniej wojnie bogów, tytanów. Absurd, jednym słowem. 
"Protector" -- Donato Giancola
"Następnie bogini stworzyła siedem mocy planetarnych, nad każdą ustanawiając tytankę i tytana. Teja i Hyperion rządzili Słońcem, Fojbe i Atlas -- Księżycem; Diana i Krios -- Marsem, Metyda i Kojos -- Merkurym, Temida i Eurymedont -- Jowiszem, Tetyda i Okeanos -- planetą Wenus, Rea i Kronos -- Saturnem" -- Apoloniusz z Rodos, II 1232.

Druga rzecz, że w.w. Helios również pojawia się w tym obrazie, lecz wnet uśmierca go -- Zeus. Ale znając przekazy starożytnych, to nie Heliosa Zeus uśmiercił (skądinąd piorunem, a nie ognistym biczem), lecz jego syna, Faetona i to bynajmniej nie w tej sprawie, gdyż cała ta żałosna wojenka króla Hyperiona (ojca Heliosa wg. mitologii) w ogóle nie powinna była mieć miejsca. Istna paranoja.
Jedyny plus tego krętactwa filmowego, jest taki, iż skojarzyło mi się ono z czymś, do czego być może pili twórcy tego obrazu (być może, to tylko moja spekulacja). A mianowicie do obalenia słynnego Kolosa Rodyjskiego, jednego z 7 cudów starożytnej Grecji, którym rzekomo miał być nie kto inny, jak: Helios (bóg słońce). Ach... 38,5 metra wysokości, świetlista korona z promieni słonecznych na głowie, móc ujrzeć na własne oczy to cudo i skonać. ;)
Kolejnym matactwem tego filmu jest sama postać Tezeusza (greckiego herosa, potomka śmiertelnego człowieka i Posejdona). A i owszem, jak najbardziej prawdziwa, jednakże w tak makabrycznie głupi i nie pasujący do opisów starożytnych sposób ukazana, iż samo patrzenie nań wzbudza odruch obronny. Już pominę szczegóły, którymi twórcy tegoż obrazu próbowali zracjonalizować mit, ubierając go w całkiem prawdopodobne szaty, nie daruję jednak tego, co zrobili z moją najukochańszą postacią -- Ateną, patronką najwspanialszego miejsca na świecie, jakim jest stolica Grecji. Czy można było jeszcze mocniej uczynić z niej symbol seksu, którym przecież nie była? Zamiast mieszaniny siły i mądrości, w filmie wydaje się jedynie nieposłusznym podlotkiem, z podkreślonym wysoko biustem, uszminkowanymi ustami i w asyście napalonych wierzchowców, tak iżby sugerować drzemiące w niej (czy też we wszystkich paniach) chucie. Zgroza. Dla wiadomości, Atena była jeszcze bardziej wyczulona na punkcie swego dziewictwa niż Artemida, choć nie przeczę, że antyczna literatura próbuje obarczać ją pomniejszymi grzeszkami. Ale zważywszy na to, jak skutecznie udało się mężczyznom tysiące lat temu, zatuszować każdy niemal kult odwołujący się do żeńskiej triady, nie brałabym takich interpretacji na poważnie.


Wg. jednego z najstarszych podań o narodzinach Ateny, pelazgijskiego bodajże, bogini miała przyjść na świat nad jeziorem Tritonis w dzisiejszej Libii. To właśnie tam została ponoć znaleziona i wychowana przez trzy-nimfy (kolejne odniesienie do triady Bogini Matki: Atena-Afrodyta-Demeter), chodzące w kozich skórach. Mit ten sięga 4000 lat p.n.e. tak dla ścisłości. Atena była pierwotnie libijską boginią Neith i miała swą świątynię w mieście Sais (tam później przyjęli Solona egipscy kapłani -- ciekawostka). Tritone (nazwa jeziora... a może i coś więcej? Kojarzycie Trytona?) -- oznaczać miało "trzecią królową" (czyli najstarszy człon boskiej triady). Kult ten dotarł do Grecji poprzez Kretę minojską. Czy to nie dziwne, że od pierwszego przydomku Ateny, stworzono później boga morza, syna Posejdona, Trytona? Wynika zatem z tego, że w pierwotnej formie, czcili ją nie tylko mieszkańcy Aten, ale i ludy nadmorskie. Łącznie z wyspą Rodos, gdzie bowiem oddawano cześć nie tylko Heliosowi, ale i morzu oraz księżycowi. Ma to sens, gdy weźmie się pod uwagę, iż głównymi symbolami Ateny, poza słynną sową, są także: delfin i księżyc.

