Przeczytałam kiedyś bardzo mądre słowa, które na zawsze odmieniły moje życie. Nie przytoczę ich tu kropka w kropkę, ale postaram się wyrazić je najlepiej jak potrafię. Gotowi?
Nie ma takiej czarnej nocy, aby nie przebiła się przez nią odrobina światła.
Myślicie zapewne... Phi, też mi odkrycie, ale jest tak wyłącznie dlatego, że nie znacie dalszego ciągu mej myśli. Wątpienie bierze się bowiem z tego, że od-uczono was wiary w moc sprawczą tego światła. Nazwijcie je jak chcecie. Jedni ubiorą je w szaty metafizyki, inni optymizmu, silnej woli skupionej na jakimś obiekcie, tak czy owak, światło zasadza się na waszej wierze weń, bo to umysł nadaje mu kształt. Zastanówcie się zatem przez chwilę, o ile częściej w waszym życiu pewność, że wszystko idzie lub pójdzie nie tak, jak trzeba jest silniejsza niż owe światło.... Uważacie, że zawodzi was umysł? Ha, właśnie w tym tkwi szkopuł. To wy oszukujecie samych siebie, czyż zatem nie dowodzi to, jak wielką moc ma wasz mózg? Pomyślcie nad tym, a gdy to już zrobicie, wsłuchajcie się w ciąg dalszy.....
Każda dobra myśl, pragnienie, nadzieja, ma tysiąckrotną przewagę nad mrokiem, w który sami się wpędzacie.
Wiem doskonale, że tak jest, bo sama przez całe życie skupiałam się wyłącznie na tym, co we mnie i naokoło mnie.... było złe. W głębi serca pragnęłam odmiany, żeby moje życie było udane, ale jak na złość, stale przytrafiały mi się tylko te złe, smutne rzeczy. Uwierzyłam bowiem, tak samą siebie zaprogramowałam, aby widzieć świat wyłącznie w czarnych barwach, że jestem nic niewarta, że niczego w życiu nie osiągnę, że z jakiegoś powodu wszyscy mnie nie znoszą, etc. Czy może zatem dziwić, że stale się potykałam, zderzałam z ludźmi, że spadałam z deszczu pod rynnę, i że w końcu, przez swój wewnętrzny, utajony lęk, doprowadziłam swój organizm na skraj przepaści? Nie, bo wiara mojego umysłu w to, co przesłonięte cieniem była silniejsza niż w to, czego pragnęło moje serce. I tylko dlatego, światełko w tunelu stale było poza moim zasięgiem.
Pamiętacie ten żart? "Panie Boże, spraw, żebym wygrał na loterii, proszę, proszę, proszę". Na co ów Pan odpowiedział w końcu podirytowany temuż człowieczkowi: "Dobrze, dam ci fortunę.... Ale najpierw, do jasnej ciasnej, kup ten cholerny los". W tym tkwi cała magia, moi drodzy. Jeśli chcecie ujrzeć światło, ażeby szczęście do was przylgnęło, wpierw sami musicie uwierzyć, że jesteście szczęśliwi, że wszystko czego wam trzeba już jest wasze, a gdy mocno w to uwierzycie, pokochacie, przytulicie do swych serc, ciesząc się jak dziecko.... że "to" już gdzieś tam jest i czeka na was, choć jeszcze nie wie o tym, że jest wasze (tak zaklinam los od dawna i zawsze się sprawdza), zanim się obejrzycie, wasze życie zacznie się zmieniać, bo nieważne jak czarna jest noc, światło zawsze się przez nią przebije; jeśli tylko w nie uwierzycie, jeśli tylko to ono wypełni wasze życie po brzegi.
Zrozumienie podstawowej rzeczy, że to nie pech się za nami ciągnie, lecz my sami generujemy w swym życiu nieszczęścia stale o nich myśląc, obawiając się jutra, mając o sobie zaniżone mniemanie, nie jest prostą sprawą. Jako iż przez kilkanaście lat cierpiałam na depresję, na ów Syndrom Smutnej Pani, wiem jakie uroki rozpaczy mogą popieścić drutem kolczastym ludzki umysł i ciało, wiem jak można nisko upaść wyłącznie na własne życzenie, wiem czym jest samotność, w którą sami się wpędzamy, alienując się od innych za "jej" sprawą i czym jest paranoja, która czyni ze świata (w naszych oczach) tak przeraźliwe miejsce do mieszkania, iż najlepiej nie wstawać rano z łóżka.
