czwartek, 23 lutego 2012

"Babylon Zoo / Jas Mann" -- Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie.


"The other side" -- Artur Rosa

Dziesięć lat temu, kiedy rozpoczęłam swoją przygodę z internetem, potem z blogami, kierowałam się prostym założeniem, że jak długo będę miała coś do przekazania innym, coś -- w moim odczuciu -- wartościowego, cennego (czy tak było, sami to osądźcie), tak długo będę pisać, rozważać różne kwestie, albo jeszcze prościej, będę myśleć na głos za pomocą klawiatury. Nigdy nie chciałam nikogo pouczać -- ale zdaje sobie sprawę, że miewam przebłyski tyranii, nie interesuje mnie wszak to, co o mnie myślą ludzie, którzy z różnych przyczyn nie są w stanie lub nie chcą, za mną nadążyć. Mogę tylko dzielić się swoimi przemyśleniami, nawet jeśli nie wszystkie są słuszne z waszego punktu widzenia; ale są moje, więc mam do tego prawo, tak jak Wy macie prawo mieć inne zdanie. Tylko w jednej kwestii nie robię ustępstw i staję się kąśliwa, ale kto mnie zna, ten wie o co biega....

Adrian Chesterman
Od pewnego czasu dosłownie zasysam wiedzę z różnych dziedzin, gnana jakimś wewnętrznym impulsem, który nie daje mi spać, jeść ani myśleć o czymkolwiek innym. Sprawy codzienne wydają się odległe, błahe, nieistotne; ludzie dalecy, giną we mgle ignorancji, fałszywych tropów i bolączek. I chociaż wiem, jak mogliby się z tego wszystkiego wyrwać-wykaraskać, dzisiaj już rozumiem, że nie jestem w stanie im pomóc. Poddałam się, idę swoją drogą.
Szczerze? Z ręką na sercu? Próbowałam przez lata, na wiele sposobów tchnąć w nich coś, co mogłoby im pomóc przezwyciężyć głupotę -- swoją i tych, którzy nimi kierują, te całe masowe zamulenie i strach; zwłaszcza strach, bo to on wszystko niszczy. Swego czasu chciałam nawet wyjechać na jakąś misję czy wolontariat, kształciłam się na "pielęgniarkę", poznałam podstawy wielu języków, ale cóż z tego? 
Kiedy przed dwoma miesiącami ujrzałam na własne oczy krawędź kanionu, tego ze snów, z obrazów na necie i z filmów, oraz tę ponad moją głową -- tam, dokąd chyba nigdy nie dotrę, coś po raz kolejny we mnie pękło, czy może zaskoczyło na właściwe miejsce (sama już nie wiem) i od tamtego czasu kompletnie nie potrafię porozumieć się z kimkolwiek. Niczym ofiara Wieży Babel, łatwiej przychodzi mi odgrzebywać z prochów niepamięci zagadki sprzed kilkunastu tysięcy lat i jeszcze dalej, aniżeli wytłumaczyć własnemu pape, co się ze mną dzieje. Zmieniam się. Nie raz już miałam poczucie, że się przepoczwarzam, niczym larwa motyla w kokonie, ale tym razem jest jakoś inaczej.... 

"Como un arbol viejo pero llenito de manzanas" -- Denis Nunez Rodriguez

Zmiany, którym podlegam wychodzą z umysłu, myślę jednak, że gdybym nie była takim postrzelonym dziabągiem przez całe życie, nie odczuwałabym ich dzisiaj tak mocno, ba, może w ogóle nie zauważyłabym żadnej różnicy. Tymczasem skumulowały się w węźle, którego nie potrafię rozplątać. Nie żebym tego chciała, prawdę mówiąc gdybym -- dzisiaj -- spróbowała przezwyciężyć w sobie te zmiany, zapewne znowu wyrządziłabym sobie jakąś krzywdę, w postaci niechcianego psychosomatycznego choróbska. Tym razem nie jest to zły nastrój, ani urojone religijne bzdety. Tym bardziej nie powoduje tego nikt obcy i nie jest to też złe "dla mnie". Tracę jednak z każdym dniem -- czuję to wyraźnie -- kontakt z ludźmi, przestaję ich rozumieć. Nie dlatego, że są tacy skomplikowani, wręcz przeciwnie... Nie potrafię już postawić się w ich sytuacji, bo też pod każdym względem, zawsze, stałam na uboczu. Nigdzie nie pasowałam: do żadnej grupy, żadnej orientacji, żadnej ideologii, a nawet do psychologicznego wzorca. Dzisiaj jest jeszcze gorzej, bo widzę -- jak przez szkło w laboratorium -- co robią sobie ("oni") nawzajem, w jaką przepaść człapią za chorymi umysłowo przywódcami politycznymi i duchowymi, i nijak potrafię wczuć się w ich rolę. Przestaję nawet im współczuć, bo co to zmieni? Jestem pośród nich a tak, jakby mnie nie było. Praktycznie każdą czynność, którą znacie z reala, robię na opak, nie tak jak wszyscy i stale się z tego powodu czerwienię. Czuję też i postrzegam siebie w sposób, który jak dotąd nie opisała żadna książka z psychologii. Nie wiem co to znaczy, czy jestem wybrykiem natury? A może pierwszym przedstawicielem nowego gatunku? Przeraża mnie to niekiedy, przyznaję jak na spowiedzi.

Jas Mann
Miałam -naście lat, kiedy po raz pierwszy puszczono w eterze utwór "Spaceman", zespołu Babylon Zoo. Jest to zespół mojej wczesnej młodości, tak więc mam do niego podejście bardzo osobiste, więc jeśli przesłodzę... Wybaczcie mi. Sam *tekst tego utworu* działa na mnie elektryzująco i jeśli się w niego wczytacie uważnie, dostrzeżecie z pewnością, to co zresztą zrozumieli jakiś czas temu wszyscy fani front-mana -- Jasbindera Manna (aka Jas Mann) --  jak bardzo jest "zwłaszcza" dzisiaj aktualny. Większości z was Jas jest zapewne kompletnie nieznany, przykre, ale cóż, tak bywa, jeśli ktoś z wielkim talentem, potencjałem ukaże się światu zbyt wcześnie. Niektórzy wielcy za swego życia nie dostąpili zaszczytów, nieraz umierali w samotności, zapomnieniu, skrajnym ubóstwie. Działo-dzieje i dziać się będzie tak nadal, ponieważ niektórzy z tych ludzi, wyprzedzają swoje czasy.
To nie jest kwestia zapatrzenia w siebie, pychy ani niczego w tym guście, słowa te nie mają na celu nikogo zranić, tak po prostu bywa. Czyż Leonardo Da Vinci nie wyprzedzał swoich ziomków o całe stulecia? Podobnie było z Jas Mannem, który w latach 1994-1996 (plus/minus parę lat) wdarł się na listy przebojów z hukiem (w Anglii -- gdzie się urodził, oraz w wielu innych krajach Europy i świata, w tym w Polsce -- był nawet raz w Krakowie), ale pomimo iż szybko wspiął się na listy, czegoś zabrakło w tej wielkiej machinie... A może też Jas (o co osobiście podejrzewam go od lat) był na tyle inteligentny i wyjątkowy, iż sam uznał za stosowne wycofać się z branży? Chodzi mi wyłącznie o branżę zachodnio-europejską, gdyż nie zniknął z branży muzycznej w ogóle. 
Jas w Indiach
Z pochodzenia Hindus (po rodzicach Sikh), z tego co mi wiadomo -- nie jestem wszak wielkim znawcą jego biografii, dopiero ostatnio przypomniałam sobie o jego osobie i na nowo zaczęłam słuchać jego płyt, które wprost oszałamiają swą aktualnością, brzmieniem, pasją, a zwłaszcza samą osobą Jasbindera (cóż za oryginalne imię, tak swoją drogą). 

Po wydaniu trzeciej płyty, gdzieś na przełomie wieku, wyjechał do Indii, gdzie przebywa po dziś dzień. W 2009r. ostał współwłaścicielem CEO of Indomina Group, spółki medialnej zajmującej się produkcją filmów, muzyką etc. Ponoć szykuje wielki powrót, tyle że jak na razie, tylko na rynek amerykański... :,C

Kto by pomyślał, że ten młody człowiek, swego czasu żywo zaangażowany w pisanie tekstów przeciw zglobalizowanemu światu, sam któregoś dnia stanie się grubą rybą, z drugiej jednak strony -- muzyka zawsze była jego największą pasją. Posłuchajcie chociażby TEGO-wywiadu a zrozumiecie w czym rzecz. Z jego punktu widzenia, wcale mnie nie dziwi przebieg jego kariery, gdy ma się do czynienia z 90% baranów pasących się na wirtualnej trawie jaką sadzą i spryskują władcy marionetek.


Piosenka powyżej jest jak hymn dla wszystkich tych, którzy muszą korzystać z substytutów życia -- Kofeina. To jak bóg zamknięty w brunatnej, aromatycznej cieczy, rozpościerającej skrzydła -- o ile się je ma -- ale i sączący do duszy jad, poddenerwowanie, wątpliwości, namiastkę energii, którą zwykliśmy łączyć z fizycznym ciałem. Nie rozumiemy bowiem, że energią jest atom skryty głęboko pod całym tym mięsisto-krwistym skafandrem. Nie trzeba nam niczego więcej, to tylko ciało domaga się używek, tak jak świat zewnętrzny domaga się od nas pozy, "twarzy" -- która rzekomo jest naszą jedyną wizytówką (hm, a ja myślałam, że intelekt. No cóż, w takim razie Hawking ma przerąbane) -- wyuczonych zachowań, powielanych słów, tak aby nikomu nie nadepnąć na odcisk. Jednym słowem -- rytuały. Substytuty życia uczą tych nieporadnych z nas jak funkcjonować w realu, pośród innych cieni ludzkich. Trzeba być wydolnym, wiecznie na chodzie, dopasować się albo spieprzać jak najdalej. Co najgorsze, że rytuał każe nam -- jak w systemie kastowym Indii -- zachowywać się zgodnie z płcią, kolorem skóry, jakąś religią czy stanowiskiem. 