"Athena" -- Susan Seddon-Boulet
Co prawda była boginią wojny, ale w przeciwieństwie do Aresa czy Erydy, która pławiła się w kłótniach i spiskach, nie cieszyła ją ta funkcja. Lubiła za to rozstrzygać spory i chronić prawo, ale środkami pokojowymi. Stąd też takie przydomki, jak:
-- Łaskawa (na Aeropagu zwykle przychylała się na korzyść oskarżonego);
--Szczodra;
-- Miejską (gr. Polias);
-- oraz najsłynniejszy bodajże przydomek -- Pallas, który zawdzięczała przyrodniej-mlecznej siostrze. Na swoje i tamtej nieszczęście, uśmierciła ją podczas pojedynku, który nie wiedzieć dlaczego, stale kojarzy mi się z tą oto sceną:  Anck-Su v. Nefertiri. A skąd takie skojarzenie? Zaraz wyjaśnię....
Jak pisałam wcześniej, istnieją źródła z których wynika, że Atena wcale nie była taka wstrzemięźliwa seksualnie, jak się wydaje. Miała ponoć syna -- Erichtoniosa, który prowadził czterokonny rydwan bogini. Plotka ta -- po raz enty zrodzona przez walecznych Achajów, zacierających kult bogini -- odwoływała się do rzekomego "gwałtu", którego dopuścił się na niej Posejdon. Czy łapiecie do czego zmierzam? Jeszcze raz rozważcie moje słowa o jeziorze Tritonis w Libii, o morskim kulcie bogini Ateny. Cóż zatem z tego wynika?
 
Ano tyle, że kapłani mieli całkiem sporą wyobraźnię i wiedzieli do czego zmierzają. Czyż nie jest tak samo z chrześcijanami, podszywającymi się pod stare święta? Interesujące w założeniu o "gwałcie" jest jednak coś innego... Erichtonios miał być strzeżony przez swą matkę, Atenę w "świętym koszyku", który w razie zagrożenia, zostałby przez nią puszczony na wielką wodę. Coś wam to mówi? Zważywszy iż Atena wywodzi się od libijskiej (wówczas pod panowaniem Egipcjan) bogini Neith, budzi się uzasadnione skojarzenie, iż gdzieś już słyszeliśmy tę opowieść... Dawno, dawno temu, na egipskiej ziemi, pewna matka stroskana o los swego syna, puściła w trzcinowym koszyku małego chłopca z nurtem Nilu. Kim był ów chłopiec i ta, która go wyłowiła? ;]- Obecnie, "dziecię w świętym koszyku" ma własną konstelację gwiazd:  Auriga (Gwiazdozbiór Woźnicy). Ale jestem pewna, że mało kto z was pojmuje, kim był naprawdę, a nie według mitologii chrześcijańskiej, tzw. Mojżesz. Ale mniejsza o to....

Atena w Watykanie
Jako trój-bogini, Atena często wcielała się w rolę "staruchy" obdarzonej darem wyroczni. Tymczasem jej rzekomy syn, Erichtonios był w istocie wężem o głowie człowieka komunikującym życzenia "staruchy". Z chwilą zajęcia Hellady przez Achajów, rolę tę przejął Apollo, zaś wyrocznią stała się Pytia (wówczas też kobiety straciły wszelkie prawa w społeczeństwie). Polecam ciekawy dokument (ale tylko w wersji ang. niestety...). 