Ale znam też, bo tego doświadczyłam, czegoś przeciwnego, co pozwoliło mi po raz pierwszy w życiu spojrzeć na całą swą przeszłość z nowej, jaśniejszej perspektywy. Przeznaczenie? A cóż to takiego? Gdy dzisiaj o tym myślę, widzę jakim koszmarem jest dla ludzi przekonanie, wpajane im z pokolenia na pokolenie, w różnej tradycji, że gdzieś tam wysoko (albo nisko, jakkolwiek by na to patrzeć) istnieje jakaś św. księga czy zwój magiczny, na którym wiecznym piórem spisane są nasze dzieje od poczęcia, aż po zgon. Wiara w to, choć może się niektórym wydawać piękna (zwłaszcza gdy ich życie raczej obfituje w pomyślność) dla większości ludzi jest klinem, który nie pozwala im w żaden sposób ruszyć się z miejsca, aby coś zmienić. Jeśli są biedni, schorowani, nikt ich nie kocha, powtarzają sobie jak mantrę, aż w końcu zaczynają w to wierzyć (bo właśnie taką moc mają nasze myśli), że najwidoczniej taki ich los i na nic więcej nie zasługują. A to błąd, to nie tak, nigdy tak nie było i nie będzie. Nie ma żadnego zwoju losu, ani nici, która miałaby zostać o danej porze i miejscu przecięta, jesteście tylko Wy i wasze nieskończone możliwości, wasze dobre i złe uczucia oraz decyzje. To Wy kształtujecie swoje życie, na własne podobieństwo, to od was -- i od nikogo innego zależy -- czy życie to będzie się wiodło dobrze, czy źle. Pamiętajcie, że choć Rockefeller zaczynał od czyścibuta, już wtedy "wiedział" kim się stanie i trzymał się tej myśli jak liny; jeśli i wy się jej złapiecie, ujrzycie w swoim życiu cuda, dziwne zbiegi okoliczności, inspirujące myśli, miejcie tylko odwagę uwierzyć w siebie i gdy nadejdzie odpowiedni moment, skorzystajcie z okazji.
Książka pani Jeanne DuPrau, natchnęła mnie swego czasu do głębokich przemyśleń. To jedna z tych powieści, które choć tworzone z myślą o młodych ludziach, działają na każdego, bez względu na wiek i płeć, jeśli tylko pozwoli się ponieść jej czarowi. Samo wyobrażenie, że gdzieś głęboko pod ziemią, od nie wiadomo jak dawna, istnieje ukryte miasto, w którym, stłoczeni jak śliwki w kompocie, żyją ludzie pozbawieni światła słonecznego, przekonani niezbicie, że poza ich kurczącą się cywilizacją nie ma już nic więcej, że zostali sami a wszędzie tylko mrok, jako żywo przypomina mi nasz obecny świat.
Ludzie, których nazywacie "władnymi", politycy i inni przywódcy, podsycają w was wizje rodem z koszmarów; jeszcze inni zasypują stertą śmieci, z których jedyny pożytek jest taki, że wierząc w nie, tracicie bezpieczny grunt pod stopami. Jedyne o czym wówczas myślicie to, o: nieszczęściach, spiskach, nikczemnościach, bólu; całe wasze życie zaczyna wytyczać jeden, przeraźliwy kalendarz strachu. Tego nigdy nie potrafiłam pojąć. Rzecz zdumiewająca, że choć sama na ten czas mogę powiedzieć, że zarzuciłam wiarę w dawne dogmaty, to jednak moje życie, nagle, stało się piękniejsze, pełne spokoju i nadziei. Nie twierdzę, że jest idealne, jeszcze troszkę mi brakuje, ale.... Widzę jak na dłoni ten "strach", w którym Oni - Was trzymają, w którym, jak w kokonie, sama żyłam przez dekady i jest mi tak przeraźliwie żal, że nie mogę was pociągnąć ku sobie, abyście i wy stanęli na szczycie świata patrząc prosto w słońce, abyście i wy ujrzeli spadające gwiazdy z nieba, tę czarowną melodię wszechświata, którą wysyła ku mnie, bo nauczyłam się "słyszeć" jego wołanie. Nauczyłam się "widzieć" i uczę się "czuć", przez co widzę jak piękni, pełni mocy i miłości jesteśmy, jak niewiele nam brakuje do wyzwolenia, doskonałości, jak wielki potencjał nosimy w sobie.