Tymczasem ja osobiście, co też sprawdziłam przez wiele lat studiów nad samą sobą, nie jestem ani hetero-, ani homo-, ani bi-, poza nauką-wiedzą nic mnie nie kręci. Powinnam postrzegać siebie jako młodą kobietę, ale baby są dla mnie kompletnie niezrozumiałe, co nie znaczy, że czuję się mężczyzną. Bynajmniej. Jak wykazał test na płeć mózgu.... Trzymajcie się:  Ja nie mam płci, w tym znaczeniu. Stoję dokładnie pośrodku, nie identyfikując się z żadną grupą. Kolor skóry? Powinnam wiązać siebie z jakąś rasą? Jestem miksem wielu narodowości i żadną tak na prawdę się nie interesuję. Uważam siebie za dziecko Planety Ziemia i to mi w zupełności wystarcza. Mogłabym tak wymieniać bez końca, ale po co? Większość z Was i tak nigdy tego nie pojmie, bo po prostu jesteście idealnie dopasowani do swoich ról i tego miejsca w czaso-przestrzeni. Taki mój los. Szkoda tylko, że nie jest mi dane poznać Jasbindera, który w wielu swoich tekstach ujmował moją (być może i swoją) przypadłość. To właśnie od niego dowiedziałam się, że być może (traktuję to wyłącznie jako przenośnię, tezę, nad którą mogę się zastanawiać bez końca, bo jak dotąd nikt nie dał mi lepszej a pytałam wielu:
Tak swoją drogą, kiedyś opisałam w długiej korespondencji pewnemu psychologowi zza oceanu w czym rzecz i jedyne czego się doczekałam, to bezradnego rozłożenia rąk. Jedyne co stwierdził w oparciu o swoją wiedzę, to iż mógłby opisać mój przypadek (moją osobowość) w formie habilitacji, wywołując w ten sposób burzę mózgów. Ale nie pozwoliłam mu na to. Jakieś pięć lat temu (mniej więcej) doczekałam się za to na necie artykułu o tzw. osobach aseksualnych (który teoretycznie (tylko i wyłącznie) był najbliższy mojemu profilowi... Przypadek czy coś więcej? 
A więc dowiedziałam się, że: "być może mam o parę genów więcej niż inni" -- cokolwiek to oznacza. To najtrafniejsze jak dotąd podsumowanie bolączek, które mnie trawią i usłyszałam to naście lat temu od zakręconego na punkcie SF kolesia o hinduskich korzeniach. Postanowiłam wspomnieć o Jasbinderze dlatego iż ledwo zaczęłam interesować się kulturą Dalekiego Wschodu, w tym Indiami, przyfrunął do mnie na facebooka młody człowiek z Indii właśnie, w dodatku Sikh. Ot, taki czysty przypadek, ale zabawny. 

 

"All the Money's Gone" (świetny utwór)
Drugą sprawą, która czyni Jasa z moich oczach interesującą personą, którą cudnie było by ujrzeć po raz kolejny na scenie, jest czas w jakim przyszło nam żyć. Nie tylko ja z biegiem lat odkryłam, że wszystko to, co zaprząta głowy milionów na świecie, Mann ujął w swych piosenkach już w latach 90'. A skoro tamte utwory, do dzisiaj wzbudzają żywą reakcję słuchaczy z całego świata, o ileż lepsze byłyby jego nowe piosenki. 

Jasowi zarzucano bardzo wiele: od narcyzmu, kończąc na totalnej fiksacji choroba wie w którą stronę, ale z własnego doświadczenia wiem, że ćmy zawsze oblepiają tych, którzy mają coś do zaoferowania światu. Jas Mann w ciągu jednego tygodnia sprzedał pół miliona swoich płyt, osiągając w ten sposób (w 1996r.) pierwsze miejsce na brytyjskiej liście przebojów, przeszedł też do historii, gdyż taka sztuka nie udała się nigdy żadnemu innemu debiutantowi. W tamtym okresie, pobił nawet święcącego triumfy George Michaela a złośliwcom pozostało jedynie smęcić, że w niektórych utworach brzmiał jak Oasis (czy jak im tam...). 

Moim skromnym ;]- zdaniem, Jas jest na tyle utalentowanym i przede wszystkim inteligentnym artystą, iż wykorzystał dany mu czas tyle ile się dało, aby w odpowiednim momencie zaszyć się w kraju przodków i tam poświęcić swojej życiowej pasji -- muzyce. To jest właśnie to, czego nie pojmuje większość tzw. artystów-celebrytów świata. Sztuki nie tworzy się seryjnie jak hamburgery dla wielkich koncernów, lecz poświęca się jej bez reszty nie dbając w zasadzie o to czy zbijemy nań kasiorę czy nie. Chwila w której tak zaczynamy rozumować staje się naszym ostatecznym końcem. Głos więdnie i tylko tricki w studio nagrań potrafią z takiego zombie (patrz -- kora, hołdys, rynkowski, doda, big cyc, etc ) wykrzesać w miarę ludzkie dźwięki, jak widać to było na przykładzie nieżyjącej już Whitney Houston. Prawdziwy artysta nie wpycha się do lodówek i do każdego durnowatego talk-show ażeby o nim mówiono, lecz nie może spać od natłoku myśli, które każą mu tworzyć. Mam więc nadzieję -- z tego co można przeczytać na stronie Jasa -- że za jakiś czas znowu o nim usłyszę, może uda mi się skądś wykombinować jakieś nowe jego dziełko, cokolwiek bądź, bo wiem że warto czekać na taką perłę choćby i drugie naście lat. 

 

Jose Saramago napisał kiedyś:  "Każdy ma taki świat, jaki widzą jego oczy". W takim wypadku ja naprawdę żyję w innym świecie niż wy. Mój świat nie ma granic, państw, ustrojstwa, władzy i podziałów na wierzenia, bo wszyscy są Jednym i oddychają tę samą esencją istnienia. Mój świat nie potrzebuje barier, dogmatów i ról do odegrania, bo skoro mamy pismo, język, mamy zdolność do wyrażania siebie, współdziałania, wymiany tego, co wytwarzamy, nie potrzeba już nic więcej. W jednej z piosenek Jasbindera padają słowa: Czym jest dom? Sikh z facebooka koniecznie chciał wiedzieć skąd pochodzę, ale nawet gdybym mu powiedziała, nie wiedziałby o mnie o 1% więcej niż przedtem. Nie czuję się zadomowiona w tym miejscu, w którym jestem, bo określenia typu: państwo-naród -- tak ważne jeszcze do niedawna -- tracą sens, kiedy się zrozumie, że nie zamierza się ginąć w imię kłamstw i głupoty kogokolwiek. 

Często śnię o czasach kiedy na świecie nie było "królestw", "władzy", etc. Kiedy po prostu byli bliźni i ich codzienne małe radości i smuteczki. Wcale nie tak prymitywne, jak tłumaczą dzieciom w szkołach opłaceni manipulatorzy. Moim domem jest Ziemia a stoi* sobie on (czy raczej wisi) na jednym z odległych ramion Drogi Mlecznej. Jestem więc częścią Wszechświata i tylko w tym znaczeniu pragnę być postrzegana. Wszelkie inne nazwy, role i przegródki, uczyniły z tego świata istne bagno w którym topimy siebie nawzajem, nie pojmując nawet, że jedna w nas płynie krew. Nie wiem jak wy, ale ja naprawdę mam już dosyć czuć się jak -- Marsjanin. To co jest chore w naszym świecie to właśnie sam fakt, że muszę tak się czuć, czy tego chcę czy nie. Ale nawet pomimo swoich wewn. przemian nigdy nie stracę radości życia, nie przestanę marzyć i koffać świata oraz tych z Was, którzy mają odwagę wejść w przyszłość z podniesioną głową. Bo dom, to coś więcej niż tylko ściany i dach. To stan ducha i to wszystko, co ponad nami, tam daleko....


niedziela, 19 lutego 2012

"Nausicaä of the Valley of the Wind" -- Hayao Miyazaki (1984).



Konfucjusz powiedział kiedyś, że "żaden wiatr nie jest dobry dla okrętu, który nie zna portu swego przeznaczenia". To prawda, choć w dużej mierze zależy od kontekstu. Dla mnie osobiście wiatr to tchnienie życia -- o ile, rzecz jasna, jest czym oddychać. Jeszcze rok temu, kiedy wychodziłam na dwór mogłam zaczerpnąć pełną pierś powietrza a po szumie wiatru w koronach drzew, poznawałam w jakim nastroju jest świat. Dzisiaj, podobnie jak główna bohaterka filmu Miyazakiego powyżej, nie wychodzę z domu bez maseczki ochronnej. I to z tego i nie tylko powodu, odcięłam się na tydzień od świata. Poszum medialny, pomimo iż nie posiadam tv ani radia, przebił się do mnie poprzez gorzkie słowa pani Doni; słowa, które były zbyt ciężkie, zbyt prawdziwe. Nie byłam w stanie wytłumaczyć jej dlaczego tak się dzieje, bo także i dla mnie niezrozumiała jest fala nienawiści, głupoty, kłamstw, która przetacza się przez eter. W dosłownym znaczeniu i w przenośni, toksyczny podmuch ogarnia nas zewsząd, gdyż pozwalamy grupce chorych psychicznie ludków rządzić nami; światem, który nie jest ani nasz, ani ich, który po prostu jest... i to na bardzo krótko. Ile jeszcze trzeba łez aby odkupić słowa i czyny przeszłych pokoleń? Ile trzeba milionów, aby ocalić jedno marzenie?

Filmy Miyazakiego -- tak, wiem, że to anime -- wbrew pozorom nie są naiwnymi bajeczkami, takimi jakimi zarzuca się ludzi w polszcze, serwując reklamy/spoty jak dla paroletnich debili (rozum i serce, plastusie-potworki); sam ich twórca na pewno nie jest także japońskim Waltem Disneyem, choć swego czasu określono go tak na tvp-kultura, przez co niemal fiknęłam koziołka ze śmiechu. Z pozoru słodkie, często kryją pod spodem sporą dawkę goryczy, kontrowersyjnych tematów, uwypuklając złą naturę człowieka w sposób przemyślany, lecz stonowany -- w przeciwieństwie do hollywoodzkiego szajsu, gdzie od dawna już z latarnią w dłoni szukać pozytywnych bohaterów, więcej za to negacji, uzbrojonych po zęby obcych tudzież triumfujących po 70' latach wegetacji na ciemnej stronie księżyca nazistów, od czego mówię wam, robi mi się tak niedobrze, iż wstyd mi za to, gdzie się urodziłam i kim jestem -- a przy tym, zawsze możemy wczuć się w przeżycia głównego bohatera/ki, patrząc na świat oczami nieskażonymi przez absurd, agresję, nihilizm. W świecie Miyazakiego, wiem, co mówię, bo często doń powracam, przez krótki czas czuję się spełniona, spokojna, bezpieczna. Wiem, że cokolwiek źli ludzie uczynili w przeszłości, albo też cokolwiek złego przytrafiło się głównemu bohaterowi, na końcu wszystko i tak dobrze się zakończy. Łaknę tej nadziei, chyba nie jestem w tym odosobniona?

