![]() |
| "The other side" -- Artur Rosa |
Dziesięć lat temu, kiedy rozpoczęłam swoją przygodę z internetem, potem z blogami, kierowałam się prostym założeniem, że jak długo będę miała coś do przekazania innym, coś -- w moim odczuciu -- wartościowego, cennego (czy tak było, sami to osądźcie), tak długo będę pisać, rozważać różne kwestie, albo jeszcze prościej, będę myśleć na głos za pomocą klawiatury. Nigdy nie chciałam nikogo pouczać -- ale zdaje sobie sprawę, że miewam przebłyski tyranii, nie interesuje mnie wszak to, co o mnie myślą ludzie, którzy z różnych przyczyn nie są w stanie lub nie chcą, za mną nadążyć. Mogę tylko dzielić się swoimi przemyśleniami, nawet jeśli nie wszystkie są słuszne z waszego punktu widzenia; ale są moje, więc mam do tego prawo, tak jak Wy macie prawo mieć inne zdanie. Tylko w jednej kwestii nie robię ustępstw i staję się kąśliwa, ale kto mnie zna, ten wie o co biega....
![]() |
| Adrian Chesterman |
Od pewnego czasu dosłownie zasysam wiedzę z różnych dziedzin, gnana jakimś wewnętrznym impulsem, który nie daje mi spać, jeść ani myśleć o czymkolwiek innym. Sprawy codzienne wydają się odległe, błahe, nieistotne; ludzie dalecy, giną we mgle ignorancji, fałszywych tropów i bolączek. I chociaż wiem, jak mogliby się z tego wszystkiego wyrwać-wykaraskać, dzisiaj już rozumiem, że nie jestem w stanie im pomóc. Poddałam się, idę swoją drogą.
Szczerze? Z ręką na sercu? Próbowałam przez lata, na wiele sposobów tchnąć w nich coś, co mogłoby im pomóc przezwyciężyć głupotę -- swoją i tych, którzy nimi kierują, te całe masowe zamulenie i strach; zwłaszcza strach, bo to on wszystko niszczy. Swego czasu chciałam nawet wyjechać na jakąś misję czy wolontariat, kształciłam się na "pielęgniarkę", poznałam podstawy wielu języków, ale cóż z tego?
Kiedy przed dwoma miesiącami ujrzałam na własne oczy krawędź kanionu, tego ze snów, z obrazów na necie i z filmów, oraz tę ponad moją głową -- tam, dokąd chyba nigdy nie dotrę, coś po raz kolejny we mnie pękło, czy może zaskoczyło na właściwe miejsce (sama już nie wiem) i od tamtego czasu kompletnie nie potrafię porozumieć się z kimkolwiek. Niczym ofiara Wieży Babel, łatwiej przychodzi mi odgrzebywać z prochów niepamięci zagadki sprzed kilkunastu tysięcy lat i jeszcze dalej, aniżeli wytłumaczyć własnemu pape, co się ze mną dzieje. Zmieniam się. Nie raz już miałam poczucie, że się przepoczwarzam, niczym larwa motyla w kokonie, ale tym razem jest jakoś inaczej....
![]() | |
| "Como un arbol viejo pero llenito de manzanas" -- Denis Nunez Rodriguez |
Zmiany, którym podlegam wychodzą z umysłu, myślę jednak, że gdybym nie była takim postrzelonym dziabągiem przez całe życie, nie odczuwałabym ich dzisiaj tak mocno, ba, może w ogóle nie zauważyłabym żadnej różnicy. Tymczasem skumulowały się w węźle, którego nie potrafię rozplątać. Nie żebym tego chciała, prawdę mówiąc gdybym -- dzisiaj -- spróbowała przezwyciężyć w sobie te zmiany, zapewne znowu wyrządziłabym sobie jakąś krzywdę, w postaci niechcianego psychosomatycznego choróbska. Tym razem nie jest to zły nastrój, ani urojone religijne bzdety. Tym bardziej nie powoduje tego nikt obcy i nie jest to też złe "dla mnie". Tracę jednak z każdym dniem -- czuję to wyraźnie -- kontakt z ludźmi, przestaję ich rozumieć. Nie dlatego, że są tacy skomplikowani, wręcz przeciwnie... Nie potrafię już postawić się w ich sytuacji, bo też pod każdym względem, zawsze, stałam na uboczu. Nigdzie nie pasowałam: do żadnej grupy, żadnej orientacji, żadnej ideologii, a nawet do psychologicznego wzorca. Dzisiaj jest jeszcze gorzej, bo widzę -- jak przez szkło w laboratorium -- co robią sobie ("oni") nawzajem, w jaką przepaść człapią za chorymi umysłowo przywódcami politycznymi i duchowymi, i nijak potrafię wczuć się w ich rolę. Przestaję nawet im współczuć, bo co to zmieni? Jestem pośród nich a tak, jakby mnie nie było. Praktycznie każdą czynność, którą znacie z reala, robię na opak, nie tak jak wszyscy i stale się z tego powodu czerwienię. Czuję też i postrzegam siebie w sposób, który jak dotąd nie opisała żadna książka z psychologii. Nie wiem co to znaczy, czy jestem wybrykiem natury? A może pierwszym przedstawicielem nowego gatunku? Przeraża mnie to niekiedy, przyznaję jak na spowiedzi.