Tymczasem żyjecie jak ci ludzie z miasta Ember, głęboko zakopani w swoim smutku, strachu, negacji, paranoi, żyjecie namiastką życia, odmawiając samym sobie szczęścia, wierzycie bowiem złudnie, że wasze szczęście zależy od kogoś innego; od zarobionych pieniędzy, od szczytów kariery, od tego wszystkiego, co samo przyjdzie do was jak przyciągnięte magnesem, jeśli tylko uwierzycie, że możecie i tego właśnie pragniecie, bo nie ma rzeczy niemożliwych.
Chcecie przykładów? Dam wam bardzo prozaiczny, bo zapewne wielu z was myśli sobie w tej chwili, że szczęście wewnętrzne to i owszem, ale nie żeby nagle manna zaczęła z nieba spadać. Mój pape ponad czterdzieści lat temu, przez własną głupotę, stracił prawo jazdy. Pędził wówczas szalone życie, w głowie mu były wyłącznie kobiety, imprezki i przede wszystkim jego.... motocykl. Któregoś dnia jadąc z takowej imprezki nadział się na patrol. Dojrzał go wcześnie, więc zszedł przed zakrętem z motoru i udawał, że go prowadzi. Mieszkał w małej mieścinie, znał tego milicjanta a on jego, ale idąc doń przeczuwał, że chyba tym razem "wpadł po uszy". I co się stało? Milicjant rzeczywiście był miły, ale rzekomy kolega, który jechał z pape na tym motorze, zaczął pleść jak najęty trzy po trzy i wydało się, że jadą z imprezy, pan-władza poczuł alkohol, potem okazało się, że pape nie wziął ze sobą prawa jazdy, wiecie jak to jest... Z deszczu, pod rynnę.
Milicjant miał jednak serce i gdy następnego dnia pape stawił się na posterunku z dowodem, władza zabrała mu go zaledwie na kilka miesięcy, tylko po to, aby nie musiał zdawać kolejny raz egzaminu. Takie przepisy, ale i dobra wola człowieka. Niestety mój pape był wówczas strasznym lekkoduchem. W międzyczasie przeprowadził się na południe kraju i jak powiedział mi przed rokiem, nie chciało mu się wracać do rodzinnego miasteczka. Macie pojęcie? Olał (brzydko mówiąc) prawo jazdy, a miał zarówno na samochód jak i na motor. Dla porównania chyba każdy z was słyszał jak dzisiaj trudno je zdobyć...
Minęło czterdzieści lat. W międzyczasie doznał rozległego udaru. Już kiedyś pisałam wam o tym, że skazywano go na wózek, lecz zawziął się i wnet zaczął biegać; inni nie mieli tyle szczęścia, choć mieli górę pieniędzy, skończyli jak warzywa (były lata 80'). Czym różnił się od nich mój pape? Wredna mamuśka przylazła doń do szpitala i z jadem powiedziała mu: Ha, widzisz? Już nigdy nie wstaniesz z tego łóżka. Nie mówiła tego przekornie, był czas że wręcz kłóciła się z personelem szpitala, aby nie wypuszczali go do domu. Koffana żonka, czyż nie? Wtedy to pomyślał sobie: Zobaczysz, wstanę i się z tobą rozwiodę. Po paru miesiącach zaczął biegać po parku i wyrzucił laskę do śmietnika. Już wtedy przeczuwał, że nie był to zwykły "zbieg okoliczności". Tak zaczęła się cała seria dziwnych "trafów" w jego i moim życiu. Ale wracając do sedna....