Erichtonios był zatem, wg. wierzeń Pelazgów, mitycznym wężem-Ofionem. Kiedy jednak nastali Achajowie, wprowadzono do Attyki monogamię, jak też podzielono ją na 12 gmin. Ponadto wzniesiono świątynię Apolla a krwawe ofiary (ze świętego króla-małżonka) zastąpiono plackami jęczmiennymi, które w połączeniu z odurzającymi właściwościami gazów wydobywających się spod ziemi, przydały Pytii otoczkę Wyroczni. Dlaczego tak nikczemnie postępowano z dawnym kultem, który dla każdego w miarę zainteresowanego tematem badacza był o niebo lepszy, niż jego następcy? Wszak jak długo światem starożytnym kierował kult bogini, tak długo panowała w nim harmonia i dostatek. Z chwilą całkowitej rewersji wierzeń, światem starożytnym zaczęły wstrząsać wojny i inne nieszczęścia. Czy ma to jakiś związek z morskim-księżycowym kultem Ateny? Ależ tak. Dawniej cenniejsze od złota, było srebro. Poświęcone księżycowi stało się główną walutą starożytnej Grecji, jako iż posiadała ona liczne kopalnie tego kruszcu. Pierwszą wspomnianą w źródłach jest -- Kreta. Dowodzi to zatem, że to Atena była pierwszą boginią w panteonie greckich bogów, nie zaś jej męscy odpowiednicy. 

Druga istotna rzecz odwołująca się do księżycowego kultu bogini Ateny, mówi mianowicie o tzw. "rytualnej prostytucji", której oddawały się kapłanki tego kultu. Praktyki te miały miejsce:
-- na Krecie;
-- na Cyprze;
-- w Azji Mniejszej... oraz -- w Palestynie, gdyż właśnie tam w powiązaniu z kultem egipskiego boga Serapisa, mieściło się najwięcej ośrodków tego kultu. Pamiętajcie, że kult Ateny wyrósł na kanwie wierzeń libijskich i tą drogą, swobodnie wędrował po Bliskim Wschodzie.
To czego nie wiedzą miliony wyznawców trzech największych religii monoteistycznych na świecie -- gdyż ich patriarchowie od tysiącleci niszczą, ukrywają lub po prostu dyskredytują na wszelkie sposoby zapiski starożytnych, które de facto wciąż istnieją (chociażby w archiwach watykańskiej biblioteki), ale wystarczy też wziąć do ręki chociażby Józefa Flawiusza czy Herodota -- odnosi się do uwznioślania postaci boskiej matki, która przewija się w dużo starszych wierzeniach, ale każdorazowo -- począwszy od kapłanki-prostytutki, która powiła Tezeusza, poprzez Heraklesa spłodzonego przez gwałt, jak i mitycznej Heleny, która również miała bóstwo za rodzica, kończąc na Maryi (jednej z wielu żon Heroda, wchodzącej w skład haremu... Powtarzam: Tego nie dowiecie się z mainstreamowych źródeł, szukajcie w starożytnych), a co za tym idzie, tak czy owak odwołuje nas do głównej bohaterki tegoż postu: Ateny. 

"Minerwa wypędzająca Występki z Ogrodu Cnoty"
-- Andrea Mantegna (1500-1502)

Podczas każdej pełni księżyca, w czasie letniego przesilenia, dziewczęta w Atenach wybierały się na zbieranie rosy (tzw. Herseforie). Kapłanki Ateny wolały śmierć niż wprowadzenie przez Hellenów "celibatu", stąd też opowieść o "rzuceniu się" ze skał Akropolu tychże kapłanek. Związane to było z lunarnym aspektem kultu Bogini Matki. Od tamtego czasu wzgórze, na którym dzisiaj stoi Partenon, było poświęcone wyłącznie Atenie. Etruskim odpowiednikiem Ateny jest Minerwa, którą widzicie na obrazie powyżej. Pochłonięta bez reszty nauką i literaturą, Minerwa nie tolerowała jednak "wokół siebie" zepsucia i głupoty. Scena Mantegny kojarzy mi się co nieco z mitycznym wypędzeniem kupców ze świątyni, którego miał się dopuścić nie kto inny, jak Jeszua. Hm... W końcu, co wolno "wojewodzie, to nie tobie smrodzie", czy nie tak? W przeciwieństwie do kultu Artemidy, bogini łowów, wierne służebnice lunarnego kultu kapłanki, nie musiały zachowywać wstrzemięźliwości. Dziewictwo -- było bowiem wolnym wyborem samej bogini. Pamiętając z kolei o Neith, libijskiej odpowiedniczce Ateny, która w wierzeniach Egipcjan sprawowała pieczę nad "pogrzebem", pozwolę przytoczyć sobie taki cytat:
"Nie wzbronisz nikomu wody ni ognia. Nie będziesz wskazywał fałszywej drogi. Nie zostawisz niczyich zwłok bez pogrzebu. Nie zabijaj wołu ciągnącego pług" -- (prawa dane jej kapłankom; cytat za Parandowskim, dość znany).
Na koniec chciałabym jeszcze wspomnieć o pewnym incydencie, że tak powiem, którego dopuściła się -- znowuż "rzekomo" -- grecka bogini mądrości. Otóż... Żyła sobie dawno temu pewna księżniczka z lidyjskiego Kolofonu, której na imię było -- Arachne. Bogowie czy też los, obdarzyły ją nie tylko pięknem, ale zwłaszcza wielkim talentem do tkania. Według późniejszych przekazów, Atena miała wpaść jakoby, ten jeden raz, w wielką złość podszytą zazdrością. Ach te baby, chciałoby się rzec, tyle że jeśli zaweźmie się na was bogini... No cóż. 