Zdjęcia pochodzą ze -- strony

W świecie, w którym żyje Nausicaä nadzieja nabiera nowego znaczenia, bo też i zagrożenia, które nad nim wiszą mają inną, niż dzisiaj, naturę. Przede wszystkim, minęło ponad tysiąc lat od wielkiej, wyniszczającej cały glob wojny, dawna Cywilizacja wydaje się ledwie wspomnieniem. Podzieleni na małe królestwa, o głównie rolniczym charakterze, mieszkańcy Ziemi upodobnili się do nomadów. Żyją wprawdzie w wyznaczonych przez czas i konieczność regionach, ale coraz częściej ulegają presji dużo silniejszego od siebie żywiołu. Współczesny człowiek nazwał by tę siłę -- Naturą; ale trudno tak ją nazwać w świecie przyszłości. Z Naturą, w naszym rozumieniu tego słowa, coś się stało. Ewoluowała? Raczej przekształciła się w coś, co z jednej strony chroni planetę, przed jej największym wrogiem -- ludźmi, ale w sposób daleko wykraczający poza normy darwinizmu. Pozostałość po prastarej wojnie, przeobraziła większą część planety w toksyczny ogród. Na gruzach dawnego świata, wyrósł nowy, przypominający dżunglę, z fantasmagoryjnymi stworzeniami wszelkiej maści. W tym świecie to człowiek jest intruzem, który bez odpowiednich zabezpieczeń, umarłby w ciągu paru minut. Gigantyczne insekty, zwane Ohmu, są niepodzielnymi władcami ocienionych, toksycznych krain. Strzegą spokoju tego miejsca i w razie konieczności, potrafią pokazać ludziom swą siłę. Ich gniew zmiata całe dominia z powierzchni ziemi, choć przecież wywodzą się od najmniejszych istot zamieszkujących Ziemię od eonów lat. To trochę dziwne, ale gdy spojrzy się na ten konkretny film Miyazakiego pod kątem ekologii, jasnym się staje przesłanie japońskiego reżysera. Ewolucja milion razy pokazywała w dziejach świata, gdzie jest miejsce tych, którzy się pysznią, wynosząc najmniejszych do rangi największych. Lękam się, że i dzisiaj tak będzie... Pytanie zatem, kim lub czym będzie to, co "najmniejsze"?


Przez długi czas miałam dość krytyczny stosunek do twórczości* azjatyckiej, ale zarówno dzięki przyjacielowi z Chin, który w nazwisku ma słowo: "Sea" (morze), jak i obrazom Miyazakiego, spokorniałam nieco i nabrałam trzeźwego doń podejścia. Później zaczytując się w pracach Junga, wyszło na to, że właśnie Azja oferuje mi spokój, którego bezskutecznie szukam od lat, gdyż naturę mam introwertyczną (jak bardzo, zapewne wiedzą tylko ci z was, którzy próbowali się do mnie zbliżyć). Miyazaki daje mi też szczyptę zamierzchłej-przeszłości, którą -- jako typowa raczyca -- wprost uwielbiam oraz głęboką nostalgię, kiedy ckliwe dźwięki fortepianu Joe Hisaishiego, tkają wysublimowaną opowieść o utopijnym świecie, jakowymś złotym wieku, bądź gorzkim końcu wielkiej cywilizacji, która za bardzo zbliżyła się do nieba. 

Jak to bywa jednak z baśniami, zanim przebudzi się nowa nadzieja, wpierw musi spaść na ludzi wiele nieszczęść i cierpienia. Czas próby, mrok i chaos, bo tylko wtedy -- z tego najgłębszego dna rozpaczy -- może się podnieść bohater, istota naznaczona przez czas i miejsce, choć pokorna i nieznająca swej prawdziwej wartości. Nie prawdą jest bowiem, że bohaterem, autorytetem jakowymś, wybitną jednostką, jest człowiek, którego elity rządzące takim nazywają. Jeśli wielkością jest sprzyjanie nielicznym, kosztem większości, którą w istocie ma się w głębokim poważaniu (cyrk wokół pewnej miłośniczki kotów czy też pokraki plującego na dystans, z którego "ktosiowatość" pragnie uczynić króla), no cóż.... W takim razie świat cały wraz z takowym "bohaterem", rychło przeminie. Wielkość, moi koffani, to czystość serc. Chciałabym móc o sobie powiedzieć, że mam czyste i nieskalane, ale to właśnie pragnienie doskonałości, spisane przez pseudo-wiarę, doprowadziło mnie do przeciwnego bieguna. Dlatego też dzisiaj, z nadzieją, wypatruję "bohatera", który odmieni nasz los i poprowadzi słabszych ku lepszemu jutru. Czy się doczekam?


Nausicaä jest księżniczką z Doliny Wiatru, w której żyją jej pobratymcy. Tytuł, który nosi nie jest jednak sztucznie nadanym mianem, który służy próżnym cieciom z denaturatem zamiast krwi, do zaspokajania w świecie swych wynaturzonych ambicji,  lecz powinnością względem swego ludu. Każdego zna z imienia i za każdego oddałaby życie. Także z myślą o nich, niesiona przez wiatr od morza, jedyną -- jak dotąd -- skuteczną barierą przed toksycznym powiewem z zarośniętych części lądu (tzw. Sea of Decay = Morze Rozpadu, Rozkładu, Ugór), zapuszcza się niemal każdego dnia w tajemnicze, śmiertelnie niebezpieczne obszary, dokąd nie dotarł nikt przed nią w poszukiwaniu potrzebnych do przetrwania materiałów, ale także prowadząc własne badania nad naturą toksycznych roślinno-podobnych tworów. 

Niestety sielanka nie trwa długo. Dolina Wiatru jest bowiem łakomym kąskiem dla wojowniczych plemion, takich jak Tolmekianie, i nie chodzi o samo królestwo, co o sąsiedztwo z toksyczną dżunglą. Nastawieni militarnie Tolmekianie nie dążą bowiem do życia w symbiozie z naturą, pomimo iż znają niechlubną przeszłość rasy ludzkiej, która doprowadziła świat na skraj przepaści, lecz właśnie przy pomocy starożytnego Wojownika Giganta, jakich dawniej było pełno, pragną po raz ostatni -- ale ostatecznie -- pokonać rozrastającą się dżunglę, rzekomo w najlepszym interesie ludzkości. Nie dociera do nich jednak, że agresja rodzi wyłącznie agresję. Raz rozpędzone stado Ohmu, ogarnięte bitewnym szałem nie spoczną, dopóki nie zetrą ludzi z powierzchni ziemi....

Tę prostą zależność wydaje się rozumieć tylko Nausicaä, ale nikt nie chce jej słuchać, nawet wtedy, gdy poświęcając samą siebie, staje na drodze rozpędzonych władców świata przyszłości. Wiem, że to naiwne z mej strony, ale oglądając filmy Miyazakiego czuję zarazem nadzieję, marzę o kimś, kto powstrzyma żelazne-ptactwo rozpylające nad głowami niczego nieświadomych ludzi toksyczne wyziewy, i zarazem cierpię, bo wątpię -- taką mam naturę -- żeby istniał jeszcze na świecie ktoś na tyle charyzmatyczny, aby pociągnąć za sobą miliony. Niemniej stale doń powracam, te przestrzenie, wiatr na twarzy, cisza i spokój, i wiara, że jutro będzie lepiej, kiedy jest źle, chowam się w tej nadziei, bo to jest mój dom. W moim sercu mieszka wiatr, ten zdrowy, czysty, którego zabrakło wokół; wiatr, który może zgasić świecę fałszywej empatii, by rozniecić płomień tam, gdzie nigdy nie zabrakło nadziei. Polecam film "Nausicaä z Doliny Wiatru" każdemu: Małemu i Dużemu, bez względu na to jakimi czujecie się w środku... A tym, którzy samych siebie tytułują Wielkimi, choć nigdy nic wielkiego (a więc dobrego) dla swych bliźnich nie uczynili, życzę większej pokory, bo więksi od Was chodzili po tym świecie i za każdym razem, krew ich gęsto spływała po bruku z ręki najmniejszych.


poniedziałek, 13 lutego 2012

"Mity greckie" -- Robert Graves. Część IV: Afrodyta, boska Kybele.


"Morning light" by Rhads* (deviantART artist)
Chciałabym móc bez wahania powiedzieć, że życie u schyłku odwiecznego cyklu, kiedy upadają wielkie cywilizacje, chaos przejmuje kontrolę nad światłym myśleniem, nadzieją i nowymi możliwościami; życie w tzw. "ciekawych czasach" daje mi satysfakcję. Ale prawda jest taka, że serce mi krwawi, kiedy widzę ogień w Atenach, kiedy słyszę kłamliwe słowa na temat europejskich korzeni, kiedy muszę patrzeć w oczy ludziom, których zamracza nienawiść, żądza władzy i pieniądza. Wiem, że chaos się nie cofnie, dopóki nie zatoczy pełnego koła. Teraz już rozumiem, że taka jest kolej rzeczy i nic nie możemy -- jako jednostki -- na to poradzić. Koło Czasu pędzi przed siebie nieubłaganie. Jedno umiera, aby narodzić się mogło coś nowego, bo nie ma rzeczy stałych. Nawet gwiazdy umierają, umierają całe galaktyki i zapewne, jak pisali Starożytni, umrze któregoś dnia cały Wszechświat. Uczę się zatem spokoju. Każdy cykl ma swój początek i koniec, ale chociaż wiem, że spirala nienawiści i głupoty w świecie nie bierze się bez powodu, że oni najzwyczajniej nie potrafią wyciągnąć wniosków z przeszłości, to jednak cierpię, bo właśnie teraz jesteśmy o włos od zrozumienia w czym tkwi nasz błąd. A mimo to, brniemy w to samo, co zgubiło ludzi z Mohenjo Daro. 