Dokładnie rok temu, zaczął nagle, z dnia na dzień, mówić że jaka szkoda, że nie ma prawa jazdy, że tak bardzo chciałby choćby z rok pojeździć sobie samochodem. I nagle coś go tknęło. Wbrew wszelkiej logice, napisał do urzędu miejskiego w dawnym miasteczku z zapytaniem: Czy mają tam jeszcze jego prawo jazdy? Dosłownie na drugi dzień przyszła odpowiedź, że tak, mają. Ale wiecie co jest w tym zaskakujące? To, że chociaż o nic w pierwszym mailu (słownie) nie poprosił, obiecali mu przysłać je do urzędu miasta na południe, gdzie akurat mieszkaliśmy, tak iżby tylko sobie po nie poszedł i odebrał. Pape zbaraniał z zaskoczenia. Po czterdziestu latach.... Nie obchodziło ich w ogóle, czy jest zdrowy, w jaki sposób je stracił, nie było mowy o żadnym egzaminie, nic.... Dwa tyg. później udał się do UM po odbiór. Ale to jeszcze nic.... Okazało się, że chciano mu wręczyć tylko prawo jazdy na samochód, a on przecież miał także i na motor. Logika nakazywałaby nie przeginać i cieszyć się tym, co ma, no bo i tak nie wsiądzie już na motor. Ale nie... Pape poszedł w zaparte. Przepraszając go najmocniej przysłali mu potem kompletne prawo jazdy do domu. Cóż jednak z tego, że je otrzymał, skoro nie mieliśmy kasy na kupno samochodu. Tuż po otrzymaniu prawka, pape natknął się przez przypadek na wymarzonego Forda na placu przed sklepem i bach, kupił go za niecałe 2000 zł. Resztę latem zeszłego roku, opisywałam na blogu. Nadal myślicie, że jedyne co jest w waszym zasięgu to tylko szczęście duchowe?
Jeśli przyjrzycie się w spokoju temu, co obecnie zaprząta uwagę wszystkich -- trudno nie nadziać się na wieści ze świata, jak i z naszego własnego podwórka -- być może dostrzeżecie, że żyjecie pod wielkim szklanym kloszem. To, co wartościowe, zostało tak skutecznie przed wami zamaskowane, iż żeby do tego dotrzeć, myślicie sobie, wpierw musielibyście rozbić głową ów niewidzialny mur. Pod kopułą tego dziwnego świata pewni ludzie, maluczcy w sumie, gdyż esencją ich życia jest wszystko to, co negatywne (tak mocno wierzą w opary absurdu, iż narzucają go bezimiennym masom), tkwią wygodnie umoszczeni w samym sercu, jak tłusty pająk w sieci, pławiąc się w pozorach kontroli. Myślą, że jak zamkną ludziom plac zabaw, to ludzie przestaną się bawić. Jak zniszczą im zabawki, to ludzie utracą pamięć dziecięcych lat a gdy uwierzą, że wszędzie poza szklanym kloszem tylko pomór i zagłada, z pewnością będą drżeli nawet w snach. Wiecie co? Ja już się nie lękam snów, bo nauczyłam się w nich budować mosty ponad rzeką paradoksów, nauczyłam się latać, choć na co dzień wszyscy mi mówią, że "świata zmienić się nie da". ;) Może i nie da się zmienić w pojedynkę.... Ale to, że światem targają wojny, nieszczęścia, ból i cierpienie, jest tworem nas samych, bo tak się bojąc, iż to się stanie, sami to do siebie ściągamy. Wszechświatem rządzą naprawdę proste prawa, choć niewzruszone, jeśli stale się o czymś myśli, bez znaczenia jest czy tego pragniecie czy wręcz przeciwnie. Strach lgnie do strachu, złość do złości, itd. Czy naprawdę muszę tłumaczyć, o czym trzeba myśleć, żeby nastały lepsze dni?
Gdzieś ponad tym wszystkim, w każdym z nas, tak jak w głównych bohaterach filmu "The City of Ember", płonie iskierka nadziei, że nie musi tak być, że nie zawsze tak było, że gdzieś, dawno temu, zgubiliśmy po drodze prawdziwe rozumienie naszego istnienia, i choć przez tysiąclecia, pojawiali się w naszym świecie ludzie, którzy znali na to odpowiedź, my -- nie mogliśmy lub nie chcieliśmy ich słuchać. Nauczono nas bać się. Każdego oddechu, każdego słowa, każdej myśli niezgodnej z odgórnie przyjętym kanonem. To właśnie po to dano nam święte zwoje, ale ci, którzy je dla nas tłumaczyli, to właśnie ci sami, którzy karmią się naszym strachem. Gdybym miała ich do czegoś przyrównać, pierwsze moje skojarzenie zawiodłoby mnie do świata przyrody.