Z tejże zazdrości, Atena miała zamienić piękną Arachne w obrzydliwego pająka, który jednak -- słynie z tego, że tka najpiękniejsze i najwymyślniejsze sieci w świecie przyrody. Tyle mit... Podobnież jak wielu współczesnych komentatorów pism antycznych, takich chociażby jak znane nam mitologie, a nawet zaliczające się doń pisma święte, uważam że począwszy od tych starożytnych, kończąc na Biblii czy nawet Koranie, w dużej mierze zawierają one... prawdę. Tyle że, są ubrane w niezwykłą szatę; taką szatę, która zwykłym ludziom czy inszym postaciom, przydaje walorów boskich. 
Dopiero co wczoraj dowiedziałam się o odkryciu Izraelczyków, które jakoby zamyka usta sceptykom powątpiewającym w przynależność danej ziemi do tegoż narodu. Polecam zatem ów artykuł (ang). 
Tak więc nawiązując do powyższego pragnę nadmienić, że większość opisywanych w danych tekstach spraw* jest prawdziwa, bez względu na to czy w coś wierzycie lub nie, fałszywym jednak okazuje się w miarę przeprowadzanych wykopalisk i analiz tekstów, "koloryzowanie" tychże faktów, opisami magicznymi i boskimi, które nigdy nie miały miejsca. Jeśli chodzi o w.w. Arachne... Mit ów odnosi się bezpośrednio do rywalizacji, w danym przedziale czasu (II tyś. p.n.e.) rodzących się Aten z Kretą (Milet), która -- pomimo iż powoli podupadała -- wciąż była jeszcze największym eksporterem materiałów farbowanych, wełnianych, etc, w starożytnym świecie. Co ma zatem z tym wspólnego "pająk"? Kreteńczycy używali go jako emblematu podczas handlu tymi materiałami. Kreta była taką Łodzią (miasto) starożytności w produkcji tekstyliów. 

Sami więc widzicie, że pod pozorami "mitologii" kryje się wiele faktów historycznych. Tylko ignorancja współczesnych wpływa na złe pojmowanie zamierzchłych czasów, jak i np. rozumienia własnych dogmatów religijnych. Stąd prosta droga do: wojen religijnych, niezrozumienia, braku tolerancji, etc. A tymczasem, wbrew pozorom, pisma antyczne i współczesne, święte lub nie, to pisma bardzo dokładne, chcąc w pełni rozumieć ich przekaz, trzeba zanurzyć się w każdym słowie... Dopiero wtedy człowiek zaczyna rozumieć, że nie stworzono je po to, aby -- wierzyć w boga lub bogów, ale po to, aby obalić każdy zabobon, kierując się wprost ku rozwiązaniu największych z zagadek: Kim właściwie jesteśmy?

I tym -- długaśnym, ale -- optymistycznym akcentem zakończę ów post. Mam nadzieję, że przynajmniej części z was pozwoli on spojrzeć na poruszone w nim zagadnienia, w nowy, świeży sposób. A jako bonus, piosenka, która stale rozbrzmiewała mi w uszach, podczas jego pisania. Pozdrawiam :)



czwartek, 5 stycznia 2012

"Biblioteka cieni" -- Mikkel Birkegaard. Bierne czytanie to nie żarty.