Gdy byłam mała, pape czytał mi Homera a ja co rusz przerywałam mu pytaniami: Kim są Mojry? Pape odpowiadał mi zgodnie ze swoją wiedzą, ale że więcej wiedział o wierze przodków, częściej słyszałam: To tylko bajeczki, koffanie. Wszystko, co istnieje zależy od boga, to on wszystko stworzył. No dobrze, myślałam sobie. Ale kto stworzył tego boga? Co było przed nim? No i kim są te Mojry, do których tak często odwoływali się Starożytni? Gdy ma się parę lat, trudno pojąć naturę czasu, przemijania, losu... Poza tym już od dziecka zastanawiałam się, jeśli człowiek ma wolną wolę, to dlaczego nie wolno mi wierzyć w elfy, jednorożce, zaś stale powtarza się w kółko ze świętych ksiąg, że nasz los zapisany jest w jakiejś księdze życia? Starożytni Grecy też głowili się nad tym zagadnieniem, tym odwiecznym -- w ich odczuciu -- paradoksem. Zapewne nauczono was w szkole, że były trzy Mojry. Trzy córy Erebu i Nocy. Dzięki Ajschylosowi czy Herodotowi, znamy ich imiona:
Kloto -- "ta, która przędzie" (nów; bogini-dziewica wiosny, pierwszy okres roku);
Lachezis -- "ta, która mierzy" (pełnia, bogini-nimfa lata, drugi okres roku);
Atropos -- "ta, której nie można odwrócić ani uniknąć" (stary księżyc, bogini-starucha jesieni, ostatni okres roku). 
Jestem jednak pewna, że mało kto z Was wie, że wszystkie trzy Mojry, były córkami (personifikacjami) jednej Bogini Matki, Królowej Gór -- Uranii. Wzmianki o tym znajdziecie u Pauzaniasza. Po raz kolejny dowiadujemy się ze starożytnych źródeł, że Mojry to nic innego jak trójca jednej i tej samej bogini. Graves uważał, że pod trzema imionami, kryły się: Atena, Afrodyta oraz Demeter; podaje również i takie tłumaczenia, które upatrywały Afrodytę w ostatniej z cór bogini -- Atropos. Afrodyta jest tą samą boginią, która wyłoniła się z Chaosu i tańczyła naga nad falami. Początkowo czczono ją w Syrii i Palestynie, jako boginię Isztar lub Asztarte, zaś ośrodkiem kultu był przez tysiąclecia Pafos na Cyprze. Nie dziwią mnie wielorakie przeróbki mitu o jej narodzinach, gdyż jako bogini nimfie, składano Afrodycie w dniu letniego przesilenia świętego króla, więc po raz kolejny kłania się przed nami strach mężczyzn przed rządami kobiet. Do dzisiaj jest wiele nieścisłości, czy też nawarstwień w mitach greckich, jako iż wiara Greków przez tysiąclecia przyjmowała liczne podania; przeobrażała się tak samo, jak zmieniali się sami Grecy.

William-Adolphe Bouguereau -- "The Birth of Venus" (1879)

Przyzwyczajono nas wierzyć, że Afrodyta była wyłącznie ucieleśnieniem miłości, piękna, płodności; słodziutką, głupiutką blondynką, która niczym wieczne dziecko zaspokajała wyłącznie swe kobiece zachcianki, nie licząc się z obyczajami. Zdziwi was więc jak wiele innych nosiła przydomków. Począwszy od Kybele  -- bogini śmierci; Melajnis -- czarnej; Androfonos -- mężobójczyni; Epitymbrii -- grobowej (wg. Plutarcha); Ateńczycy nazywali ją także siostrą Erynii. Skąd więc bierze się ta dwoistość? Otóż przeskakując zbyt szybko od początków jej kultu do Grecji klasycznej łatwo można zagubić prawdziwy sens tej postaci, lecz wprawne oko i wrodzona ciekawość po okruszkach dotrą do zagubionej w czasie genezy. 

Wspomniana wcześniej Urania = Królowa Gór (o czym pisałam TUTAJ), miała wyłonić się z morza (= kosmicznej rzeki -- Okeanos), stąd jednym z jej symboli jest muszla. Pokrętne jest jednak tłumaczenie, że Afrodyta została zrodzona z krwi Uranosa, która po jego kastracji przez Kronosa (Saturna) spadła do morza. Wcześniejsze kapłanki Uranii, każdego roku odbywały opodal wyspy Kytery, rytualne ablucje, co miało rzekomo przywrócić im dziewictwo. A wszystko to, po złożeniu w ofierze króla-kochanka. Drugą ważną sprawą jest sama nieopanowana chuć bogini. Do dzisiaj uważa się, że symbolem Afrodyty są gołębie i wróble, znane powszechnie z rozpusty. Moc rozkochiwania w sobie kogo popadnie, miała bogini zawdzięczać "magicznej przepasce", którą dostała od Zeusa, wychodząc za mąż za Hefajstosa. Sęk w tym, że owa przepaska odnosi się do dużo starszego przedstawienia: "sieci" -- w którą przyoblekały się kapłanki pierwotnego kultu Afrodyty podczas świętych ablucji. Znowu więc wracamy do punktu wyjścia.

(Autorka obrazu -- Melania Delon)
Wszystkie te mroczne przydomki, którymi obdarzali przez tysiąclecia Grecy jedną z najpiękniejszych bogiń olimpijskich, nabierają sensu dopiero wówczas, kiedy zrozumie się, kim była pierwotnie Bogini Matka. To ją czczono u zarania dziejów na Peloponezie a także w całym basenie Morza Śródziemnego. Achajowie tak bardzo obawiali się tego kultu, który czynił z nich sługi kobiet, iż obrócili własną historię do góry nogami. Starożytne wierzenia Greków opierały się bowiem na założeniu, wyprowadzonym zresztą aż z odległych Indii, że sam człowiek w porządku rzeczy ma niewielkie znaczenie. Najważniejsza jest przyroda, pory roku, zmieniające się cykle płodności i obumierania. 

Niedługo przed naszą erą, świat antyczny zaczął przestawiać się na zupełnie inne myślenie. Arogancja ludzka osiągnęła zenit, tworząc jedną po drugiej koncepcje, w której to człowiek znajdował się nagle na piedestale. Wszystko co istnieje miało być odtąd jemu całkowicie podporządkowane. A skoro wszystko, to zwłaszcza ta, która dotąd jemu -- mężczyźnie -- wydawała rozkazy. W czasach kiedy czczono boginię, istniała jedność pomiędzy miłością a nienawiścią -- co też odbija się w micie o romansie Afrodyty z Aresem (bogiem wojny). To nie przypadek, że tych dwoje połączyła silna więź, przez którą doszło niemal do rozłamu na Olimpie. Ale o to właśnie chodzi. Zarówno Afrodytę jak i Aresa łączyła wielka namiętność (choć skrajnie różna), której oddawali się bez reszty. Dla Starożytnych Greków oczywistym była komunia miłości z nienawiścią, a więc życia ze śmiercią. Jak długo panowała między nimi harmonia, świat przyrody oraz świat ludzi, czerpał z tego korzyść. Z chwilą rozłamu, na świat wypełzły wojny, nieszczęścia, pycha i niezrozumienie. Jedność została utracona. 
Nagle to kobieta stała się tą, która za wszystko odpowiada, choć to nie ona spowodowała upadek rasy ludzkiej. Pandora u Greków a Ewa w ST, w każdej niemal kulturze zaczęto ucieleśniać kobietę z najgorszym złem, co też znajduje dzisiaj apogeum w schizofrenicznej, pełnej nienawiści ideologii islamu. A wszystko przez to, że światem zaczęła rządzić "nienawiść", zaś "miłość" zepchnięto do rangi czegoś wstydliwego, bluźnierczego. Czegoś, czemu mężczyzna nie był w stanie podołać.
Ktoś jednak powie: "Zaraz, zaraz... Przecież sednem chrześcijaństwa jest -- miłość, czyż nie?". Otóż nie. Sednem chrześcijaństwa, które przyjęło się na gruzach antycznych wierzeń za sprawą takich kultów jak kult syryjskiego pół-boga Tammuza, Ozyrysa w Egipcie, którego zamordowano a potem zmartwychwstał, czy kultu Heraklesa w Grecji i Prometeusza, którzy poświęcali się dla dobra ludzkości, jest przesłanie iż w centrum wszystkiego znajduje się człowiek (a zwłaszcza -- mężczyzna). Z kobiety uczyniono albo: dziewicę, która jest tylko służką swego Pana, albo dziwkę -- która obmywa mu stopy włosami. Jakież to dogodne....

Mamy więc dzisiaj na świecie polityków, przywódców duchowych, wielkich oligarchów, którzy trzęsą portfelami maluczkich, lecz gdy przyjrzeć im się z bliska widać jak wielka nienawiść w nich wzbiera dla wszystkiego, co żyje. Jedni wywołują wojny; inni czerpią z ziemi surowce nie znając umiaru, ba, bawiąc się samemu pogodą, tak iżby jeszcze więcej zarobić na maluczkich; jeszcze inni pilnują aby nigdy, ale to nigdy więcej kobieta nie doszła do władzy: tak politycznej, jak i duchowej, gdyż wtedy, cały ten piękny ich świat, świat wyzysku, krzywd, wojen i zaprzeczenia, runął by jak domek z kart. A przecież to oni chcą być panami stworzenia, to oni chcą mieć prawo decydowania, kiedy ten kres nastanie. Myślę, że dawni mieszkańcy Mohenjo Daro, o czym napisano w Wedach, doszli swego czasu do tego samego punktu w historii, co my, ale o zgrozo, my -- nie wyciągnęliśmy jak dotąd żadnych wniosków z przeszłości. Cóż zatem spotka nas, skoro 90% ludzkości nawet nie ma pojęcia, że historia sprzed kilku tysięcy lat (aż po dziś) została totalnie zafałszowana?