![]() |
| Jas Mann |
To nie jest kwestia zapatrzenia w siebie, pychy ani niczego w tym guście, słowa te nie mają na celu nikogo zranić, tak po prostu bywa. Czyż Leonardo Da Vinci nie wyprzedzał swoich ziomków o całe stulecia? Podobnie było z Jas Mannem, który w latach 1994-1996 (plus/minus parę lat) wdarł się na listy przebojów z hukiem (w Anglii -- gdzie się urodził, oraz w wielu innych krajach Europy i świata, w tym w Polsce -- był nawet raz w Krakowie), ale pomimo iż szybko wspiął się na listy, czegoś zabrakło w tej wielkiej machinie... A może też Jas (o co osobiście podejrzewam go od lat) był na tyle inteligentny i wyjątkowy, iż sam uznał za stosowne wycofać się z branży? Chodzi mi wyłącznie o branżę zachodnio-europejską, gdyż nie zniknął z branży muzycznej w ogóle.
![]() |
| Jas w Indiach |
Z pochodzenia Hindus (po rodzicach Sikh), z tego co mi wiadomo -- nie jestem wszak wielkim znawcą jego biografii, dopiero ostatnio przypomniałam sobie o jego osobie i na nowo zaczęłam słuchać jego płyt, które wprost oszałamiają swą aktualnością, brzmieniem, pasją, a zwłaszcza samą osobą Jasbindera (cóż za oryginalne imię, tak swoją drogą).
Po wydaniu trzeciej płyty, gdzieś na przełomie wieku, wyjechał do Indii, gdzie przebywa po dziś dzień. W 2009r. ostał współwłaścicielem CEO of Indomina Group, spółki medialnej zajmującej się produkcją filmów, muzyką etc. Ponoć szykuje wielki powrót, tyle że jak na razie, tylko na rynek amerykański... :,C
Kto by pomyślał, że ten młody człowiek, swego czasu żywo zaangażowany w pisanie tekstów przeciw zglobalizowanemu światu, sam któregoś dnia stanie się grubą rybą, z drugiej jednak strony -- muzyka zawsze była jego największą pasją. Posłuchajcie chociażby TEGO-wywiadu a zrozumiecie w czym rzecz. Z jego punktu widzenia, wcale mnie nie dziwi przebieg jego kariery, gdy ma się do czynienia z 90% baranów pasących się na wirtualnej trawie jaką sadzą i spryskują władcy marionetek.
Piosenka powyżej jest jak hymn dla wszystkich tych, którzy muszą korzystać z substytutów życia -- Kofeina. To jak bóg zamknięty w brunatnej, aromatycznej cieczy, rozpościerającej skrzydła -- o ile się je ma -- ale i sączący do duszy jad, poddenerwowanie, wątpliwości, namiastkę energii, którą zwykliśmy łączyć z fizycznym ciałem. Nie rozumiemy bowiem, że energią jest atom skryty głęboko pod całym tym mięsisto-krwistym skafandrem. Nie trzeba nam niczego więcej, to tylko ciało domaga się używek, tak jak świat zewnętrzny domaga się od nas pozy, "twarzy" -- która rzekomo jest naszą jedyną wizytówką (hm, a ja myślałam, że intelekt. No cóż, w takim razie Hawking ma przerąbane) -- wyuczonych zachowań, powielanych słów, tak aby nikomu nie nadepnąć na odcisk. Jednym słowem -- rytuały. Substytuty życia uczą tych nieporadnych z nas jak funkcjonować w realu, pośród innych cieni ludzkich. Trzeba być wydolnym, wiecznie na chodzie, dopasować się albo spieprzać jak najdalej. Co najgorsze, że rytuał każe nam -- jak w systemie kastowym Indii -- zachowywać się zgodnie z płcią, kolorem skóry, jakąś religią czy stanowiskiem.