"Czytanie może bardzo przeszkadzać, ba, może nawet być niebezpieczne. I to nie tylko dla tego, kto czyta, ale też dla wszystkich w pobliżu. (...) Wyobraź pan sobie, że wszyscy dookoła czytają bez ograniczeń. (...) Słowa i zdania fruwałyby w powietrzu jak płatki śniegu w zadymce. (...) Zmieszałyby się ze sobą, posklejały w niezrozumiałe frazy, podzieliłyby się, żeby potem znów połączyć w całkiem nowe akapity i nowe rozdziały. Oszalałbyś pan, próbując znaleźć sens w czymś, co żadnego sensu nie ma. (...) Teksty bez czytelników niczego nie mówią. Potrzebni są czytelnicy, a wtedy książki mówią, oj, mówią. Ba, one wręcz śpiewają, szepczą, krzyczą... (...) Może powstać z tego cały chór wyjców. Okropieństwo".
Słowa te -- wbrew pozorom -- nie należą do pozbawionego uczuć wyższych urzędnika w magistraturze, której chorym celem byłoby zwalczanie słowa pisanego wszelkimi możliwymi środkami, tak iżby kolejne pokolenia rosły na idealnych wyjadaczy kaszy dla niewolnika. Nie doszukujmy się zatem na siłę porównań z naszym własnym podwórkiem, gdyż niestety, byłyby aż nadto widoczne, a przecież nie jest moją intencją wprowadzać zamieszanie, co najwyżej podsunąć delikatnie, że takiż cel, co poniektórym środowiskom, przyświeca.

Cytat ów pochodzi z książki duńskiego pisarza, Mikkela B. Słowa te zostały wypowiedziane już na samym wstępie do głównego jej bohatera, bynajmniej nie po to, aby do czegokolwiek go zniechęcać. Jak się później okaże, jegomość, który je wypowiedział, miał szczere intencje, wiedział bowiem to samo, co wiem ja, a także czego dowiedział się później nasz bohater, że jak długo nie znamy całej prawdy o przedmiocie, który nas zajmuje, tak długo pełny wachlarz jego możliwości jest przed nami skryty. Czytamy zatem jakąś książkę, ale czy naprawdę rozumiemy słowa, które do nas przemawiają? Wydaje się nam, że przebywając w świecie fantazji, jesteśmy sam na sam z własnymi myślami. Nic bardziej mylnego...

Podczas lektury książki "Biblioteka cieni", zastanawiałam się sporo, jak wiele ja sama byłabym w stanie poświęcić, aby dowiedzieć się jeszcze więcej, ażeby znaleźć się u wylotu życiodajnego źródła mądrości, móc zaczerpnąć zeń ile się da, tak żeby słodki posmak wiedzy na mych spragnionych ustach, mógł przez wieczność gasić me pragnienie? Czy nie chcielibyście wiedzieć o czymś, o czym inni nie mają zielonego pojęcia? Albo posiadać klucz do uchylania wrót w nieznane, w dowolnie wybranej przez was chwili?

Któż by tego nie chciał? Na pewno są tacy, którzy zaprą się tego w żywe oczy, ale bądźmy ze sobą szczerzy -- przynajmniej w myślach -- czy gdyby "wiedza, sama w sobie" nie była tak szalenie ważna, to czyż wszelkie realne siły tego świata stawałyby na drodze jej akolitom? Czyż przez wieki ginęłyby na szafotach nieprzebrane rzesze mądrych? Czyż władza pod wszelkim mianem i kolorem, zamykałaby usta swym przeciwnikom, mordując co najwytrwalszych? Czyż sekty wszelakie, noszące nazwę: religii, śmiałyby ludziom narzucać zastój umysłowy, podsuwając gotowe wyjaśnienia a pod groźbą wiecznego potępienia, zabraniały szukać innych? Sami odpowiedzcie sobie na te pytania, jeśli macie odwagę.


Doprawdy nie pojmuję, dlaczego raz po raz spotykam się z dosyć niską oceną książek, które coś dla mnie znaczą, i pomimo iż wiem, że mam do czynienia z raczej niskim poziomem owych recenzentów, to jednak wciąż mnie to wkurza. Czy naprawdę we wszystkim muszę stale iść pod prąd? Czasami mam wrażenie, że mam przeciwko sobie -- wszystkich. Dziwne to uczucie, nie twierdzę, że czuję z tego powodu jakiś dyskomfort, lata praktyki uczyniły ze mnie mistrza w godzeniu się z faktem, że w większości otaczają mnie debile. Ale cóż... Jak zwykle wypada rzucić oklepane przez dekady powiedzonko: że o gustach się nie dyskutuje. Tak?