"Afrodyta i Adonis" -- Emilia Czupryńska
Na koniec chciałabym wspomnieć o jeszcze jednym romansie Afrodyty, tym razem ze śmiertelnikiem o imieniu Adonis. Bogini miała słabość do śmiertelników i bynajmniej nie był to jej pierwszy ani ostatni skok w bok. Tym razem jednak poznajemy Afrodytę z nieco mroczniejszej strony. Córka króla Cypru, Kinyrasa -- Smyrna, została pokarana przez Afrodytę za nieroztropną uwagę jej matki, że jest piękniejsza od niej. Za karę Smyrna zakochała się w swoim ojcu, upiła go i spędziła z nim noc. Ale gdy ojciec odkrył to rankiem, przepędził córkę z zamku i ścigając ją aż na szczyt góry niechybnie by zabił, gdyby Afrodyta nie zamieniła Smyrnę w drzewko mirry. To z niego narodził się Adonis (ciekawy artykulik). Mirra używana była w starożytności jako afrodyzjak, obdarowywano nią nieszczęśliwie zakochanych i niepłodne, młode kobiety.

Adonis z mitu został oddany pod opiekę Persefony, ale Persefona zadurzyła się w Adonisie, podobnież jak Afrodyta, i nie chciała go oddać. Porwała go nawet do Tartaru, gdzie został jej kochankiem. Rozzłoszczona Afrodyta poskarżyła się Zeusowi i ten rychło nakazał, aby Adonis wrócił z Królestwa Zmarłych. Nie potrafił jednak rozstrzygnąć komu należy się Adonis, więc zlecił to jednej z muz, Kaliope. Historia ta, gdy ją czytałam po raz pierwszy, skojarzyła mi się z "Wyrokiem Salomona" ze ST i podobnież jak tam, wyrok brzmiał, że Adonis należy się obu boginiom. Dość pokrętna logika, ale na szczęście nie kończy się próbą przecięcia młodzieńca na pół. Kaliope podzieliła za to rok na trzy, równe części. Jedną miał spędzać z Afrodytą, drugą z Persefoną, a trzecią -- samotnie. Jest to kolejne odwołanie do "świętego roku bogini" (w którym kolejno rządzili: lew, kozioł i wąż - symbole). 
Adonis (fenickie imię "Adon" = "Pan") wywodzi się jak pisałam na wstępie z syryjskiej mitologii, od pół-boga Tammuza, ducha roślinności powracającego co roku do życia. Tak więc czas spędzony z Afrodytą poświęcony był "koźlęciu", bożek Pan itd; z Persefoną -- wężowi (świat podziemi); zaś lwu był poświęcony okres płodności, połogu, na cześć matki Adonisa - Smyrny.
Afrodyta nie wytrzymała jednak i złamała postanowienie Kaliope, uwodząc swą opaską Adonisa. Rozzłoszczona Persefona dała w odwecie znać Aresowi i ten, również z zazdrości, pod postacią dzika przebił Adonisa szablami na górze Liban. Zabawna rzecz, że w ten sam sposób śmierć poniósł: Tammuz, Ozyrys, kreteński Zeus, arkadyjski Ankajos, Karmahor z Lidii czy wreszcie irlandzki heros Diarmuid. Czyż i Jezusa nie przebito na krzyżu włócznią? Czyste skojarzenie, nic więcej ... ;]- Podobnież jak mity o licznym potomstwie Afrodyty, wśród których znaleźli się:
Hermafroditos (syn o piersiach kobiecych i długich włosach, oraz Androgyne -- kobieta z brodą, skąd w dawniejszych kulturach, np. egipskiej, Nefretiti z brodą faraona. Wspominam o Egipcie nie bez powodu, gdyż odkryłam ostatnio -- analizując liczne symbole z mitologii egipskiej, iż sam kult Słońca w kraju faraonów został w tak pokrętny sposób zmanipulowany-przekombinowany, iż Ra utracił(a) swą żeńską postać z czasów zamierzchłych, stając się w oczach współczesnych -- męskim bożkiem. To na razie wyłącznie moja opinia ale nie da się zaprzeczyć, że w oparciu o hinduską i sumeryjską symbolikę bóstw, coś jest na rzeczy. Ale o tym napiszę innym razem.... 
Wszystko co dzisiaj dość chaotycznie (jak zawsze, no upss) przedstawiłam, były to symbole przechodzenia od matriarchatu do patriarchatu, od ery płodności i pokoju, do ery żelaza i wojny, w której żyjemy do dzisiaj. Jest wiele mitów i skrajnie przeciwstawnych opinii, jakkolwiek jednak postrzegacie Afrodytę czy też inne żeńskie przedstawienia bogiń, nie wolno zapominać, iż zawierała ona w sobie zarówno pierwiastek życia, jak i śmierci. Utożsamiała harmonię, którą jako ludzkość zatraciliśmy przez ostatnie kilka tysięcy lat. Z każdym dniem wzrasta we mnie pewność, że od przywrócenia tej pradawnej harmonii będzie zależeć czy przetrwamy jako Cywilizacja i jako rasa.

Filmik poniżej w przystępny sposób porusza tematykę greckich bogów. Polecam. Też strony:

Afrodyta: Grecka Bogini Miłości i Piękna

Hymn do Afrodyty autorstwa Safony (tłum. na angielski)



wtorek, 7 lutego 2012

Gwiezdne Wrota: Wszechświat -- Prawdziwy cel człowieka



Kiedy zamykam oczy, doświadczam bardzo często niezwykłego uczucia, jak gdybym stawała się coraz cięższa, wzrastało wokół mnie ciśnienie, zasysane przez moją osobę do punktu krytycznego, do samego jądra istnienia; do atomu, który jest esencją wszystkiego, co żywe. To nie boli, chociaż dziwnie jest czuć, jakby każda część mojego ciała rozciągała się we wszystkie strony; jakbym z każdą chwilą oddalała się od samej siebie. Jedynym stałym punktem w tym doznaniu jest mój mózg, czy raczej -- świadomość. Wiem, że leżę czy siedzę w fotelu a jednak widzę i odbieram wszystkimi zmysłami, że ja, została gdzieś bardzo daleko, jakby w dole (?). Tak naprawdę nie jestem w stanie określić swego (ciała) położenia. Wiem tylko, że stało się nagle ogromne, choć tak dalekie ode mnie, iż zdaje mi się czubkiem szpilki. Nie widzę go, gdyż wypełnia sobą wszystko wokół miejsca, w którym spoczywam. Ciśnienie narasta, skupione w mojej świadomości. I nagle widzę jakieś dziwne rozbłyski, świetliste miraże, migotliwe odcienie fraktalnych bodźców docierających do mnie poprzez soczewkę oka. Doskonale wiem, że to tylko iluzja, ludzkie oko przetwarza tak wiele obrazów jednocześnie, poddawane jest silnym bodźcom świetlnym, iż nie dziwi, że kiedy opada powieka, widzimy rzeczy na co dzień dla nas ukryte. Jako że moja wyobraźnia pracuje nieprzerwanie, świadomość zgniatana przez niewyobrażalne ciśnienie przenosi mnie tak daleko wgłąb, iż zapominam po pewnym czasie, że w ogóle znajduje się w swoim pokoju. Tak łatwo bowiem uwierzyć, że stałam się częścią wszystkiego, skoro nie czuję ciała, zdaje się swobodnie dryfować w przestrzeni bez punktu przecięcia; wolna jak wolna jest tylko ludzka myśl. To najwspanialsze z odczuć, jakie kiedykolwiek doświadczyłam. Nic się z tym nie może równać, ani fizyczne (cielesne) przyjemności, ani nawet wyższa kultura, która za pomocą dźwięków, obrazów, zapachów etc, próbuje przenieść nas na wyższy poziom. Doświadczając tego dziwnego stanu, który nie jest obcy innym osobom, gdyż kilka lat temu moja znajoma ze studiów opisała mi coś bardzo podobnego, wiem już że to jest to, czego pragnę.... Aby uwolnić myśl od ciała, stać się częścią czegoś ogromnego, co pozwoliłoby mi dotknąć przestrzeni poza ludzkim zasięgiem, aby chociaż raz w życiu móc ujrzeć w prawdziwym wymiarze piękno otaczającego mnie Wszechświata. Dzikie marzenie, czyż nie? Ale cóż... Mamy prawo marzyć o wszystkim, co tylko przyjdzie nam na myśl.


Od czasu Battlestar Galactica, czułam wewnętrzny niedosyt jeśli chodzi o science fiction. Oczywiście mam wiele ulubionych filmów i seriali tego gatunku, jednak począwszy od Gwiezdnych Wojen, kończąc na BSG włącznie, większość z nich to albo przerysowane horrory (kino odwołujące się do najprymitywniejszych odczuć ludzkich, takich jak: strach czy agresja), albo wymuskane space-opery, które chociaż fantazyjne, bo nie da się ukryć, że Lucas, Spielberg czy  Scott mają ogromną wyobraźnię, to jednak od początku do końca oglądamy je -- przynajmniej ja tak mam -- z przymrużeniem oka, bo wiemy, że to bajeczki (nie chodzi mi o sam gatunek), w realu nasze kosmiczne wojaże wyglądają i zapewne wyglądać będą, zupełnie inaczej. Nie potrafię tego lepiej wyjaśnić, chodzi mi o to, że oglądając te filmy, nie czuję żadnego związku z naszą rzeczywistością, pomimo iż dzieła takie jak "Odyseja Kosmiczna" z pewnością inspirują NASA.

Tym bardziej więc przeszedł mnie dreszcz od stóp do głów, kiedy za namową przyjaciela obejrzałam pierwszy sezon serialu "Gwiezdne Wrota: Wszechświat". Z tej serii widziałam zaledwie film pełnometrażowy z 1994 r. oraz parę odcinków serialu opartego nań, ale ani film R. Emmericha "Stargate", ani tym bardziej serial z aktorem grającym niegdyś MacGyvera nie przypadł mi do gustu. Zarówno film, jak i koszmarne wersje serialowe, począwszy od SG:1 kończąc na Atlantydzie, uważam za stratę czasu i pieniędzy, nie mówiąc już o tym, że ich poziom jest tak zaniżony, iż chyba tylko dziesięciolatkowie są w stanie przebrnąć przez kilka odcinków. Nie potrafię nie wspomnieć również o obrzydliwej mordzie tzw. Teal'ca -- która, gdy na nią patrzę, stale kojarzy mi się z krowim ryjem. I z tego głównie powodu, miałam straszne opory, aby obejrzeć ostatnią z serii Gwiezdnych Wrót, tyle że serial ten w całości jest odrębną historią, z nowymi, o niebo lepszymi aktorami niż w poprzednich wypocinach, które śmią nosić nazwę Sci-fi. 