Tymczasem ja osobiście, co też sprawdziłam przez wiele lat studiów nad samą sobą, nie jestem ani hetero-, ani homo-, ani bi-, poza nauką-wiedzą nic mnie nie kręci. Powinnam postrzegać siebie jako młodą kobietę, ale baby są dla mnie kompletnie niezrozumiałe, co nie znaczy, że czuję się mężczyzną. Bynajmniej. Jak wykazał test na płeć mózgu.... Trzymajcie się: Ja nie mam płci, w tym znaczeniu. Stoję dokładnie pośrodku, nie identyfikując się z żadną grupą. Kolor skóry? Powinnam wiązać siebie z jakąś rasą? Jestem miksem wielu narodowości i żadną tak na prawdę się nie interesuję. Uważam siebie za dziecko Planety Ziemia i to mi w zupełności wystarcza. Mogłabym tak wymieniać bez końca, ale po co? Większość z Was i tak nigdy tego nie pojmie, bo po prostu jesteście idealnie dopasowani do swoich ról i tego miejsca w czaso-przestrzeni. Taki mój los. Szkoda tylko, że nie jest mi dane poznać Jasbindera, który w wielu swoich tekstach ujmował moją (być może i swoją) przypadłość. To właśnie od niego dowiedziałam się, że być może (traktuję to wyłącznie jako przenośnię, tezę, nad którą mogę się zastanawiać bez końca, bo jak dotąd nikt nie dał mi lepszej a pytałam wielu:
Tak swoją drogą, kiedyś opisałam w długiej korespondencji pewnemu psychologowi zza oceanu w czym rzecz i jedyne czego się doczekałam, to bezradnego rozłożenia rąk. Jedyne co stwierdził w oparciu o swoją wiedzę, to iż mógłby opisać mój przypadek (moją osobowość) w formie habilitacji, wywołując w ten sposób burzę mózgów. Ale nie pozwoliłam mu na to. Jakieś pięć lat temu (mniej więcej) doczekałam się za to na necie artykułu o tzw. osobach aseksualnych (który teoretycznie (tylko i wyłącznie) był najbliższy mojemu profilowi... Przypadek czy coś więcej?
A więc dowiedziałam się, że: "być może mam o parę genów więcej niż inni" -- cokolwiek to oznacza. To najtrafniejsze jak dotąd podsumowanie bolączek, które mnie trawią i usłyszałam to naście lat temu od zakręconego na punkcie SF kolesia o hinduskich korzeniach. Postanowiłam wspomnieć o Jasbinderze dlatego iż ledwo zaczęłam interesować się kulturą Dalekiego Wschodu, w tym Indiami, przyfrunął do mnie na facebooka młody człowiek z Indii właśnie, w dodatku Sikh. Ot, taki czysty przypadek, ale zabawny.
![]() |
| "All the Money's Gone" (świetny utwór) |
Drugą sprawą, która czyni Jasa z moich oczach interesującą personą, którą cudnie było by ujrzeć po raz kolejny na scenie, jest czas w jakim przyszło nam żyć. Nie tylko ja z biegiem lat odkryłam, że wszystko to, co zaprząta głowy milionów na świecie, Mann ujął w swych piosenkach już w latach 90'. A skoro tamte utwory, do dzisiaj wzbudzają żywą reakcję słuchaczy z całego świata, o ileż lepsze byłyby jego nowe piosenki.
Jasowi zarzucano bardzo wiele: od narcyzmu, kończąc na totalnej fiksacji choroba wie w którą stronę, ale z własnego doświadczenia wiem, że ćmy zawsze oblepiają tych, którzy mają coś do zaoferowania światu. Jas Mann w ciągu jednego tygodnia sprzedał pół miliona swoich płyt, osiągając w ten sposób (w 1996r.) pierwsze miejsce na brytyjskiej liście przebojów, przeszedł też do historii, gdyż taka sztuka nie udała się nigdy żadnemu innemu debiutantowi. W tamtym okresie, pobił nawet święcącego triumfy George Michaela a złośliwcom pozostało jedynie smęcić, że w niektórych utworach brzmiał jak Oasis (czy jak im tam...).