A dlaczego by nie? Najprościej zasznurować usta i przełknąć, że enty nieudacznik życiowy został nazwany pisarzem-poetą-aktorem-piosenkarzem roku. Gódźmy się na to, że otacza nas miałkość, stańmy się częścią folwarku zwierzęcego, w którym ten tylko pan, kto potrafi unikać gnojówki. Ach, nie macie pojęcia, jak niekiedy świerzbią mnie paluszki, aby strącić niektórym panom te złote korony z ich głów, gdyż najdroższe nawet perfumy, stroje i oklaski, nie są w stanie ukryć, ciągnącego się za nimi fetoru. Tylko, po co? Na pewno są tacy, którzy by tego chcieli. W takich chwilach -- nie macie pojęcia jak bardzo tego pragnę -- przydaliby się ludzie z tym szczególnym darem, jaki opisał pan Mikkel. Wystarczyłoby odwiedzić tego, czy owego ministra i grzecznie się doń uśmiechając, przeczytać zgrabnie uszykowany w tym celu tekst. Oj, działoby się... ;D

Jon Campelli, główny bohater danej książki, jest synem starego, szanowanego w Kopenhadze antykwariusza/bibliofila. Jednak życie nie rozpieszczało Jona, osiągnął wprawdzie satysfakcjonujące stanowisko w pewnej renomowanej firmie adwokackiej, ale kosztem wspomnień. W bardzo młodym wieku, stracił obydwoje rodziców. Matkę -- która popełniła samobójstwo; Ojca -- który postanowił odciąć się od syna, wysyłając go do szkół. Mając więc ok. 30 lat na karku, Jon żył sobie spokojnie, lecz samotnie, osiągając wyżyny w swoim fachu. Stale jednak towarzyszyło mu to nieznośne poczucie odrzucenia, przez co nie potrafił ułożyć sobie życia prywatnego. Praca stała się dlań jedynym domem i pasją.
Właściwie owe pesymistyczne słowa, które zacytowałam na początku, doskonale oddają ducha Jona, który, jakby na przekór sobie, postanowił nigdy więcej nie wziąć książki do ręki. Przed tragiczną śmiercią matki, stale przebywał w antykwariacie swego ojca: "Libri di Luca" i książki wzbudzały w nim żywe emocje. Ale nie dziwię się mu, zważywszy na odepchnięcie, którego doświadczył. To tak, jak z dziećmi z pijackich rodzin... Czy może dziwić, że nawet najmniejszy zapach alkoholu wzbudza w nich awersję?
Niespodziewana i zgoła tajemnicza śmierć ojca Jona, jest dla niego okazją, aby spotkać się ze starym przyjacielem rodziny, skądinąd pracownikiem w.w. antykwariatu, niejakim Iversenem, by w spokoju zastanowić się nad dalszym losem tego miejsca, a jako że właśnie otrzymał propozycję prowadzenia ważnej sprawy sądowej, odnajdujemy go na rozstaju dróg. Jon nie jest zainteresowany tym, aby tracić czas na książki, z drugiej jednak strony, samo to miejsce budzi w nim silną potrzebę odnowienia starych znajomości. Nie wie jednak, że przywiodło go tutaj przeznaczenie, że pod pozornie błahym powodem śmieci Luki (zawał), kryje się prastara tajemnica i jeszcze większy wyścig po władzę nad całym światem. Tak, tak... Zawsze jak nie wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o: władzę i pieniądze. O ileż cenniejsza jest mądrość, ach...


Spróbujcie wyobrazić sobie ludzi, których los obdarzył wyjątkowym darem; darem, który przejawia się tym, iż za pomocą wypowiadanych na głos słów są w stanie wpływać na nieświadomych niczego słuchaczy. Zapewne zdarzyło się wam chociaż raz w życiu wysłuchać słuchowiska czy audiobooka, na pewno też zauważyliście, że najlepszymi spośród lektorów bywają aktorzy, gdyż z racji wykonywanego zawodu, przez lata praktyki, nabyli unikalną zdolność intonowania.