Chociaż serial ten składa się z zaledwie dwóch sezonów (parę mieszków temu zawieszono na jakiś czas dalszą produkcję), twórcom udało się dopiąć go w taki sposób, iż nie urywa się nagle bez sensu, wręcz przeciwnie, pobudza naszą wyobraźnię jeszcze bardziej. Na dzień dzisiejszy jestem wdzięczna, że pomimo iż gro ludzi zjechało poprzednie seriale z tej rodziny -- w tym ja sama -- komuś chciało się jednak nakręcić tę właśnie serię, dzięki czemu miałam przyjemność śledzić losy głównych bohaterów z jeszcze większą przyjemnością niż przy serialu Battlestar Galactica, a nie sądziłam, że jest to możliwe. BSG to klasa sama w sobie, bez dwóch zdań, ale SG: Universe poruszyło mnie do głębi, pozwoliło mi choć przez chwilę zapomnieć, że jestem tutaj i w takiej formie.


Miliony lat temu kosmos zasiedlała wysoko rozwinięta rasa, którą ludzie nazwali Pradawnymi. To im zawdzięczamy własne, jakże niemowlęce istnienie a także wszystko to, co odkryto przed nami w serii Star-Gate. Zapewne nie muszę wam tłumaczyć na jakiej zasadzie działają Gwiezdne Wrota, warto jednak nadmienić, że zaawansowana technologia tychże Pradawnych, pozwalała im nie tylko przemieszczać się w czasie i przestrzeni, ale także, co dużo istotniejsze, wykorzystywać naturalne zasoby wszechświata do swych potrzeb, jak i kształtować całkiem nowe twory, takie jak: gwiazdy i planety. Niestety zanim jeszcze ludzie zeszli z drzew, rasa ta porzuciła fizyczną powłokę i odeszła do transcendencji. Stali się czystą myślą, energią, czy czymkolwiek innym, co pozwoliło im osiągnąć jakże upragnioną przez niemal każdego gogusia na tej planetce -- nieśmiertelność. Co nie znaczy, że odcięli się od naszego wymiaru. Bynajmniej. Jak ukazuje dana seria, wszystko, co kiedykolwiek uczynili ma wpływ na naszą teraźniejszość i w pewien sposób, wciąż są z nami, choć ich nie widzimy. Jak sądzę wielu z was pomyśli o nich jak o bogach, ale zastanówmy się, jeśliby istniał sposób na porzucenie materii, która przecież służy nam wyłącznie za skafander kosmiczny, chroniący nas przed promieniowaniem, wirusami etc, to czyż jako -- atomy -- którymi jesteśmy w istocie, moglibyśmy ulec zatraceniu w tym niekończącym się bezmiarze Universum? Nie sądzę. To jedyna nieśmiertelność jaką ludzkość jest w stanie -- tylko za ile milionów lat? -- osiągnąć. 

Ale do rzeczy.... Akcja serialu rozpoczyna się (mniej więcej) w momencie, kiedy grupa kilkudziesięciu osób, uciekając przed ostrzałem planety (na której mieściła się baza wojskowa USA), ląduje na pokładzie starożytnego statku Destiny (Przeznaczenie). Przyczynili się do tego dwaj ludzie: Dr Nicholas Rush  (Robert Carlyle), genialny astrofizyk od lat pracujący nad projektem gwiezdnych wrót oraz  Eli Wallace (David Blue), chwilowo bezrobotny młodzieniaszek, pasjonat gier komputerowych o unikatowym darze rozumienia języka starożytnych, z czego naturalnie nie zdaje sobie sprawy. Szybko okazuje się, że powrót na Ziemię jest niemożliwy. Z racji dystansu (lecąc na autopilocie, że tak powiem, Destiny opuściła naszą galaktykę setki tysięcy lat temu) oraz, co oczywiste, wieku samej łajby (pardon... statku). Już od pierwszego odcinka grupa zdezorientowanych naukowców a także małej grupy wojskowych, na czele z płk Everettem Youngiem (Louis Ferreira), musi uporać się z systemem podtrzymującym życie. Statek brał udział w niejednej kosmicznej bitwie i chociaż został zaprojektowany w taki sposób, aby przez millenia wędrować przez wszechświat, rozsiewając w nim zalążki życia, tak jak każdy inny pojazd potrzebuje przeglądu i energii do dalszej podróży.


Jak widać na zdjęciu powyżej, Starożytni pomyśleli o wszystkim. Czymże jeśli nie wielkimi reaktorami termojądrowymi są otaczające nas gwiazdy? Mogę was zapewnić, że sceny w których Destiny czerpie energię wprost z gwiazd są spektakularne. Nie jest to jednak młody pomysł. Twórcy science fiction przez dekady popisywali się sposobami czerpania energii z tych i innych obiektów kosmicznych; wydaje się to rozsądne przy założeniu, iż planujemy daleką podróż kosmiczną. Możliwość eksplorowania wszechświata przy pomocy takiej technologii, w której zarówno prędkość nad-świetlna, jak i hibernacja są możliwe, wiele by uprościła. Gdy kilka dni temu usłyszałam news, iż młody chłopak spędził pod krą ponad dwadzieścia minut, zanim go wyłowiono, po raz kolejny w swoim życiu poczułam, że ten sposób podróży przez kosmos jest w zasięgu ludzkich rąk; pytanie tylko czy będziemy na tyle rozsądni, aby porzucić wreszcie konflikty, podziały, urojone gdybania, które każą nam wpierdzielać robaki, zamiast marzyć o gwiazdach, aby wreszcie, wzorem tych wyśnionych Starożytnych ruszyć w najdalszą z podróży, ku początkom czasu. Nie wiem jak wy, ale ja osobiście wierzę, że nie jesteśmy jedyną formą życia w kosmosie, ba, jest duże prawdopodobieństwo, że tylko w naszej galaktyce istnieje wiele pokrewnych form. Czy kiedyś poznamy się nawzajem? Nie wiem, gdy patrzę na ludzkość, wątpię w dosłownie wszystko. Tyle razy w przeszłości niszczyliśmy dorobek przeszłych nacji, iż trudno być optymistą. Dzisiaj również, światowy system dąży do zahamowania postępu. A wszystko przez durnowate wierzenia i jakże materialne, wymuskane pragnienia, które mają się nijak do prawdziwego sensu istnienia.


Ludzkość u swych podstaw jest bardzo prymitywnym, głupim i agresywnym stworzeniem. Pragnę jednak wierzyć, że jest tak przez to, iż jesteśmy bardzo młodzi w kosmicznej perspektywie, że jeszcze wszystko przed nami, o czym świadczyć mogą wybitne jednostki, takie jak Budda, Sagan, Dalajlama czy Einstein chociażby. To tylko przykład naturalnie, ludzi im podobnych w przyszłości zapewne będzie jeszcze bardzo wiele. Kiedy jednak myślę o innych galaktykach, sądzę że jeśli istnieje gdzieś tam cywilizacja choćby tylko o sto tysięcy lat starsza od nas, być może już dawno zarzuciła przemoc jako środek do celu. Nie jestem bowiem zwolenniczką hollywoodzkich obrazów, pseudo-naukowych wizji, że potężniejsi od nas kosmici z konieczności będą chcieli naszej zguby. Ci, którzy tak rozumują, wychodzą z tego założenia, że obce cywilizacje są tacy, jak... My. A skoro My -- niszczymy swoją planetę, zabijamy zwierzęta, bo są od Nas prymitywniejsze, etc, to z pewnością dla wysoko rozwiniętych kosmitów, My sami jesteśmy jedynie -- mrówkami. Nie kupuję tego. Weźmy przykładowo ludzi wiary. Wierzą oni w byt nieskończenie nas przewyższający, ale przez to właśnie, nieskończenie nas miłujący, czyż nie? Tym przecież jest doskonałość, zarówno jako pojęcie, jak i byt. Parafrazując te słowa, twierdzę, że jeśli jakaś kosmiczna cywilizacja jest od nas choćby tylko odrobinę starsza, jest mało prawdopodobne, aby przetrwała tak długi czas bez porzucenia ścieżki przemocy. W najgorszym razie będziemy im obojętni, w najlepszym ... będą nad nami czuwać.


W przeciwieństwie do BSG nie potrafię jednoznacznie streścić opowiedzianej w tym serialu historii, ale nie dlatego, że jest chaotyczna, że każdy odcinek pokazuje coś innego... Jak pisałam na początku, nie wolno wam łączyć tego serialu z poprzednimi paszkwilami. To, co najbardziej mnie przyciągnęło do tego obrazu, to niesamowita, wręcz namacalna atmosfera pra-historii ujętej w kosmiczny pejzaż; bohaterowie z krwi i kości, wyraziści, silni i oryginalni, gra aktorska na bardzo wysokim poziomie (nie słuchajcie debili z netu, z czego 3/4 to nastolatkowie); tajemnice, które zapewne można by odsłaniać bardziej skrupulatnie, ale czy wszystko musi być podane pod mikroskop?; żywiołowa fabuła, która nie pozwala zapomnieć gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy, a przy tym nie przejaskrawiona efektami, choć sceny batalistyczne, cudeńka technologiczne, etc... robią oszałamiające wrażenie; narastający konflikt między dwoma silnymi jednostkami na pokładzie Destiny, z której każda pragnie dominować, przez co atmosfera co rusz gęstnieje; a przy tym czułość, piękno, transcendencja zamknięta w ścianach tego niezwykłego -- chyba najpiękniejszego w dziejach Sci-fi -- statku kosmicznego i moja rozpacz.... że nie mogę być tam z nimi. 