Moim skromnym ;]- zdaniem, Jas jest na tyle utalentowanym i przede wszystkim inteligentnym artystą, iż wykorzystał dany mu czas tyle ile się dało, aby w odpowiednim momencie zaszyć się w kraju przodków i tam poświęcić swojej życiowej pasji -- muzyce. To jest właśnie to, czego nie pojmuje większość tzw. artystów-celebrytów świata. Sztuki nie tworzy się seryjnie jak hamburgery dla wielkich koncernów, lecz poświęca się jej bez reszty nie dbając w zasadzie o to czy zbijemy nań kasiorę czy nie. Chwila w której tak zaczynamy rozumować staje się naszym ostatecznym końcem. Głos więdnie i tylko tricki w studio nagrań potrafią z takiego zombie (patrz -- kora, hołdys, rynkowski, doda, big cyc, etc ) wykrzesać w miarę ludzkie dźwięki, jak widać to było na przykładzie nieżyjącej już Whitney Houston. Prawdziwy artysta nie wpycha się do lodówek i do każdego durnowatego talk-show ażeby o nim mówiono, lecz nie może spać od natłoku myśli, które każą mu tworzyć. Mam więc nadzieję -- z tego co można przeczytać na stronie Jasa -- że za jakiś czas znowu o nim usłyszę, może uda mi się skądś wykombinować jakieś nowe jego dziełko, cokolwiek bądź, bo wiem że warto czekać na taką perłę choćby i drugie naście lat.
Jose Saramago napisał kiedyś: "Każdy ma taki świat, jaki widzą jego oczy". W takim wypadku ja naprawdę żyję w innym świecie niż wy. Mój świat nie ma granic, państw, ustrojstwa, władzy i podziałów na wierzenia, bo wszyscy są Jednym i oddychają tę samą esencją istnienia. Mój świat nie potrzebuje barier, dogmatów i ról do odegrania, bo skoro mamy pismo, język, mamy zdolność do wyrażania siebie, współdziałania, wymiany tego, co wytwarzamy, nie potrzeba już nic więcej. W jednej z piosenek Jasbindera padają słowa: Czym jest dom? Sikh z facebooka koniecznie chciał wiedzieć skąd pochodzę, ale nawet gdybym mu powiedziała, nie wiedziałby o mnie o 1% więcej niż przedtem. Nie czuję się zadomowiona w tym miejscu, w którym jestem, bo określenia typu: państwo-naród -- tak ważne jeszcze do niedawna -- tracą sens, kiedy się zrozumie, że nie zamierza się ginąć w imię kłamstw i głupoty kogokolwiek.
Często śnię o czasach kiedy na świecie nie było "królestw", "władzy", etc. Kiedy po prostu byli bliźni i ich codzienne małe radości i smuteczki. Wcale nie tak prymitywne, jak tłumaczą dzieciom w szkołach opłaceni manipulatorzy. Moim domem jest Ziemia a stoi* sobie on (czy raczej wisi) na jednym z odległych ramion Drogi Mlecznej. Jestem więc częścią Wszechświata i tylko w tym znaczeniu pragnę być postrzegana. Wszelkie inne nazwy, role i przegródki, uczyniły z tego świata istne bagno w którym topimy siebie nawzajem, nie pojmując nawet, że jedna w nas płynie krew. Nie wiem jak wy, ale ja naprawdę mam już dosyć czuć się jak -- Marsjanin. To co jest chore w naszym świecie to właśnie sam fakt, że muszę tak się czuć, czy tego chcę czy nie. Ale nawet pomimo swoich wewn. przemian nigdy nie stracę radości życia, nie przestanę marzyć i koffać świata oraz tych z Was, którzy mają odwagę wejść w przyszłość z podniesioną głową. Bo dom, to coś więcej niż tylko ściany i dach. To stan ducha i to wszystko, co ponad nami, tam daleko....





