Teraz pomyślcie, że taki Lektor byłby w stanie rozpalić w was pragnienie do dalszego czytania, odkrywania, zdobywania, a nawet -- byłby w stanie was zaprogramować w taki sposób byście nawet o tym nie wiedząc, uczynili dokładnie to, czego od was oczekuje. Trochę to przerażające, czyż nie? Pachnie na odległość praniem mózgu, czystą hipnozą. Zapewne żaden z was nie chciałby byś poddany takiemu zabiegowi. Ale co jeśli wam powiem, że w świecie pana Jona Campelli istnieją także tzw. Odbiorcy, którzy potrafią podłączyć się pod umysł czytającego, uwalniając w nim nieznane dla niego samego emocje, pragnienia, tak iż czytana książka zdaje się być najwspanialszą w jego życiu przygodą i gdy się budzi jest pewien, że to jego własna idea? Wówczas, przy wspólnym wysiłku, mogą Oni np. zasugerować komuś, że zamykanie małej biblioteki na prowincji, to niekoniecznie dobry pomysł...


Nie ulega jednak wątpliwości, że większość ludzi raczej nie grzeszy uczciwością, a dobre maniery już dawno wyszły z mody, tak więc poza dobrymi bohaterami, do których należą Jon, Iversen oraz pewna rudowłosa Odbiorczyni, Katherina, znajdą się i tacy, którzy dar przekazywania, postanowią użyć w złym, destruktywnym celu. Chociaż książka "Biblioteka cieni" nie jest kryminałem, niemal z biegu zostaje wypowiedziane podejrzenie, iż Luca Campelli nie odszedł w naturalny sposób z tego świata. Oczywiście dla policji wszystko jest jasne, ale znając obyczaje czy też możliwości Lektorów i Odbiorców, nie trudno się domyślić, że Luca poniósł śmierć za sprawą któregoś z nich. Sam był jednym z najlepszych Lektorów, miał końskie zdrowie, nie był przesadnie stary, a przy tym, zawsze trzymał neutralną stronę pomiędzy jedną i drugą "frakcją", które z różnych względów podzieliły się przed laty. Komu zatem mogło zależeć na śmierci tego wspaniałego człowieka, którego jedynym pragnieniem było, ażeby książki nigdy nie odeszły w zapomnienie?

...Don't underestimate the dark matter of the unconscious...
Właśnie przez wzgląd na te specyficzne zdolności głównych bohaterów, chcąc nie chcąc, myślałam w czasie lektury o pewnym filmie. Mam na myśli "Incepcję", Ch. Nolana. Wprawdzie tam mamy do czynienia ze spekulacją nad naturą snu, jednakże główne założenie -- manipulacja -- wydaje się być równie ważne.
Zdarzyło mi się wiele razy "obudzić we śnie". Może i wy doświadczyliście tego surrealistycznego stanu, kiedy budząc się w środku nocy, w pierwszej chwili nie wiecie gdzie, ani kim lub czym jesteście. Ale po chwili wasza tożsamość staje się dla was jasna, jesteście już prawie pewni i spokojni, że to był tylko zły sen, gdy nagle, coś zaczyna się ruszać pod waszą kołdrą... Albo -- jak było w moim przypadku -- sięgacie ręką do zasłony okna, by za nią ujrzeć wlepione w was czerwone ślepia. Budzicie się wtedy z krzykiem, gdyż dopiero wówczas, sen po raz ostatni miał nad wami władzę.
Czy zatem nie jest -- teoretycznie -- możliwe, że ktoś świadomie mógłby przenikać do waszych snów po to, aby kreatywnie je zmieniać, tak byście po przebudzeniu działali niczym nakręcone zabaweczki? Pomyślcie tylko, za darmo, bez stresu, bez obawy wykrycia i konsekwencji. Każdą, dosłownie każdą myśl można by zaprojektować w zaciszu własnego domu, by później zwyczajnie zaszczepić ją w czyimś umyśle. Wówczas nie dziwią zachowania polityków, którzy jednego dnia są biali, a drugiego czarni. Nie dziwi też stale rosnąca liczba samobójców. Bo czym właściwie jest "depresja", jeśli nie upartą, natrętną jak mucha myślą obcego pochodzenia, która drąży w umyśle kanaliki tak długo, aż dopnie swego? A kiedy tak się stanie, no cóż... Sayonara.