Tym, którzy skuszą się na ten serial powiem tyle, że po wielokroć przeklinałam niektórych uczestników tej wyprawy za to, że nie potrafią pojąć swojego szczęścia, że nie widzą cudów, które odsłania przed nimi wszechświat, stąd też od początku do końca trzymałam stronę dr. Rusha, pomimo iż zdaje sobie sprawę z jego wad. Wiem jednak, że gdybym znalazła się na jego miejscu byłabym w stanie poświęcić wszystko, aby podążyć ścieżką, którą płynie Destiny; aż po najodleglejszy kraniec Universum, tak iżby dotknąć niewidzialnej gołym okiem struktury, starszej nawet niż Pradawni, a także, aby któregoś dnia do nich dołączyć. Nie zawahałabym się, bo kiedy myślę o Ziemi, o tym kruchym życiu, jakie pędzimy, trawiąc większość czasu na pierdoły, widzę jedynie "ograniczenia"; kiedy myślę o kosmosie, widzę, słyszę i czuję -- "wolność". Tę samą wolność, która objawia mi się, kiedy zamykam oczy. Nie wiem skąd ona wypływa, a także czy w jakikolwiek sposób ma coś wspólnego z tym, jaką istotą jestem w środku, wiem jednak, że najwięksi ludzie, różnych kultur, wierzeń i tradycji, którzy kiedykolwiek chodzili po Ziemi, powtarzali niemal jak mantrę, że to wszystko, co postrzegamy naszymi oczami, jest złudzeniem, a prawdziwy świat tkwi gdzieś pomiędzy, czeka na tych, którzy ośmielą się marzyć. Nie wiem, jak wy, ale mnie nie pociągają pieniądze, gadżety, ludzie, ani nawet wielkie idee. Jedyne o czym marzę, to aby wznieść się gdzieś bardzo wysoko, ponad to wszystko i nigdy więcej tutaj nie wrócić, nie z tchórzostwa, nie dlatego, że idę na łatwiznę (nie mam pojęcia, co może być trudniejsze od poznania sensu istnienia), ale po to aby nie tracąc czasu, bo czas dotyka tylko naszych powłok, stać się częścią czegoś odwiecznego, nieskończenie pięknego, aby zrozumieć.... Serial SG: Universe nie odpowiada na te pytania, ale już samo to, że pobudza do ich zadawania, znaczy o jego wysokiej klasie. Także polecam z całego serca, dajcie się porwać prawdziwej przygodzie. :)



środa, 1 lutego 2012

"Alienista" -- Caleb Carr. Kto wędruje sam, szybciej staje u celu.



Dla niektórych z was postaci, które widnieją na zdjęciu powyżej, nie są obce. Ja również przed kilkoma laty oglądałam ów serial, pierwsze trzy sezony o ile mnie pamięć nie myli. Później tylko na wyrywki, gdy przykładowo nic innego nie było do roboty. Dzisiaj, pomijając fakt, że już od wielu miesięcy mojego domu nie zagraca i nie-zniekształca żaden tv-odbiornik, mam do tego serialu dość luźne podejście.
Z jednej strony uważam go za oryginalny (swego czasu); dobrą, niezobowiązującą rozrywkę, o ile nie ma się słabego żołądka; ale z drugiej strony gdy o nim myślę uśmiecham się lekko pod nosem, gdyż rzekome odwzorowanie pracy nowojorskiej policji jest dość naciągnięte, jak flaki kota na za dużej płaszczyźnie, jeśli wiecie co mam na myśli.... Może dlatego straciłam do niego cierpliwość już na samym początku jego emisji. Był momentami tak rozpaczliwie infantylny i przekłamany, że aż przykro, ale mniejsza o detale..... Jak już mówiłam, da się go obejrzeć, świetnie "zabija czas". 
W tym rzecz jednak, że ja wolę rozrywkę, która raczej wskrzesza czas, niż odbiera mi go bezpowrotnie. Z tego względu wolę seriale sci-fi, gdyż pod ich wpływem, budzą się we mnie nowe pomysły, koncepcje. Odkryłam* (ergo "zakoffałam się w") niedawno pewien serial, który choć nawiązuje do znacznie słabszych obrazów o tej samej nazwie, to jednak po raz kolejny, po Battlestar Galactica czy Defying Gravity, daje mi namiastkę normalności w świecie pozbawionym sensu. Nie zrozumcie mnie źle, nie smęcę. Ten sens -- dla mnie -- znaczy tyle co zaburzenie równowagi. Coraz częściej mam wrażenie, że różnię się od was-ludzi całkowicie, jakbym miała o kilka więcej chromosomów, genów czy z czego tam składa się ludzkie-porąbane DNA. A tak swoją drogą.... Wiecie że u człowieka występuje dokładnie 22 chromosomów (autosomy)? Na dzień dzisiejszy wiem już, z czym zapewne zgodzi się wiele zlatujących się do mnie Ciem (= trolle), że moja swobodna od lat pisanina nie jest w stanie w jakikolwiek sposób wpłynąć na bieg dziejów, nie żebym kiedykolwiek wierzyła, że mogę coś zmienić, po prostu wiem już, że stoję całkowicie z boku i cokolwiek bym napisała, powiedziała czy zrobiła i tak pójdziemy innymi ścieżkami. A szkoda, bo gdyby przynajmniej połowa ludzi na świecie miała moje podejście do natury rzeczy, zniknęłyby wojny, choroby, bieda i beznadzieja. Pociesza mnie tylko to, że wielu ludzi zaczyna  myśleć podobnie (wciąż ich szukam, czasami też oni znajdują mnie), może więc nie tylko moje DNA zaczyna szaleć, może coś się za tym kryje, może w końcu otrzymam na to odpowiedź....

Wróćmy jednak do początku. Zaczęłam od "Kryminalnych zagadek NY", nie bez powodu. Zdjęcie z prawej strony przedstawia Most Brooklyński z 1896 r. (autorstwa tych panów) i właśnie do Nowego Yorku, końca XIX w. pragnę was dzisiaj zabrać, gdyż właśnie tam rozgrywa się akcja książki "Alienista". 

Przeczytałam ją za sprawą blogosfery, niestety nie pamiętam już kto ją polecał. Nie wyobrażam sobie jednak, aby ludzie przestali pisać o przeczytanych przez siebie książkach, gdyż wyłącznie tą drogą w dzisiejszych czasach można się dowiedzieć (mniej więcej) co warto przeczytać, a co winno się omijać szerokim kołem. Pytanie tylko jak odróżnić dobre blogi (= rzetelne) od bzdet rodem z pseudo-kolumienek recenzenckich w modnych czasopismach?
Ano po tym, jak sądzę, że recenzja pisana "coś za coś", czy za pieniądze, czy za otrzymaną w prezencie książkę, nie ma żadnej wartości. Raz jeden zdarzyło mi się doświadczyć na samej sobie tego koszmarnego uczucia, jakim jest "zrobienie ludzi w bambuko" wyłącznie przez wzgląd na sympatię dla pewnego wydawnictwa i nigdy więcej tego nie powtórzę-przysięgam. Tylko recenzje, przez które przebijają się osobiste uczucia czytelnika do danej książki, warte są uwagi i zapamiętania, i tak właśnie dowiedziałam się o "Alieniście", za co jestem wdzięczna.
Czułam wewnętrzny niedosyt jeśli chodzi o kryminał. Chciałam przeczytać coś naprawdę dobrego, coś co na długo pozostanie w moich myślach, z czym będę mogła porównywać w przyszłości inne kryminały. No cóż... Nie narzekam na efekty tego eksperymentu, gdyż przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Wiem już z całą pewnością, że przez najbliższe pół roku (co najmniej) nie wezmę do ręki żadnego kryminału. Czy dlatego, że był tak zły? Nie, wręcz przeciwnie, książka ta wchłonęła mnie całkowicie do tego stopnia, że na samą myśl o jej bohaterach do teraz przechodzą mnie dreszcze. To jedna z tych książek, do której pragnie się wracać w każdej dosłownie chwili, nawet... udając się do wychodka. Wiem, wiem, ale tylko dwie rzeczy poza nią potrafią przykuć mnie do siedzenia "nad" do tego stopnia: wspomniany wyżej serial sci-fi (tytuł na razie zachowam w tajemnicy; zaczęłam właśnie oglądać ost. sezon i jak skończę wrzucę post o nim) oraz książka nad którą pracuję od dawien dawna. Tak więc musicie mi uwierzyć na słowo, że pan Caleb Carr stworzył nie lada historię.

NY -- koniec XIX w.

Jak już wspomniałam, akcja książki przenosi nas do 1896 r. Wczesną wiosną, kiedy poranki jeszcze były mroźne (a w tym wypadku niewiele różniły się od zimy), w mieście które dopiero zaczynało przypominać znany nam dzisiaj Nowy York, doszło do serii makabrycznych morderstw. Były one o tyle przerażające, iż ich ofiarami każdorazowo padali młodzi, najwyżej kilkunastoletni chłopcy. Chłopcy ci -- co również bulwersuje --  trudnili się prostytucją. Zapewne wielu z was postrzega Amerykę ery-przemysłowej jako co najwyżej miejsce wyzysku taniej siły roboczej sprowadzanej z Europy pod pozorem nowego, lepszego życia, ale chociaż tak było, nie jest to cała prawda o tamtych czasach, a zwłaszcza, o tym konkretnym mieście. 

Caleb Carr
Społeczeństwo -- jak wybadał pan Carr, pasjonat historii Ameryki, odwzorowujący ówczesne realia z mikroskopijną precyzją -- dzieliło się na sztywne kasty, do których nie sposób było przedostać się nikomu spoza elity. Przypomnijcie sobie socjetę podróżującą Titanikiem a od razu zrozumiecie o jaki typ ludzi mi chodzi. Klasa średnia -- praktycznie nie istniała w tamtych czasach. Panowie szlachta zasiadali bardzo wysoko i mieli władzę totalną, zaś daleko w dole, żyli sobie ludzie różnych zawodów, których łączyło jedno: napierdzielanie dla elity, broniąc jej interesów, zawiadując imigrantami żyjącymi jak szczury w kanale. Do tego kwitła wokół korupcja (zwłaszcza w policji), ciemne interesy, gangsterstwo a zwłaszcza.... handel żywym towarem. W NY końca XIX w. prostytucja dziecięca była na porządku dziennym i korzystali z niej zarówno biedni robotnicy (sprzedając własne dzieci, aby przetrwać) oraz ludzie z wyższych warstw, dla których anonimowość liczyła się ponad wszystko. Nie trudno się domyślić, że tacy klienci stanowili główne utrzymanie dla skorumpowanej policji. Przez to wszystko, problem szerzącej się w koło pedofilii nikomu nie przeszkadzał....