Mrówki są bardzo pracowitymi stworzeniami, ich światem rządzi lojalność względem wspólnoty, ale w chęci swej dominacji są tak przebiegłe, iż wykorzystują gatunki innych owadów, aby ich karmiły. Bywa tak, że gdy już podtuczą swoją trzódkę, składają w jej ciele jajeczka, tak by ich młode, mogły się żywić nieszczęsnym, nie mogącym nic na to poradzić, stworzeniem. My, ludzie, podobnie czynimy z trzodą chlewną. Zaś nas -- ogół -- pasą "Pasterze". Ludzie rzekomo światli i wszechpotężni, w istocie przykurcze ewolucji, którzy choć posiadają miliony, do dzisiaj nie znajdują szczęścia albo pojmują je na opak. Są ślepi i głusi, ale jedna cecha ich charakteru dominuje, pozwala im się panoszyć. Wyczuwają -- gdyż sami go produkują -- Wasz strach. Sycą się nim, dzięki niemu podtrzymują w sobie przekonanie, że są od Was lepsi, mądrzejsi, potężniejsi. W przyrodzie, moi drodzy Pasterze, czy tego chcecie czy nie, panuje odwieczna równowaga. Ani wy, ani nawet miliony innych bytów, nie są w stanie naruszyć tego Prawa. Skoro żywicie się strachem i negacją, tylko to i nic innego do was powróci. My zaś, ci którzy uczą się otwartości, miłości, współczucia i szczęścia, zawsze będziemy od was potężniejsi. Bo nie ma takiej czarnej nocy, aby nie przebiła się przez nią odrobina światła.
Wierzę gorąco, gdyż każda komórka mnie powtarza mi to dzień w dzień, że pomiędzy tym jacy jesteśmy a tym jakimi pragniemy być jest jedynie odległość między jednym punktem światła a drugim. Światłem jest nasza wolna jak ptak, myśl. Wiem jak trudno jest uwierzyć, gdy nasze życie nie jest idealne, że może być lepiej, o wiele lepiej, ale problem nie tkwi w "możliwości, potencjalności" tego aktu, ale w potędze naszej myśli. Dlaczego niby część ludzi na świecie, która naprawdę w coś wierzy, tak często doświadcza stanów uniesienia potwierdzających (według nich) słuszność ich wiary? Ponieważ mocno w to wierzą i podobnie jak z placebo to coś im się objawia. Co nie znaczy, że niewierzący tego nie doświadczają....
Czy marzyliście kiedykolwiek o czymś? Np. w dzieciństwie o jakiejś zabawce albo wycieczce? Jeśli mocno wierzy się w siebie i w to czego pragniemy, nie ma bata, żeby nasze życie nie zaczęło się w końcu układać. I w tym tkwi owa "odległość / dystans" między jednym punktem światła (myśli) a drugim. Pomiędzy tym wszystkim jest tylko.... Wszechświat; ale nie jako ogranicznik, ocean nie do przebycia.... O nie. Czy słyszeliście kiedyś poszum radiowy? Chyba nie sądziliście, że w kosmosie panuje cisza? A skoro my słyszymy Wszechświat..? Resztę, dopiszcie sobie sami.... Pamiętajcie tylko, że Pasterze bywają źli i dobrzy. Ale bez względu na to ile latarni na drodze waszego życia rozbiją Ci pierwsi, drudzy -- zawsze w miejsce jednej, wzniosą tysiąc. Świat nie jest bowiem taki, jak wam go prezentują, ludzie nie są ani dobrzy, ani źli z natury, są po prostu.... wystraszeni i samotni. Z tych dwóch rzeczy rodzi się jeszcze większe cierpienie i tak bez końca, chyba że.... Ktoś wreszcie -- i oby były nas miliardy -- zacznie tworzyć świat od nowa, ubierając go w dawno zapomniane szaty miłości i pokoju, bo nie ma takiej ciemności, aby nie przebiła się przez nią odrobina światła.

