Świat, w którym wszystko wydaje się być na opak, nie jest tym, o którym byśmy marzyli, przydarza się co najwyżej po zamknięciu oczu, ale przecież już trzynaście lat temu, w pewnym kultowym* filmie zza oceanu stwierdzono, że najgorsza w tym wszystkim jest niewiedza czy już się obudziliśmy, czy może wciąż śnimy. Witajcie zatem w moim świecie. Ludzie, żyjąc i polegając na innych mają stworzony przez siebie obraz w głowie i przeważnie trzymają się go kurczowo. Boicie się wszak stracić grunt pod stopami, boicie się pójść o jeden krok dalej, dotrzeć poza wszelkie granice, tam, gdzie nie sięgają mapy. To zrozumiałe, jak każde zwierzę, człowiek boi się tego, czego nie pojmuje. Rzeczywistość powinna być zrozumiała, przystępna i taka większości z nas się wydaje. Wszystko ulega zmianie, kiedy przyłapiemy kogoś na manipulowaniu nami. Dochodzi do czegoś w rodzaju sprzężenia zwrotnego. Nagle sami dla siebie stajemy się lustrem, na którego tafli, niczym odciski palców, zaczynają pojawiać się rysy. Jeśli przyjrzycie się im z bliska, czy lepiej -- wsłuchacie w samych siebie, z pewnością dowiecie się kto wami manipulował i dlaczego a wówczas, podobnie jak ja, spojrzycie na cały otaczający świat, to, co wam się przytrafiało, niczym bohaterowie książki Birkegaarda. Prawdziwy problem nie tkwi bowiem w woli działania, błądzeniu, ale w bierności, która zmusza nas abyśmy spoglądali na życie, samych siebie, na innych, bez najmniejszej atencji. Patrzymy, ale nie widzimy. Słuchamy, ale nie słyszymy. Jesteśmy tak dobrze zaprogramowani, że nie wyczuwamy już, kiedy ktoś dodatkowo dokłada nam zmartwień.

Mikkel Birkegaard
Muszę zatem rozczarować tych, którzy być może naczytali się lub przeczytają o książce Birkegaarda kiepskie opinie. W nosie mam, że w swej totalnej głupocie nie byli w stanie docenić jej walorów, zwłaszcza że napisana jest naprawdę przyjemnym językiem, czyta się ją szybko, ale bynajmniej nie sposób szybko o niej zapomnieć, chyba że wasz mózg przypomina mózg kolibra, wówczas macie przechlapane.

Miałam ostatnio nieprzyjemność czytać książkę "Antykwariusz", Juliana Sancheza, baskijskiego idioty, który raczej powinien dalej kopać piłkę na murawie, w czym na pewno jest lepszy niż w pisaniu zajmujących powieści, ale jak znam życie, 3/4 wszystkich jego czytelników w tym zapłakanym kramiku skoczy mi wnet do gardła, bo przecież nie zgadzać się ze zdaniem i wolą większości, to jak z własnej woli zjechać gołą dupą po zardzewiałej tarce.

"Biblioteka cieni" ma w sobie to wszystko, co pasuje pod określenie "przytulnego miejsca". A więc: wysokie i głębokie fotele ustawione blisko rozpalonego kominka; potężne regały z oprawionymi w pachnącą skórę księgami z różnych epok; posępne zamczyska i ukryte pod ziemią miejsca, w których przeprowadza się eksperymenty. Znajdziecie w niej miłość, ale i wyrafinowane złośliwości, przemoc i delikatność; spiski sięgające Starożytności, które zdradzą wam pochodzenie Lektorów i Odbiorców, o czym poniekąd wspominałam przed wyjazdem. Jeśli widzieliście wyżej wymienioną "Incepcję", być może i wam przyjdzie na myśl, jak wiele można by zmienić w tym okropnym świecie, który sami sobie gotujemy, pozwalając tyranom i debilom rządzić jeszcze głupszym stadem. Ludzki mózg jest bowiem niezbadany, to wciąż terra incognita, która kusi i zniewala, przynosi odpowiedzi na pytania, które rzadko mamy odwagę sobie zadać i to przeważnie, we śnie. Chociaż osobiście nie wnikam czy takowe przenikanie jest możliwe, sądzę jednak, że to, co dzisiaj wydaje się niemożliwe, za sto lub pięćset lat może być znacznie prostsze.

Pytanie zatem:  Czy nie warto byłoby zacząć szkolić już dziś ów organ, rozwijać go, uczyć się i szukać coraz to nowych białych plam na mapie rzeczywistości, aby je zapełnić, zamiast stojąc w miejscu, biernie przyglądać się jak głupie cepy w krawatach piszą historię świata za was? Rzeczywistość bowiem nie jest taka, jak się wam wydaje.