Nikomu, poza Theodorem Rooseveltem, późniejszym prezydentem Stanów Zjednoczonych, który w danym okresie został mianowany komendantem policji. Jego zadaniem było oczyścić siedzibę nowojorskiej policji ze skorumpowanego elementu i poprzez nowe metody pracy, przywrócić temu miejscu ład i porządek. Ameryka tamtych czasów stała na rozdrożu, jak dowiecie się z owej książki. Caleb Carr ma rację twierdząc, że gdyby właśnie wtedy nie dokonano gruntownej przebudowy systemu, Nowy Świat (jak nazywano młodą Amerykę) mógłby nie przetrwać. Industrializacja kontynentu wymuszała na wszystkich (a już wtedy toczył się bój pomiędzy zdegenerowanym środowiskiem Demokratów, co widać do dzisiaj a konserwatywną partią Republikanów, do której należał "Teddy" Roosevelt) stanowcze posunięcia, jednak sprawa tajemniczych morderstw dzieci nie była na rękę wpływowemu establishmentowi. Zaburzała bowiem iluzoryczne mniemanie na temat ich doskonałego rzekomo środowiska, należało ją jak najszybciej zakończyć, przy jak najmniejszym rozgłosie, aby nie gorszyć bogobojnych mieszkańców miasta i kraju. Dacie wiarę? W naszych czasach tylko taka informacja może przebić się przez masową znieczulicę, która odwołuje się do najprymitywniejszych odruchów. Druga rzecz, że tzw. media za cel sam w sobie stawiają zasypywanie ludzi wyłącznie negatywnymi informacjami, gdyż tylko społeczeństwem zastraszonym, załamanym i ogólnie zdehumanizowanym można łatwo rządzić.

NY -- 1896 r.

Opór wyższych warstw, wymusił zatem na Teddym niekonwencjonalne posunięcia. W tym miejscu poznajemy bliżej sylwetkę Laszla Kreizlera, tytułowego alienistę, czyli -- na współczesny język -- psychologa zajmującego się tworzeniem portretu pamięciowego przestępcy. Laszlo specjalizuje się w najgorszych przypadkach i za pomocą niepopularnych w ówczesnym świecie tez, jest w stanie wyodrębnić z charakteru mordercy, socjopaty, etc,  ten element, najczęściej wypływający z jego dzieciństwa, który odpowiada za mordercze skłonności. Laszlo nie jest jednak popularny, pomimo iż wśród wielu uchodzi za legendę. Skostniałemu środowisku post-wiktoriańskiemu nie zależy bowiem na analizie psychologicznej bandytów, która najczęściej wyciąga na światło dzienne wady ich systemu, mentalności, zakłamania, lecz na tym wyłącznie, aby kogoś oskarżyć, osądzić i skazać. Ludzie -- w każdych czasach -- nie lubią słyszeć, że potwory grasujące na obrzeżach ich idealnego społeczeństwa są tworem ich własnych poplątanych sumień. Przywykliśmy bowiem sądzić, że w każdym wypadku to człowiek dokonuje świadomego wyboru, stając się np. mordercą, złodziejem, kłamcą, etc. Znacznie trudniej pojąć, że złodziejem może stać się każdy z nas jeśli tylko warunki życiowe zagrożą jego przetrwaniu; bycia kłamcą uczą nas szkoły, środowisko, media, gdyż w drapieżnym świecie jeśli chce się być lubianym, trzeba nauczyć się elastyczności, improwizacji. Mordercą zaś stać się można choćby wstępując do policji, wojska czy np. broniąc siebie i swych bliskich. 

Baxter Street Alley (Mulberry Bend)
"W Mulberry Bend śmierć i rozpacz dokonywały swego dzieła bez fanfar, lecz obficie: wystarczył krótki spacer tymi pustymi, zaniedbanymi ulicami, aby największy optymista zaczął rozmyślać o wartości ludzkiego życia" -- Caleb Carr ("Alienista". Rebis. Poznań 2010; s. 467-68).
Jeszcze nigdy nie czytałam tak dobrze napisanej pod kątem najdrobniejszych szczegółów książki kryminalno-historycznej. Dzięki tymże opisom, liczne wędrówki Laszla i jego ekipy, jako żywo stawały przed moimi oczami, dając namacalne odczucie pustki i głębi jednocześnie. Zupełnie jak gdybym eksplorowała opuszczone stanowisko archeologiczne. Dzięki Calebowi mogłam spojrzeć przez zasłonę czasu i teraz już wiem, że detektywi śledczy jakich znamy choćby z CSI: NY nie mieliby czego szukać w tym zawodzie, gdyby ponad sto lat temu ludzie pokroju Laszla nie przetarli im drogi. To, co dzisiaj normalne, standardowe, jak np. "daktyloskopia", wówczas uchodziło za szczyt nietaktu czy absurdu i nie chciano dopuścić takich dowodów do rozpraw sądowych.

W podzielonej na trzy części książce pana Carra (1. Percepcja; 2. Asocjacja; 3. Wola) poznajemy szereg osób, które mają coś wspólnego ze sprawą seryjnego mordercy. Praca Laszla i jego zespołu, w skład którego wchodzą: 
dziennikarz kroniki kryminalnej "Timesa" -- Moore, w.w. Teddy, Sara Howard, jedyna na tamten czas kobieta zatrudniona w kwaterze głównej policji a także dwoje ekscentrycznych wywiadowców żydowskiego pochodzenia, bracia Isaacson (Marcus i Lucius) oraz Stevie (eks-członek gangu, wychowanek Laszla) i Cyrus (wysoki ciemnoskóry milczek, szofer Laszla, który stale kojarzył mi się z Lurchem z "Rodziny Addamsów", sama nie wiem dlaczego)
-- od początku przebiega w najgłębszej tajemnicy. A jest tym trudniejsza iż główni bohaterowie nie wiedzą nic na temat mordercy ponad to kogo zabija i jak to czyni. Przez trzy miesiące, krok po kroczku, udaje im się jednak zbudować -- na podstawie zebranych dowodów z miejsc zbrodni, jak też analizując tomiszcze z psychologii klinicznej -- solidny rysopis zabójcy. Więcej nie zdradzę, powiem jednak, że nie jest to lektura łatwa tak jak prosta jest fabuła CSI: NY, zważcie na to, że w XIX w. policja nie miała odpowiednich narzędzi, większość dowodów było badanych ręcznie a wnioski wyrabiano podczas wielogodzinnych zebrań, tzw. burzy mózgu. Jednym zdaniem, była to niesamowita harówka. Język, którym posługuje się pan Carr jest płynny, soczysty, wciągający a momentami przezabawny (mimo okoliczności), o czym przekona się każdy kto sięgnie po tę książkę.

Co mnie osobiście najbardziej urzekło w tej książce, za co jestem głęboko wdzięczna autorowi, gdyż rzadko udaje mi się znaleźć lekturę na odpowiadającym mi poziomie, to iż do ostatniej strony nie wiedziałam, jak się zakończy dana historia. Większość kryminałów (pardon jeśli kogoś urażę, nie mam takiej intencji; takie jest moje subiektywne odczucie), nawet promowanych nazwiskiem C. Doyle'a czy A. Christie, chociaż powracam do nich niezmiennie od lat, nie posiadło tej sztuki. Poza tym bohaterowie modnych dzisiaj kryminałów przeważnie są płascy i seplaci, jak głosiła kiedyś pewna reklama tv. Tymczasem bohaterowie Caleba są wyraziści, intrygujący, z krwi i kości, każde ich słowo zdaje się wyrażać esencję ich osoby, ani przez chwilę nie stają się do siebie podobni, lecz poprzez swoją odmienność wybitnie kierują wyobraźnią czytelnika, co rusz go czymś zaskakując. Tak samo jest z enigmatyczną postacią mordercy, który zarazem obrzydza i fascynuje, ale fascynuje pod względem złożoności swej psychiki i doświadczeń życiowych, które uczyniły zeń potwora. Rozmyślając nad daną książką cisną mi się na usta takie pytania jak: Jeśli podstawową naturą człowieka (jak każą nam wierzyć slogany, dogmaty i doktryny) jest "dobra" strona mocy, to na jakim poziomie jest umysł zwyrodnialca, który przecież rodząc się był taki sam jak ja czy ty? Ciekawe, prawda? Podobnież ofiara... Czyż nie jest ona jakby "lustrem" traumatycznych doświadczeń mordercy? No bo na jakiej zasadzie wybiera on tę a nie inną osobę? 

Według Laszla Kreizlera "charakter twardnieje jak gips, by już nigdy nie zmięknąć. Nawet jeśli pewne nawyki stają się przeszkodą w wieku dojrzałym. Przyzwyczajenie skazuje nas wszystkich na rozgrywanie bitwy życia w umocnieniach naszego wychowania lub naszych wczesnych wyborów i na szukanie satysfakcji w zajęciu, które nam nie odpowiada, ponieważ do żadnego innego się nie nadajemy, a jest za późno, by zacząć od początku" (Tamże, s. 231). Podobnie jest z wypowiedziami, subiektywnym zdaniem na wiele tematów. Może się nam wydawać, że nasze własne odpowiedzi są spontaniczne, ale w istocie odzwierciedlają one lata tworzenia się pewnego szablonu, który później rządzi naszym zachowaniem. Takim szablonem może być przykładowo sytuacja rodzinna. Jeśli coś w niej szwankuje, u samych podstaw, nie trudno o stworzenie w potomstwie typu zachowań, które będą w latach dojrzałych kształtować jego własny stosunek do świata i ludzi. I od tych właśnie założeń wyszedł pan Caleb Carr, a pośrednio -- Laszlo i jego przyjaciele. Jest to kryminał najwyższych lotów, oferujący sporą dawkę psychologii oraz faktów historycznych. Mam nadzieję, że uda mi się dostać w bibliotece kolejną książkę tego autora, ale jak mówiłam na początku, nie wcześniej niż za pół roku. Polecam ją każdemu miłośnikowi tego gatunku, niezapomniane wrażenia w zasięgu ręki. :)

Pozwolę sobie na koniec wkleić jeszcze jeden cytat z "Alienisty", mój ulubiony + wywiad z autorem (TUTAJ).
"Zdaniem Kreizlera wszyscy nadal uciekamy -- w chwilach samotności my, Amerykanie, uciekamy równie szybko i z równym lękiem jak dawniej, uciekamy przed ciemnością, o której wiemy, iż czyha za progiem tylu na pozór spokojnych domostw, przed koszmarami wciąż wszczepianymi w umysły dzieci przez ludzi, których z rozkazu Natury darzą miłością i zaufaniem, uciekamy coraz prędzej i coraz liczniej ku przesądom, religiom i filozofiom, które obiecują wymazać owe lęki i koszmary, i wymagają w zamian jedynie niewolniczego oddania" -- Tamże; s. 12.